Mamy ostatnio wysyp nowych polskich filmów. Podobno te produkcje cieszą się wielkim powodzeniem na różnych zagranicznych festiwalach (zapewne trzecio- czwartorzędnych!), w związku z czym dystrybutorzy chwalą się tym na wyprzódki. Ostatnio nawet na słynnym (nie wiem, z czego) festiwalu Sundance uznano za arcydzieło jeden z najgorszych, najbardziej obrzydliwych polskich filmów w ogóle, do tego film głupi i nie wiadomo, o czym. Mam na myśli „Córki dancingu”. Porównywanie go ze słynnym serialem „Miasteczko Twinn Peaks” zdecydowanie obraża twórców tej ostatniej produkcji, ale widać wstyd powoli wychodzi z mody i porównać można wszystko ze wszystkim.
Poza tym – czym żyła ostatnio polska publiczność filmowa? Producenci i dystrybutorzy wierzą zapewne, że ta publiczność, która – co normalne! – chciałaby kochać produkcje rodzime, kocha „Czerwonego pająka”, „Anatomię zła”, „Moje córki krowy”, „Planetę singli” i temu podobne „chały”, zrobione starannie, ale bez żadnych artystycznych czy intelektualnych ambicji. Czy kocha? Nie do końca wiadomo, choć zelektryzowała mnie wiadomość, że sequel „Listów do M.”, film „Listy do M.2” (nie widziałem, ja też mam swoje granice odporności) obejrzało w Polsce blisko – uwaga! – 3 miliony widzów… Film wszedł na ekrany nie tak dawno i właśnie pojawiają się zapowiedzi, że obraz „schodzi” z ekranów, wobec czego można go obejrzeć już za przysłowiową „dychę”. Trochę to wszystko dziwne – bo jak to: taki sukces, taki hit, a tu bilety po 10 zł?!!! Widać już każda dycha się liczy w budżecie dystrybutorów i producentów, co pozwala w te 3 miliony widzów lekko powątpiewać, ale niech tam.
Zresztą łatwo uwierzyć w to, że polska kultura, skomercjalizowana w III RP do szpiku kości, wychowała sobie widza bezmózgiego i pozbawionego gustu, wobec czego faktycznie te banalne komedyjki czy kompletnie bezsensowne horrory i thrillery mają wzięcie i uznanie. Budżet państwa wspiera to wszystko oczywiście hojnie i bez skrupułów, więc twórcom pracuje się lekko, łatwo i przyjemnie. Co innego, gdyby na swe produkcje musieli oni poszukać pieniędzy u „prywaciarzy”; a, to byłaby już zupełnie inna rozmowa! Jak ktoś daje własne pieniądze, czasem niemałe, zastanowi się, czy wesprzeć film o „killerze - snajperze”, który ma już słaby wzrok i regularnie odwiedza okulistę, a w końcu do poważnego zadania wynajmuje sobie pomocnika, a właściwie zastępcę. Pani dyr. Odorowicz czy pani dyr. Sroka nie miały wątpliwości. (Na marginesie: ciekawe, kiedy nowi decydenci w resorcie kultury wezmą do ręki żelazne miotły i rozpędzą ten cały „salonowy” PISF na cztery wiatry. Czas po temu najwyższy.).
Tak więc powszedni dzień naszej kinematografii wygląda jak wygląda.
Ciekawe, że choć żyje i tworzy jeszcze wielu polskich reżyserów dobrych, ba, wybitnych, jakoś nie powstają „filmy o czymś”. Kraj jest w gorących czasach, tematy leżą na ulicy bądź w archiwach czy uczciwych podręcznikach historii, przeciętny Polak ma doprawdy z czym się mierzyć – ale w kinie (o którym tow. Lenin powiedział, że jest „najważniejszą ze sztuk”) zupełnie tego wszystkiego nie ma. Nie ma przemian politycznych, społecznych, nie ma prawdy o polskiej pracy, o emigrantach za chlebem, o „wysadzonych z siodła”, o tych, dla których już niczego nie starczyło i którzy wegetują pełni stresów i frustracji. Nie ma prawdziwych filmów o zakłamanych polskich mediach – a to baaaardzo wdzięczny temat (proszę sobie przypomnieć słynną „Sieć” Sidneya Lumetta wg scenariusza Paddy’ego Chajeffskiego), nie ma filmów o szkole, o prawdziwych troskach młodych Polaków (uczniów, studentów, absolwentów etc.) W ogóle nie ma u nas od lat filmów o czymś, co jest naprawdę ważne. Kino spsiało, skomercjalizowało się, zdolni młodzi aktorzy tępieją przy graniu głupich ról w głupich scenariuszach. Co ciekawe (ale może i łatwe do zrozumienia!), nie ma u nas także kina politycznego, choć polityka to pożywka dla kina wyborna. No tak – ale jak tu robić dobre, uczciwe kino polityczne, kiedy się nie wie, kto jutro będzie rządzić i komu się w takiej sytuacji lepiej nie narażać…
Może się u nas sytuacja ustabilizuje? A może przyjdą tzw. młodzi zdolni, co to się nie będą bać? A może Zanussiego, Bajona, Pasikowskiego, Smarzowskiego, Dejczera, Falka i kilku innych znudzi robienie filmów drugo- czy trzeciorzędnych, z aluzjami, z językiem ezopowym i zapragną znów zrobić coś naprawdę interesującego, co rozpali dyskusje, spory, polemiki?
Dobrze by to było, bo tymczasem mamy z polskim kinem niezłe kino.
