Objawił się nam nowy rodzaj dziennikarstwa: „napastliwego”. Na fali społecznego przyzwolenia części opinii publicznej by dowalić większościowej partii, dziennikarz albo dziennikarka nie zadaje pytań, ale je napastliwie wykrzykuje. To pierwszy jego znak. I jest natrętny, by nie powiedzieć nachalny. To drugi jego znak. Domaga się odpowiedzi i z tonu zadawanego pytania wynika, iż ma to być odpowiedź potakująca. To trzeci jego znak. Im rozmówca bardziej zagubiony, a może nawet czasami bezradny, tym lepiej dla dziennikarza. To czwarty jego znak. Bo przecież zadał pytanie i „trafił” nim tak przepytywanego, czyli to zadający je ma rację. To piąty jego znak. I jeśli nie ma odpowiedzi wprost na zadane pytanie, a to się może zdarzyć z bardzo wielu powodów, dziennikarz tryumfuje. Bo przecież wiedziałem/am jak zapytać, a tu nie ma odpowiedzi. To o co pytam, czyli samo pytanie stało się odpowiedzią. To szósty jego znak.
Ale czy tak jest w istocie ? Czy opinia publiczna dowiedziała się, co myśli rozmówca, jaki jest jego pogląd i o co właściwie chodzi w tej całej sytuacji ? W końcu dla kogo jest ta niby rozmowa: czy dla słuchaczy w radio, patrzących w telewizji, czy dla uprawiającego zawód dziennikarza ? I właściwie tylko dla niego. Rozmówca jako przedmiot rozmowy kompletnie się nie liczy. I wyraz „zawód” pasuje idealnie. Bo to jest zawód z tak prowadzonej aktywności dziennikarskiej.
Tu dość istotny wtręt, czy do zachowania się niektórych osób pod wpływem napastliwości. Otóż, nie wiedzą jak się zachować w takiej sytuacji. Samo takie postępowanie się drugiej osoby wobec niej wywołuje taką reakcję. A przecież merytorycznie o niczym to nie świadczy, niczego nie dowodzi. I co ważniejsze, wcale nie jest sygnałem, że pytany nie chciał odpowiedzieć albo nie wie, co powiedzieć. Właściwie, to po co taka technika przeprowadzenia rozmowy ? Może zmartwię niektórych z Państwa ? W tej całej „zabawie” wcale nie chodzi o uzyskanie odpowiedzi, czy dowiedzenie się czegokolwiek. Wystarczy napastliwość, która w tym wypadku załatwia wszystko. To znaczy odbiorca ma „złapać” natręctwo pytania i je zapamiętać oraz mieć w pamięci zachowanie tak zwanego (w tej sytuacji) rozmówcy. Szczególnie dobrze ta manipulacja wychodzi w telewizji. Bo wystarczy zestawić pytającego/cą dziennikarkę z zakłopotaną miną drugiej strony i przekaz poszedł tam gdzie trzeba. I takie ma robić wrażenie.
Lecz z jednym „ale”. Dziadek McLuhan mocno grozi palcem, gdy się to dzieje w telewizji (a nagminnie ostatnio tak jest). Przecież to on dowodził, iż jest ona „zimnym” środkiem przekazu. W niej wrażenie robi spokojne działanie. Raczej występować tak, że widz jest w naszym domu, obok nas, że go szanujemy. Bo robimy to dla niego. Wykrzyczany show to zupełnie nie to.
A jest to faktycznie pokaz, gdyż nie ma najważniejszego: przekazu informacji jak to rozumie druga strona. Albo prościej jakie są motywy jej działania i z jakich przesłanek one wypływają ? To właśnie takie działania dziennikarza/rki mają pozwolić opinii publicznej na uzyskanie wiedzy na dany temat. Natarczywość jest tylko zasłoną dymną do właściwego informowania opinii publicznej. Bo ona takiego przekazu nie otrzymuje. Skuteczna praktyka, czy mit czwartej władzy ?
Piotr Legutko i Dobrosław Rodziewicz piszą w „Mity czwartej władzy” (str. 80): „Cięty język, lekkie pióro to cechy w zawodzie (dziennikarza) cenne, lecz nie pierwszoplanowe. Dziennikarz niczym tłumacz przysięgły, bierze odpowiedzialność za to, co nam przekazuje. Musi zatem przede wszystkim rozumieć fakty, zdarzenia, zjawiska, które opisuje. Umiejętności interpersonalne, ciekawość świata, znajomość ludzi to jedna strona monety. Druga to wiedza. Nie da się bez niej tego zawodu wykonywać. Notes z telefonami i adresami to za mało...Mimo pozornej sprawności warsztatowej, mimo złudnej pewności przebijającej z wykładu...dziennikarz, tak jak nauczyciel staje się szkodnikiem. Świadome wprowadzanie w błąd ucznia i czytelnika jest bowiem niekompetencją do kwadratu”.
Czy wykrzykiwanie pytań i natarczywe domaganie się odpowiedzi na w takiej formie zadane pytanie nie jest właśnie niekompetencją do kwadratu ? Do czego to właściwie prowadzi, czy też ma prowadzić ? Jakie skutek tak naprawdę dziennikarz/rka chce osiągnąć ?
Zauważmy, że ta metoda napastliwości, nachalności i wykrzykiwania pytania przynosi najwięcej szkody...samemu dziennikarzowi. Nie tylko narusza on w ten sposób zasady etyki dziennikarskiej. I po prostu zwykłego, porządnego zachowania się. Ale także tego, co w art. 12 prawa prasowego (lata osiemdziesiąte, „spadek” po stanie wojennym) zapisano, iż dziennikarz obowiązany jest do zachowania:
1.szczególnej staranności i
2.rzetelności w działaniu.
Tego przecież w gwałtownym dziennikarskim postępowaniu nie ma. Poza tym same szkody z takiego zachowania. Nie wiemy przecież, co tenże rozmówca myśli, jak pojmuje na przykład aktualną sytuację i co chce albo chciałby zrobić ? Czy taki dziennikarz/-rka nie działa sam na własną szkodę i odbiorców tego przekazu ? Czy nie właściwsze jest postawienie pytania i zaczekanie na odpowiedź. Bez nacisku i napierania na rozmówcę. Być może pytany ma pogląd, który nie odpowiada słuchaczom, widzom, jakiejś jego części. A może jest po prostu naiwny i to właśnie tak postawione pytanie wydobędzie z niego ? Niech pytany się odkryje i powie oraz przedstawi swój prawdziwy pogląd. A my po tej drugiej stronie możemy go ocenić i wyrobić sobie swój własny pogląd i na to co ten ktoś powiedział. I co najważniejsze o c e n i ć to.
Agresywne postępowanie zabiera nam słuchaczom i widzom możliwość obiektywnego odbioru. Właśnie obiektywnego. Wykrzyczane dziennikarstwo, mimo pozoru, robi i z interlokutora i z nas odbiorców bezrozumnych odbiorców. Niczego nie rozumiejących. A co taki nachalny i natrętny sposób działania dziennikarza/-rki wywołuje ? Czy to nie jest jeszcze jedna metoda manipulowania nami, którą z niezwykłością lubością „wybrańcy” dziennikarskiej profesji starają się coraz częściej i w różnych programach uprawiać ?
/-/ Andrzej Dramiński
Wiceprezes Zarządu Warmińsko-Mazurskiego Oddziału
Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w Olsztynie
