Polskie sądy mają kłopot z dotkliwą prasową krytyką osób publicznych. Kontrowersyjny fotomontaż przed jednym sądem może się obronić, a przed innym – zostać uznany za zniesławienie.

 

 Warszawski Sąd Okręgowy oddalił właśnie powództwo posła Stefana Niesiołowskiego z PO przeciwko „Gazecie Polskiej" o naruszenie dóbr osobistych. Uznano, że fotomontaż, w którym tygodnik zestawił byłego wicemarszałka Sejmu z mistrzem nazistowskiej propagandy Josephem Goebbelsem nie wymaga przeprosin ani zadośćuczynienia.

  Wcześniej, po tym, gdy Niesiołowski wytoczył proces gazecie, sąd rejonowy uznał jednak roszczenia polityka. Dopiero po apelacji to tygodnik zwyciężył w sądowym starciu. Sąd uznał argumentację dziennikarzy, że nie chodziło o porównanie posła PO do zbrodniarza, lecz do zręcznego propagandzisty - mówił Sławomir Sawicki, pełnomocnik „Gazety Polskiej". W dodatku nie bez znaczenia było zachowanie samego polityka, znanego z bardzo ostrej krytyki swych adwersarzy. Ten porównywał np. polityków SLD do nazistów, dlatego sąd stwierdził, że polityk PO nie powinien być poruszony tego rodzaju fotomontażem i oddalił jego powództwo.

 Portal niezalezna.pl wytknął też Niesiołowskiemu, że w trakcie procesu mówił do dziennikarzy tygodnika: - Brzydzę się wami. Nie chcę nawet na was patrzeć. Sam zatem podobnym zachowaniem prowokuje niejako dotkliwą krytykę mediów.

  Ale przed innym składem sędziowskim w podobnej sprawie zapadł niedawno zupełnie inny wyrok. Monika Olejnik wygrała z tygodnikiem „W Sieci” cywilny proces o ochronę dóbr osobistych po tym, jak kierowane przez Jacka Karnowskiego czasopismo zamieściło jej fotografię z programu „Kropka nad i” jako ilustrację tekstu „Brunatne pióra” z 2013 roku. W artykule pisano o polskich dziennikarzach jako o „goebbelsowskich propagandystach" atakujących Kościół Katolicki. Redaktor Olejnik nie wymieniono w tym tekście, ale ta poczuła się urażona wykorzystaniem fotografii z jej audycji. I sędzia przyznał rację dziennikarce. Orzekł, że zdjęcie Moniki Olejnik zostało wykorzystane celowo, aby zdyskredytować dziennikarkę, choć ta Kościoła nie atakuje.

 Wydawca tygodnika nie zgadza się z tym wyrokiem i zapowiada złożenie apelacji. Niewykluczone, że i tym razem sąd drugiej instancji wyda zupełnie inne orzeczenie. Polskie sądy mają bowiem problemy ze stosowaniem standardów Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, której art. 10 chroni swobodę wypowiedzi. A ta oznacza także dopuszczalność dotkliwej krytyki prasowej, w tym wypowiedzi mocno kontrowersyjnych. Dlatego Polska nierzadko przegrywała przed Trybunałem w Strasburgu, gdy dziennikarze odwoływali się od wyroków, jakie zapadały nad Wisłą.

 Polscy sędziowie nie odróżniają też czasem opinii od faktów zawartych w artykułach medialnych. A tylko w przypadku tych drugich obowiązuje test prawdziwości i konieczność udowodnienia, iż dziennikarz rzetelnie opisał jakieś wydarzenie. Opinie mogą być niesprawiedliwe i krytyczne, tu bowiem kryterium prawdy nie ma zastosowania. Oczywiście nie znaczy to, że wolno bezkarnie obrzucać błotem Bogu winną osobę. Jednak postacie publiczne, zwłaszcza politycy, którzy sami nie stronią od ostrego atakowania swych przeciwników, muszą liczyć się z ewentualną medialną negatywną cenzurką. Godząc się na działalność publiczną, sami wystawiają się bowiem na cel krytyki prasowej, znacznie dotkliwszej niż w przypadku zwykłych obywateli.

 Dlatego w Strasburgu wygrał proces Oberschlick, wydawca austriackiego tygodnika „Profil”, którego dziennikarz nazwał Jorga Haidera, lidera Partii Wolności „idiotą”. Artykuł dotyczył wystąpienia polityka, w którym ten oświadczył, że “wszyscy żołnierze podczas II wojny światowej, łącznie z armią niemiecką, walczyli o pokój i wolność. Nie można więc dzielić żołnierzy na dobrych i złych”. Austriackie sądy skazały jednak autora krytycznego wobec tej wypowiedzi tekstu za zniesławienie polityka.

 W Strasburgu sędziowie nie mieli natomiast wątpliwości, iż w demokratycznym państwie prawa trzeba bronić nie tylko wypowiedzi neutralnych, ale również tych obraźliwych, szokujących lub niepokojących. I krytyka Haidera była dopuszczalna.

 Polskie sądy tymczasem w podobnych sprawach wydają różne orzeczenia. Wciąż miewają wątpliwości co do dopuszczalności ostrych polemik medialnych czy dotkliwej krytyki postaci publicznych. Nie ułatwia to życia mediom, które – zniechęcone pokaźnymi kwotami zadośćuczynienia, które czasem muszą płacić – mogą powstrzymywać się od krytycznych ocen polityków czy kolegów po fachu. A to już prowadzić może do autocenzury.


Ewa Łosińska

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl