W przestrzeni medialnej przełomu 2015 – 16 roku krąży  kilka mitów mniemanych, że nie powiem głupstw prawdziwych, wynikających z nieuctwa, ciemnoty oraz ignorancji.  A oto one:

1/  termin „demokracja liberalna”, którą należy obronić/ przywrócić/ nie pozwolić zawłaszczyć etc. Deklinują ją w nieskończoność środowiska bliskie Fundacji im. Batorego, Trybunału Konstytucyjnego, Platformy Obywatelskiej, SLD i Nowoczesnej. Gdyby jeszcze któryś z nich wyjaśnił o co tu chodzi, ale terkoczą jak chiński młynek do modlitw, a jak nie było wiadomo, tak nie jest. I nie dziwota – bo nie ma nic takiego jak „demokracja liberalna”.  Bowiem,  jak mówi długie polskie doświadczenie, jeśli do rzeczownika demokracja  dodać przymiotnik – „ludowa”, „socjalistyczna” czy „liberalna” -  powstaje, jak mówił klasyk, „ni pies ni wydra, coś na kształt świdra”, słowem rzeczownik traci sens. Nie ma nic wspólnego z demokracją greckiego  filozofa Platona,  ani Francuza Monteskiusza ani  Anglika Edmunda Burke’a.  Demokracja obywa się szczęśliwie bez przymiotników, a jeśli ktoś je dopisuje, to zawsze znaczy, że ma złe intencje. Tak jest i tym razem.

   Bo demokracja albo jest, albo jej nie ma i żaden przymiotnik nic tu nie pomoże.  A w Polsce jeszcze jej nie ma.  Weżmy definicję Platona z IX Księgi „Państwa”: „demokracja nastaje, kiedy ubodzy zwyciężą, a jednych bogaczów pozabijają, drugich wygnają z kraju, a pozostałych dopuszczą na równych prawach do udziału w ustroju i rządach”. A więc jest? Nie ma.  A teraz serio: demokracja działa jak dobrze naoliwiony mechanizm, kiedy spełnione są przynajmniej trzy warunki: życie publiczne opiera się na wspólnej bazie wartości dla władzy i obywateli, są instytucje, które tych wartości bronią, i po trzecie – społeczeństwo ma świadomość oraz instrumenty, aby skorumpowane i łamiące prawo elity polityczne wymienić.  Jak do tej pory, żaden z tych warunków nie działa.  A lansowanie „demokracji liberalnej”, to kolejny zabieg socjotechniczny,  próba lewicy zawłaszczenia sobie pojęcia podstawowego - jak kiedyś sprawiedliwość społeczna,  równość szans, etc.

2/ kolejny mit: „reformy ustrojowe wprowadza się za szybko”. Choć wszystkim wiadomo, że najpoważniejsze ustawy zwykle przeciąga się przez obie izby parlamentu przez  pierwsze 100 dni po wyborach powszechnych, kiedy społeczne przyzwolenie na zmiany jest największe. Jest to zasada, z której skwapliwie korzystały po 1989 roku i SLD i Platforma. Nie mówiąc już o błyskawicznym przejmowaniu państwa przez PO i ówczesnego marszałka Sejmu Bronisława Komorowskiego tuż po katastrofie smoleńskiej.  Kiedy politycy PO oraz służby, nie czekając na oficjalne potwierdzenie śmierci Lecha Kaczyńskiego, wdarły się do Kancelarii, aby co prędzej prześwietlić teren. A marszałek  Komorowski  natychmiast wszedł w buty Prezydenta, i nie rezygnując z funkcji  marszałka Sejmu, przejął  funkcję p.o. prezydenta oraz kandydata na przyszłą głowę państwa. W historii nowoczesnej Europy nie było polityka, który w jednym ręku – łamiąc tyle paragrafów  Konstytucji – skupiłby w jednym ręku tak ogromną władzę!  Pracował w wielkim pośpiechu, dniem i nocą – lecz ani  Trybunał Konstytucyjny, ani media mainstreamowe jakoś tego „skoku na państwo” nie dostrzegły. Więc kiedy teraz panowie Rzepliński, Halicki czy Smolar otwierają usta, aby zbesztać Prawo i Sprawiedliwość za „pośpiech w przeprowadzaniu reform”, można tylko powiedzieć: „yeah, right”, co znaczy „dobrze, dobrze”, i przypomnieć im co się działo  5 lat temu.

3/ Mit trzeci:  nieprawdą jest, że „w rządach każdego cywilizowanego kraju  mamy przedstawicieli  lewicy”, bo to dezinformacja, żeby nie powiedzieć kłamstwo. W Wielkiej Brytanii, ani w Hiszpanii, ani w Portugalii, częściowo w Niemczech / CDU/, nie wspominając już o Węgrzech i Polsce, mamy rządy prawicowe, a we Francji wiele się mówi o przyszłym zwycięstwie Sarkozy’ego, jeśli nie Frontu Narodowego Marine Le Pen. Europejska lewica – po rozpadzie Związku Sowieckiego, kompromitacji komunizmu, odcięciu funduszy z Kremla i blamażu Putina -  jest kompletnie rozbita i nie potrafi się pozbierać. W Wielkiej Brytanii, po Edzie Milibandzie,  wprawdzie dość „czerwonym”, ale kompletnie niewybieralnym,  liderem Labour Party został marksista – mastodont Jeremy Corbyn, który kompromituje się dzień po dniu, i już wiadomo, że nie jest dla Wielkiej  Brytanii żadną alternatywą.

4/ Min czwarty: że można rządzić bez mandatu społeczeństwa. Pamiętają  państwo słynny okrzyk gniewu Geremka po kolejnych przegranych  przez Unię Wolności wyborach –„to społeczeństwo nie dorosło do demokracji!” oraz dzisiejszą frazę Dziadka Waldemara „część Polaków popełniła straszliwy błąd wyborczy w obu tegorocznych wyborach!” A ja mam pytanie: czy wy się nigdy nie nauczycie podstawowej zasady demokracji?   Bo w Polsce, Wielkiej Brytanii,  w każdym cywilizowanym kraju  nie da się rządzić bez udziału obywateli i przeciw ludziom. Przekonał się o tym ROAD, Unia Demokratyczna, Unia Wolności, SLD i PO,  a także partie komunistyczne Europy. Z tych samych powodów kłopoty mają wyalienowane z życia, próbujące  inżynierii społecznej, aroganckie władze Unii Europejskiej. Toteż Prawo i Sprawiedliwość, które wciąż powtarza – jesteśmy po to, aby służyć narodowi, to obywatele są sercem demokracji – będzie rządziło dotąd, dopóki za tymi słowami będą iść czyny.

5/ Mit  piąty: nieprawdą jest, o czym - na wieść, że media publiczne będą podlegały ministrowi skarbu - powiadają politycy PO, SLD i Nowoczesnej, że „w prawdziwych demokracjach  media publiczne nie są w żadnym stopniu uzależnione od polityków. Bo np. w Wielkiej Brytanii, w przypadku BBC, owszem, są.  BBC działa na podstawie Karty Królewskiej, nowelizowanej co 10 lat, która określa osobowość prawną, wyznacza cele i zakres działania Korporacji, określa wewnętrzną strukturę oraz  sposób finansowania. BBC finansowane jest z abonamentów / płaconych na poczcie/ oraz własnej działalności  komercyjnej. A wysokość tych opłat wyznacza rząd, a zatwierdza parlament. Kartę podpisuje minister kultury, mediów i sportu oraz szefowie Korporacji.  BBC, jak i wszystkie inne media publiczne, ma tendencje do usamodzielniania się, w przypadku BBC jest to „państwo w państwie”, w końcu tego roku nastąpi kolejna nowelizacja – i już rok temu minister John Whittingdale ostrzegł Firmę, że jeśli  chce nadal otrzymywać te 5 mld funtów z abonamentów, musi skończyć z nadmiernym upolitycznieniem, populizmem / „równanie poziomu w dół”/, marnowaniem pieniędzy podatników i skandalami obyczajowymi. BBC i opozycja, Partia Pracy, liberalni demokraci i Zieloni szaleją, ale konserwatyści mają w parlamencie niewielką, bo niewielką, ale  przewagę, i w grudniu tego roku mogą wreszcie dobrać się do skóry lewicowej, aroganckiej, łamiącej wszelkie standardy BBC.  

  O ile wiem, nie ma na świecie mediów publicznych, należących do obywateli, środowisk artystycznych, ugrupowań partyjnych, z których każde ma swój własny TV kanał.  Za duża władza, za wielkie pieniądze, nawet w Polsce.  Można, i należy, zrobić jedno, i mam nadzieję, że PiS do tego zmierza: łącząc siły ministerstwa kultury i dziedzictwa narodowego  i ministerstwa edukacji / potrzeby/ oraz ministerstwa skarbu / finanse/, z głosem doradczym przedstawicieli środowisk artystycznych / z zachowaniem proporcji politycznych, wiadomo że są w dużej mierze lewicowe/, oddać je obywatelom. Bo media publiczne muszą być – jak parlament – emanacją wszystkich sił politycznych, mniejszości narodowych i etnicznych, odzwierciedlać rozmaitość religijną RP.  Proporcjonalną, bez dominacji mniejszości.  Trzeba to zrobić jak najprędzej – i tak  już cały świat  wie, jak to Prawo i Sprawiedliwość łamie zasady praworządności.

                                                                        Elżbieta Królikowska-Avis. 4 stycznia 2016

   

 

  

 
Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl