W „Super Expressie” przeczytałem, że nowy prezes TVP Jacek Kurski obciął gwiazdom kasę. Ich następcy dostaną 50 procent, a niektórzy 1/6 tego, co zarabiali ich poprzednicy. Podobno Piotr Kraśko za występy na wizji miał 30 tysięcy złotych miesięcznie, a kolejne 20 tys. za to, że był wydawcą „Wiadomości”. Teraz Marzena Paczuska otrzymuje 9 tys. zł., a Danuta Holecka 25 tysięcy.

Najbardziej zbulwersowała mnie informacja, że prowadzący „Kocham cię, Polsko!” Maciej Kurzajewski za jeden odcinek programu zarabiał 18 tysięcy złotych, czyli ponad 5 tysięcy dolarów! Jeśli dobrze liczę, to za 100 odcinków w ciągu 3 lat zarobił prawie 2 mln złotych! Zarobił więcej niż światowej sławy profesorowie amerykańskich uniwersytetów (mediana ok. 390 tys. zł w roku 2014), i to w biednej polskiej telewizji publicznej! Niebywałe, szokujące, demoralizujące. Popieram cięcia wprowadzone przez nowego prezesa TVP, byleby były równe i sprawiedliwe, i obejmowały również nowo przyjmowanych do TVP.

Na razie kierunek jest dobry, ale to tylko czubek góry lodowej. Przez lata pracownicy telewizji publicznej przyzwyczaili się do rażących nierówności: nierówności w zarobkach pomiędzy tzw. gwiazdami a zwykłymi (choć bardzo dobrymi) dziennikarzami, pomiędzy aktorami serialowymi a pozostałymi pracownikami, pomiędzy zarobkami w centrali a zarobkami w terenie. Wiem, że kontrargumentem często używanym był wskaźnik oglądalności, ale przecież telewizja publiczna jest całością i większy, mający dostęp do szerszej publiczności program nadawany w prime time (zatem mogący liczyć na pieniądze reklamodawców) miał zarabiać na programy niszowe, gorzej ulokowane, misyjne, a Warszawa miała zarabiać na regiony. Jak to wyglądało w praktyce, dobrze pamiętam: budżet filmu dokumentalnego o ważnej wymowie historycznej czy społecznej, przygotowywany przez ośrodek regionalny, mieścił się w kwocie poniżej 10 tysięcy złotych, rzecz nie do pomyślenia w centrali. Dysproporcje sięgające nawet 10:1 w zarobkach pracowników oraz w budżetach programów w centrali i w regionie nie były niczym wyjątkowym. Jeżeli taki stan utrzyma się za nowej władzy, to nie ma co śnić o dobrej publicznej telewizji regionalnej. Bo nadal będzie ona klepać biedę, a jej dziennikarze (a w zasadzie wszyscy pracownicy i współpracownicy) będą marzyć o chałturach na boku lub szukać innej, lepiej płatnej pracy.

Zmiany w telewizji, jeśli mają prowadzić do pozytywnych skutków, muszą dotyczyć nie tylko kwestii programowych, ale finansowych i strukturalnych. Niezbędne jest w pierwszej kolejności przywrócenie etatów dla pracowników twórczych, przywrócenie systemu redakcyjnego i zniesienie dysproporcji, o których wspomniałem. A także niezbędna jest redukcja liczby dyrektorów i w szczególności rezygnacja z tych, którzy zatwierdzali horrendalnie rozpasane budżety programowe i gwiazdorskie.

Można oczekiwać, że obcięcie niewspółmiernie wysokich gaż jest pierwszym krokiem na tej drodze, ale następne muszą być systemowe i jeszcze bardziej radykalne.

Marek Palczewski

18 lutego 2016

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl