Już za chwilę zaczynają się w Polsce Mistrzostwa Europy w piłce ręcznej 2016. Potrwają od 15 do 31 stycznia. Wśród szesnastu ekip o prymat powalczy reprezentacja Biało-Czerwonych. Mecze odbędą się w Krakowie, Katowicach, Gdańsku i Wrocławiu. Polacy zagrają w fazie wstępnej z Francją, Macedonią i Serbią. I znów będą wielkie emocje. Ponownie posłuchamy szalonych głosów komentatorów, którzy często sami w niezwykłych emocjach rzucają różne zdania, czasami mniej lub bardziej śmieszne. Ale nie miałbym im tego za złe. Kto sam uprawiał kiedyż jakiś sport, ten wie jak jest siła woli, jak się chce wygrać. I co się dzieje w człowieku, kiedy się przegrywa. To wszystko przecież też „targa” kibicami, którzy utożsamiają się ze swoją drużyną. A my jako trzecia drużyna świata w 2015 r., znów mamy szansę na wielki sukces.
I gdy zasiądziemy przed telewizorami przeżyjemy chwile, których się nigdy się nie zapomina. 1 lutego 2015 r. polska reprezentacja grała w Mistrzostwach Świata w Dubaju w „szczypiorniaka” (tylko w Polsce używamy tej nazwy od Szczypiorna pod Kaliszem. W 1917 roku w obozie w Szczypiornie znaleźli się polscy legioniści. W związku z odmową legionistów złożenia przysięgi na wierność Niemiec, czego wymagał akt 6 listopada 1910 roku, legioniści 1 Brygady zostali internowani. Ich komendant Józef Piłsudski został w dniu 12 lipca 1917 roku aresztowany i osadzony w twierdzy w Magdeburgu. Pierwszy transport legionistów przybył do Szczypiorna w dniu 27 lipca 1917 roku. Owocem bezczynności legionistów była zabawa piłka która zaczęli grać jesienią 1917 roku. Były to początki szczypiorniaka. Gra powstała z inicjatywy majora Grzmota-Skotnickiego, który wraz z trzema oficerami legionów zorganizował pierwsze gry w Szczypiorniaka), czyli piłkę ręczną z Hiszpanią o brązowy medal. Cały czas napięcie: na boisku, widowni i oczywiście przed telewizorami. Cała Polska nerwowo trzyma kciuki „za naszych”. Pierwsza połowa remis po 13 bramek każdy zespół. Cały mecz kończy się remis po 24, co jest bardzo rzadkie. Ale w tak ważnym meczu zdarzyło się. Konieczna dogrywka. Komentatorzy wręcz wychodzą ze skóry, podbijając i tak przeogromne przecież emocje. Nagle karny dla Hiszpanii. W bramce nasz cudowny bramkarz Sławomir Szmal. I komentator chcąc wyrazić, jak to wszyscy go popieramy nie wytrzymuje i krzyczy: „Cała Polska przy Szmalu !”. Wielu zapewne chwyciło się w tym momencie za portfele lub zaczęli sprawdzać w kieszeni ile tam mają pieniędzy. Oglądałem ten mecz w towarzystwie wielu osób. Po prostu odpowiedzieliśmy rykiem.
Cóż warte byłyby sprawozdania sportowe bez nieśmiertelnych gaf sprawozdawców, różnych lapsusów ? Myślę, że możemy im je wybaczyć. W końcu w ten sposób ich emocje stają się naszymi przeżyciami. Jak na przykład ta ze Służewca: „Proszę państwa, bomba poszła w górę. Teraz wszystko w rękach konia !”.
Nie można nie wspomnieć Janka Ciszewskiego, sprawozdawcę telewizyjnego piłka nożnej i żużla.To „Janka” ma oddawać wdzięczność kibiców za przeżywane wspólnie sukcesy i porażki polskiego sportu. Jest on zdecydowanym numerem 1 wśród polskich komentatorów.
Na mundialu w 1982 r. w Hiszpanii postanowił wejść Polakom na ambicję i powiedział do Zbigniewa Bońka, że reprezentacja w piłce nożnej nie stanie na podium. -Mam nadzieję, że jak będzie inaczej, to pan redaktor coś postawi-odparł o blisko 30 lat młodszy Zibi. I „Cis” postawić musiał. Bankiet odbył się na koszt redaktora.
Jednym z uczniów red. J. Ciszewskiego był Dariusz Szpakowski. Kiedy w 1997 roku biało-czerwoni grali na wyjeździe z Anglikami (1:2 za drugiej kadencji Antoniego Piechniczka, gol Marka Citki), przejęty Szpak przywitał nas: „Ze stadionu Wembley wita państwa Dariusz Ciszewski”.
Przypomnijmy sobie niektóre z tych „słownych wpadek”, ale pomyślmy, czy tak łatwo byśmy wybrnęli, gdyby to nam podsunięto mikrofon i polecono „komentuj”:
-Włodek Smolarek krąży jak elektron wokół jądra Zbyszka Bońka.
-Puścił Bąka lewą stroną.
-Dostałem sygnał z Warszawy, że mają już państwo obraz, więc możemy spokojnie we dwójkę oglądać mecz.
-Kibiców szwedzkich nie ma zbyt dużo, ale za to nie grzeszą urodą.
-Wysoka amplituda lotu atakowanego zawodnika.
-Stadion w Dortmundzie wypełniony po ostatnie miejsce, chociaż widzimy jeszcze kilka wolnych miejsc.
-Jest trochę zmian, a konkretnie jedna.
-Na trybunach cesarz Beckenbauer, jeden z dwóch ludzi na Ziemi, którzy zdobyli mistrzostwo świata jako piłkarz i jako zawodnik.
-Do końca spotkania piętnaście minut, z sekundami. Teraz już dokładnie szesnaście.
-Crouch wygląda na paralityka, ale podobno sporo ćwiczy.
-Słońce zachodzi już za wschodnią trybunę stadionu w Dortmundzie.
- Francuski piłkarz ratuje resztki twarzy.
- Bayer ma świetna penetrację poprzeczną.
- Został, leżąc poza państwa ekranem Litmanen.
-Za wysoko podniesiona noga, czy może Szewczenko pomagał sobie nie tymi kończynami, co trzeba?
-Ciężko podać dokładnie w tym tumulcie nóg.
W sporcie nawet czas liczy się inaczej. Wszyscy na pewno pamiętają emocjonalny okrzyk trenera Wenty, gdy przerwano mecz w „szczypiorniaka” tuż przed końcem meczu z Norwegią na mistrzostwach świata w Chorwacji: „Mamy 15 sekund, to dużo czasu”. I wystarczyło go by przez całą długość boiska wykonać rzut prosto do bramki i wygrać mecz !
/-/ Andrzej Dramiński
Wiceprzewodniczący Zarządu Warmińsko-Mazurskiego Oddziału
Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w Olsztynie
