Nie wiem dokładnie, kto z tym pomysłem wyszedł, wiem, że kwestia ewentualnego wprowadzenia matury z religii to kolejna „wrzutka”, mająca wywołać typową dla naszych czasów tzw. dyskusję zastępczą, ogniskującą uwagę i emocje tysięcy ludzi, obliczoną na antagonizowanie środowisk, „wycieczki” pod adresem Kościoła, szyderstwa, protesty, dowcipasy i inne podobne mało dziś potrzebne zjawiska i procesy.

Te zadymy i dysputy będą tym gorętsze, że polemiści mało się orientują, na czym polega formacyjny charakter nauczania religii czy w ogóle katechezy chrześcijańskiej. Dowód? Niedawna rozmowa w Radiu dla Ciebie z jakimś panem Makowskim (a może Markowskim), ponoć publicystą, teologiem (!) i w ogóle ekspertem. Jego tezy mogły wzbudzić jedynie pusty śmiech. Twierdził on, że matura z religii nie ma sensu, ponieważ matura – jak każdy egzamin – ma sprawdzać wiedzę merytoryczną, a o taką w wypadku religii trudno, bo religia to duchowość etc. etc. etc., „merytoryki” (co za koszmarne słowo!) nie ma tam wcale.

Właściwie z kimś takim w ogóle dyskutować nie warto, bo ten ktoś mówi rzeczy „zadane”, a do tego niemądre (zwłaszcza jak na teologa…), uprawia coś, co nazywa się po łacinie reductio ad absurdum (po polsku: sprowadzenie do niedorzeczności). Powiedzmy więc lepiej kilka słów rzeczowo, abstrahując od myśli „pana teologa” Makowskiego z RdC.

Nie wiem, czy matura z religii to dobry pomysł, moje zdanie sytuuje się w zupełnie innych rejonach, przedstawię je na końcu. Wiem natomiast, że formacja chrześcijańska może zawierać (i zawiera) zarówno elementy duchowe, jak i wiedzę merytoryczną. Każdy, kto choć raz w życiu był   n a p r a w d ę   u spowiedzi wie, że tam zdaje się rachunek ze swego życia, z jego okresu od ostatniej spowiedzi. Ukształtowanie sumienia opierać się musi na elementarnej wiedzy – np. o warunkach przebaczenia. Są też różne grzechy – i różny do nich stosunek spowiednika, a więc różne decyzje „rozgrzeszeniowe”. Są grzechy niedopuszczalne – to grzechy przeciw Duchowi Św. Codzienność podsuwa różne pokusy – a najróżniejsi „wykładacze” czy tłumacze „zasad”, wg których „działa” Pan Bóg (proszę wybaczyć niestosowność słów, ale tak będzie prościej) mogą spowodować w umysłach niezły zamęt. Ba, mogą prowadzić do praktyk, ocierających się o bluźnierstwo…

Wiele, bardzo wiele rzeczy trzeba przemyśleć i przeczytać, by wiedzieć, co to znaczy: żyć po bożemu, ofiarować swoje cierpienie za innych, jaki jest sens i cel różnych modlitw i praktyk religijnych, pokutnych. Pismo św. można czytać wiele razy i wciąż znajdywać tam coś, nad czym koniecznie trzeba pomyśleć – albo zapytać kogoś, kto potrafi odpowiedzieć, wytłumaczyć.

Matura z religii – gdyby się na nią zgodzić – byłaby niczym innym, jak sprawdzianem konkretnej formacji chrześcijańskiej, ukształtowania egzaminowanego w duchu zgodnym z wyznawanymi zasadami. Co więcej – byłaby jedną więcej szansą na skorygowanie przekonań nieprawdziwych, sprzecznych z nauką Chrystusa. Ot, takie colloquium (po łacinie: rozmowa).

Jeśli więc ktoś chciałby traktować maturę z religii jako religijną wersję teleturnieju „Postaw na milion” (np. „Celnik, by zobaczyć Jezusa, wspiął się na: A. palmę; B. skałę; C. sykomorę; D. cedr.”), niech lepiej nie zabiera głosu, kompromituje się bowiem tylko, wstyd przynosi tym, co dali mu dyplom jakiejś tam uczelni. Zaś dziennikarz, który się za podobne tematy bierze, też niech się lepiej do rozmowy przygotuje, żeby mącicielom w głowach umieć przeciwstawić argumenty, a nie tylko kiwać potakująco głową.

Z pewnością Kościołowi w Polsce powinno zależeć, by młody chrześcijanin, wchodzący w życie dorosłe, był uformowany poprawnie, zgodnie z nauką Chrystusa i Kościoła, by wiedział, jak ma żyć zgodnie z zasadami wyznawanej wiary. Toteż nie wiem, w jakiej formie, ale jakiś sprawdzian formacyjny byłby tu nie od rzeczy. Czy w ramach egzaminu dojrzałości? Może tak. Ale egzaminu przeprowadzanego przez kapłana – katechetę, a nie przez „panią katechetkę” czy „pana katechetę”, którzy – by móc uczyć religii w szkołach - skończyli jakieś „kursy przygotowawcze”.

Jestem zatem zdania – i tu spełniam daną na początku obietnicę – że nauka religii powinna powrócić do sal katechetycznych w parafiach. Miałoby to kilka zalet – i pewnie jedną wadę. Zalety byłyby takie, że na katechezę chodziłby ten uczeń, który by naprawdę chciał poznawać Boga i Jego naukę, przez co jego formacja miałaby większe szanse na powodzenie; dalej – religii uczyłby katecheta, osoba przygotowana do pracy formacyjnej; dalej – „naukę religii” można by wspomóc jakimiś praktykami duchowymi: modlitwami, adoracją, uczynkami miłosiernymi, aktami poświęcenia, działaniami dla innych, potrzebujących itp. Odpadłby element „przymusu szkolnego” („o, kurcze, znów te nudy o Panu Bogu, znów przyjdzie i będzie truć…).

Wadą (tak zapewne pomyśli wielu) byłoby to, że na takie katechezy do parafii trzeba by się wybrać specjalnie, a w szkole, gdzie się i tak chodzi codziennie, to po prostu jedna więcej „godzina lekcyjna”; zamykam za sobą drzwi szkoły – i luzik! jestem wolny!

Prezentuję tu własne poglądy i biorę za nie osobistą odpowiedzialność. Chciałbym jednak, żeby nauka o Bogu i Jego nauce była z pożytkiem dla formowanego, a nie niechcianym, wyszydzanym często przymusem. Pożytki – i z jednej i z drugiej formy pobierania takich nauk – są nieporównywalne.

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl