Debata pod takim tytułem zorganizowana została wczoraj przez portal Mamprawowiedziec.pl. i Bibliotekę Publiczną w Warszawie. Wzięli w niej udział politycy z czterech partii zasiadających w Sejmie RP oraz przewodniczący KRRiT. Moderatorem dyskusji był redaktor naczelny „Rzeczpospolitej” Bogusław Chrobota.
Dyskusja koncentrowała się wokół nowej ustawy, finansów, zarządzania i przyszłego modelu mediów publicznych. Skrót dyskusji można prześledzić na http://wiadomosci.onet.pl/warszawa/w-strone-mediow-narodowych-debata-na-temat-mediow-w-polsce/p83j9m
Jednak to, co powiedzieli w czasie tej debaty politycy Kukiz’15, PO i Nowoczesnej, interesuje mnie – będę szczery – w niewielkim stopniu. Prawo i Sprawiedliwość ma większość w Parlamencie i nie musi szukać poparcia innych partii. Ich zdanie będzie być może ważne za 4 lata, ale nie teraz. Dlatego skupię się na wypowiedziach Krzysztofa Czabańskiego, wiceministra kultury i posła PiS.
Czabański powtórzył znaną już argumentację, że PiS musi przed przekształceniami mediów publicznych poznać ich stan oraz musi mieć kierownictwo mediów, które będzie chciało działać przy przekształceniach, nad którymi pracuje. Kolejnym krokiem będzie duża ustawa medialna. Przypomniał też, że od czasu pierwszej ustawy medialnej z lat 90. świat mediów został podporządkowany światowi politycznemu, i że on był jednym z ówczesnych krytyków upolitycznienia mediów. Tłumaczył też, że do zaniku abonamentu jako źródła finansowania mediów publicznych prowadziły wypowiedzi Donalda Tuska z 2007 roku o abonamencie - „daninie wyborczej”. Wspomniał również o Radzie Mediów Narodowych, która będzie wybierana na 6-letnią kadencję, co zapewni jej ciągłość i niezależność od zmian politycznych po kolejnych wyborach. Czabański zgodził się z Janem Dworakiem, że roczne koszty utrzymania mediów publicznych powinny wynosić od 2 do 3 miliardów złotych.
Trudno nie zgodzić się z większością przytoczonych argumentów, aczkolwiek mam wątpliwości, czy nie można było zmian w mediach publicznych rozpocząć od ich całościowej przebudowy: organizacyjnej, finansowej, merytorycznej, ujętej np. w projekcie dużej ustawy medialnej z pominięciem etapu przejściowego, który wzbudza kontrowersje ze względu choćby na radykalne zmiany kadrowe.
Pogląd, że polityk nie powinien być prezesem TVP wyraził m.in. były prezes tej instytucji Bronisław Wildstein w rozmowie z Kamilą Baranowską, opublikowanej na łamach „Do Rzeczy”. Polecam lekturę tego niezwykle interesującego i – myślę – pouczającego wywiadu. Wildstein mówi m.in., że politycy mają zawsze pokusę, żeby podporządkować sobie media i dziennikarzy. Jednak ludzie dalekowzroczni powinni walczyć z takimi pokusami: „jeśli bowiem mówi się o przywracaniu Państwa Polakom, to dotyczy to także mediów. Przywracanie mediów Polakom polega na tym, by uniezależnić je od władzy wykonawczej”.
Sprawa bezpośredniego uzależnienia dziennikarzy od polityków, a mediów publicznych od rządzącej partii, może stać się przedmiotem stałego konfliktu, albowiem zależność dziennikarzy od funkcjonariuszy partyjnych jest nie do pogodzenia ze standardami etyki dziennikarskiej. Warto do znudzenia powtarzać, że dziennikarze muszą patrzeć władzy na ręce, a nie odwrotnie.
Krzysztof Czabański wspomniał we wczorajszej debacie o społecznych Radach Programowych. Przypomnę, że według projektu PiS ich członkowie byliby powoływani przez Radę Mediów Narodowych spośród kandydatów zgłaszanych przez m.in. stowarzyszenia twórcze, organizacje pożytku publicznego, Kościół katolicki i inne kościoły oraz związki wyznaniowe, związki zawodowe, organizacje pracodawców, organizacje rolników, szkoły wyższe, PAN. Kadencja Rad trwałaby 3 lata, ale członek danej Rady mógłby zasiadać również w kolejnej. Podobną do tej propozycję złożyło Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich http://sdp.pl/informacje/12131,propozycje-regulacji-opracowane-przez-zespol-sdp-ds-reformy-mediow-publicznych,1449672547
Być może klucz do odpartyjnienia i odpolitycznienia mediów publicznych tkwi w roli, jaką mogłyby sprawować Rady Programowe publicznej telewizji centralnej, regionalnych ośrodków TVP oraz regionalnych rozgłośni Polskiego Radia. Przenosząc na polski grunt niektóre zachodnie rozwiązania (choćby z landów niemieckich) można sobie wyobrazić takie umocowanie Rad Programowych, które zapewniłoby im zarządzanie mediami publicznymi. Złożone z nie-polityków, a przedstawicieli związków zawodowych, organizacji pracowników i pracodawców, stowarzyszeń twórczych i dziennikarskich, Kościołów i związków wyznaniowych, organizacji pozarządowych, biznesowo-menedżerskich, itd. (liczba członków do konsultacji: 15, 18, a może 25 członków delegowanych przez wspomniane stowarzyszenia i organizacje) posiadałyby prawo wyboru szefów mediów publicznych w drodze otwartego konkursu. Różnorodność i pluralizm wspomnianych podmiotów Rad Programowych zapewniałaby im reprezentatywność społeczną. Tym samym media rzeczywiście stałyby się własnością społeczną (a nie państwowo-rządową). Jeśli mają być finansowane ze społecznej daniny (zatem przez społeczeństwo), to przedstawiciele tego społeczeństwa (a nie tylko wybranej/wybranych partii politycznych) powinni mieć wpływ na wybór szefów mediów i pośredni wpływ na merytoryczną zawartość mediów (tę kontrolę zawartości sprawowałyby właśnie Rady Programowe). Rada Mediów Narodowych w tym systemie pełniłaby rolę zbliżoną do KRRiT, aczkolwiek pozbawioną możliwości bezpośredniego wyboru władz mediów publicznych poprzez Rady Nadzorcze. Jednak RMN mogłaby mieć prerogatywy zatwierdzania szefa danego medium spośród np. dwóch kandydatów wyłonionych w konkursach przeprowadzonych przez Rady Programowe.
Zdaję sobie sprawę, że moja propozycja, nawet dopracowana i uszczegółowiona, ma małe szanse realizacji w obecnych warunkach politycznych, ale być może kiedyś politycy sami dojdą do wniosku, że media publiczne należy oddać we władzę społeczeństwa. Z tą nadzieją na media prawdziwie obywatelskie – nieustannie pozostaję.
Marek Palczewski
22 stycznia 2016
