Kilka dni temu w prestiżowej londyńskiej uczelni King’s College, lord Lawson, były minister finansów w rządzie Margaret Thatcher, wygłosił znamienny speech, kwintesencja argumentów  konserwatystów, promujących  Brexit.  W istocie Nigel Lawson / zresztą ojciec znanej  kucharki i prezenterki telewizyjnej Nigelli Lawson/ stoi na czele kampanii, domagającej się „wymaszerowania z nudnego i męczącego klubu brukselskiego”. Warto dodać, że to polityk największego kalibru – razem z Michaelem Haseltinem, Normanem lamentem i Geaffreyem Howe’em – tworzyli kiedyś twarde jądro kilku kolejnych gabinetów premier Thatcher. Warto poświęcić temu wystąpieniu kilka zdań, aby poznać tok myślenia i argumentację coraz powszechniejszego w Wielkiej Brytanii ruchu YES, który może doprowadzić do wystąpienia pierwszego państwa z „rodziny europejskiej”, a w konsekwencji do rozsypania się Unii jak domku z kart.

   O czym  mówił  w londyńskim King’s College wieloletni minister premier Thatcher? „Powinniśmy odzyskać kontrolę nad własnym życiem oraz życiem naszego kraju i skończyć z posyłaniem rokrocznie 10 miliardów funtów nadwyżki, która ląduje w przepastnych kieszeniach  Brukseli – perorował energicznie. – Po drugie, w ciągu ostatnich 15 miesięcy  czyli prawie półtora roku wyeksportowaliśmy więcej towarów do krajów spoza Unii niż krajów – członków Unii. A wczoraj Toyota oznajmiła, że nawet gdyby Wielka Brytania opuściła Wspólnotę Europejską, nadal będzie produkowała swoje samochody w fabryce w Derbyshire. I podobne glosy słyszy się i od innych producentów zagranicznych, mających u nas swoje zakłady. A po trzecie, w naszym interesie leży, aby nareszcie zostawić ten >klub<, gdzie chętnie bierze się nasze pieniądze, ale nikt nas nie słucha, a nasze uwagi dotyczące kierunku rozwoju Unii są rutynowo ignorowane”.

    Należy jednak przypomnieć, że Zjednoczone Królestwo znajduje się w znacznie korzystniejszej sytuacji niż którykolwiek z innych zrewoltowanych krajów, jak Węgry czy Polska. Wyspiarskie położenie chroni od bezpośredniego zalewu imigrantów – wystarczy jedna parlamentarna ustawa, a obecna kwotę 250 tys. przybyszów rocznie zostaje zmniejszona do 50 tys. i w dodatku tę decyzję będzie można wyegzekwować. Ponadto tradycyjne kontakty Wielkiej Brytanii z krajami byłego Imperium – „specjalne stosunki” ze Stanami Zjednoczonymi, Kanadą, Australią, Indiami,  Singapurem i Hong Kongiem – na których to kierunkach wciąż panuje wielki ruch, „przepływ ludzi, towarów i kapitału”. I to o Dalekim Wschodzie mówi się „to miejsce, skąd widać jutro”, gdy o Europie można co najwyżej powiedzieć, że „widać z niej wczoraj”.  

  „Unia Europejska – mówił dalej lord Lawson – to projekt, który nam kompletnie nie odpowiada – bo jego celem jest stworzenie Stanów Zjednoczonych Europy. To projekt głęboko niedemokratyczny i ekonomicznie niszczący”. Następnie przypomniał, jak to  Rada Unii Europejskiej 72 razy zlekceważyła opinię Wielkiej Brytanii  podczas  głosowania projektów ustaw, które potem stały się obowiązującym prawem. „Wynik 72: 0 nie jest chyba zbyt imponujący?” – zapytał na koniec, a potem podsumował: ”Natomiast Brexit nie ma właściwie złych stron, a jeśli ma, to w stosunku do korzyści,  bardzo niewielkie”.

  Ciekawe, że kiedyś Nigel Lawson wspierał członkostwo Wielkiej Brytanii w Unii i głosował na TAK. Dziś,  po wielu trudnych doświadczeniach, z pewnością zagłosowałby na NIE. Podobnie jest z tymi 53. procentami Brytyjczyków, którzy z niecierpliwością czekają na referendum, żeby wrzucić  do urny swój głos za Brexitem.  Nawet w tak liberalnym kraju jak Zjednoczone Królestwo, w sytuacji kiedy i premier Cameron  i  większość rządowa, wszystkie media lewicowo – liberalne  oraz niemal wszystkie campusy uniwersyteckie powtarzają, że „Brexit to nonsens”, w domach, na ulicach i w pubach wiele się mówi o potrzebie opuszczenia „starej, autokratycznej, mało elastycznej i konkurencyjnej  i skorumpowanej Unii”.   Brytyjczycy  dobrze widzą obniżanie się standardów ich życia, przeciążenie  służb publicznych, zalew kraju przez imigrantów – i  dobrze wiedzą, że jeśli pozostaną w „klubie brukselskim”, wszystkie te negatywne zjawiska będą się pogłębiały.  Chcą na powrót decydować o losie swoim i kraju i odzyskać prerogatywy, które – to siła, to sposobem – zostały im przez Unie odebrane. I trudno im się dziwić.

  W King’s College były minister Margaret Thatcher  nazwał nonsensem pomysł, że to dzięki Unii Europejskiej na kontynencie od 70 lat nie doszło do żadnej wojny, i przypomniał, że to „raczej dzięki NATO”.  Skrytykował także teorię premiera Camerona, że pozostanie w Unii zapewnia Brytyjczykom większe bezpieczeństwo. „Bo bezpieczeństwo zapewnia nam członkostwo w NATO, które nie ma nic wspólnego z członkostwem w Unii. Five Eyes – wspólne służby specjalne Wielkiej Brytanii, Stanów Zjednoczonych i kilku innych państw – także nie mają nic wspólnego z Unią” – zakończył swój rozsądny i zdroworozsądkowy wykład  w londyńskim King’s College.

  Była to najprostsza wykładnia opinii brytyjskich eurosceptyków, jaka udało mi się usłyszeć. I wcale nie zdziwiłabym się, gdyby się okazało, że ta argumentacja zyskała sobie podczas referendum  w 2017 roku więcej zwolenników niż ta Davida Camerona.

                                              Elżbieta Królikowska-Avis. Londyn, 25 stycznia 2015

   

    

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl