„Nie likwidujcie mediów publicznych” – apelował niedawno na łamach „Rzeczpospolitej” Eryk Mistewicz  adresując ów apel zapewne do nowej władzy, choć ta deklaruje zamiar uzdrowienia i umocnienia publicznej radiofonii i telewizji.

Można, rzecz jasna, do tych deklaracji podchodzić ostrożnie, ale Mistewicz z góry wybiera bezlitosną metaforykę  „likwidacji”, „łamania kręgosłupów” i „rzucania na kolana”. Może to z powodu mojej słabej pamięci, ale z takim dramatyzmem mistewiczowskiej narracji w kwestii mediów publicznych wcześniej się chyba nie spotkałem.

Dramatyzm ten dziwi o tyle, że część oczekiwań autora przypomina zapowiedzi polityków PiS, jak choćby (chwalonej zresztą wprost przez Mistewicza na Twitterze) posłanki Barbary Bubuli. Po trwającej przez osiem lat mieszance ośmiolatce cynizmu i impotencji, jeśli ktokolwiek może próbować nadać mediom publicznym charakter  „mediów wysokojakościowych” (termin lansowany przez Mistewicza), to chyba akurat ten obóz polityczny, któremu on sam imputuje intencje łamania, rzucania i likwidowania. 

Jednak to nie ekstrawagancje i niekonwekwencje Mistewicza prowokują do polemiki, ale część „pozytywna” jego przesłania zawierająca jego pomysły na uzdrawianie mediów publicznych.  Niepokój zasiewa już sam sposób ich definiowania przez Mistewicza: „Media publiczne definiowane są mylnie wyłącznie jako telewizja i radio (…) Odejście od takiej definicji pozwoliłoby szerzej spojrzeć na media publiczne, powrócić do funkcji celu: podwyższania standardów życia społecznego, poszerzania (…) przestrzeni debaty publicznej, wpływania na jakość tkanki społecznej (…). Wówczas wysokojakościowe media, media publiczne (…) to także wydawnictwa naukowe, placówki muzealne, teatry, filharmonie, opery, produkcja kinematograficzna zbieżna z polityką państwa, a także periodyki, kwartalniki, miesięczniki, gazety codzienne, portale internetowe, o ile tylko służą powiększaniu się kapitału intelektualnego wspólnoty. Spojrzenie na media publiczne przez funkcję celu pozwoliłoby dostrzec, że funkcje, na jakich zależy państwu, mogą być realizowane sprawniej, za o wiele mniejsze środki, nie tylko przez TVP, Polskie Radio i PAP, ale także przez renomowane wydawnictwa prasowe, fundacje dziennikarskie i twórców nowych mediów”. Koniec cytatu.

Jego zawartość wygląda tyleż kusząco (optyka „funkcji celu” rodzinę mediów publicznych wzbogaca i urozmaica), co dezorientująco, bowiem do jednego worka trafiają tu instytucje publiczne oraz prywatne podmioty gospodarcze, które „za o wiele mniejsze środki” miałyby „sprawniej realizować funkcje, na jakich zależy państwu”. O co tu chodzi?

Zawarta w wywodzie Mistewicza myśl przewodnia nie jest bynajmniej nowatorska a da się streścić następująco: z punktu widzenia „funkcji celu” publiczne radio i telewizja nie są bardziej publiczne niż dowolne inne, także prywatne, media „wysokojakościowe”. Otóż takie przesłanie to wariacja mistewiczowska na temat ograny w minionych latach przez lobbystów prywatnego kapitału mediowego, występujących w eksperckich lub publicystycznych kostiumach. Ich podstawowy trik argumentacyjny zawsze polegał na wyabstrahowaniu misji mediów publicznych od jej ustawowych „nosicieli” i przypisaniu zdolności do jej pełnienia każdemu podmiotowi, który oferuje coś więcej niż tabloidy i producenci inforozrywki. Tym samym każdy taki podmiot miałby prawo ubiegać się o publiczne fundusze z tej samej puli, z jakiej finansowani są nadawcy publiczni.  I niewiele brakowało, by do czegoś takiego doszło. W założeniach do projektu ustawy o opłacie audiowizualnej w czasach, gdy ministrem kultury był Bogdan Zdrojewski, znalazły się zapisy o tym, że  już w pierwszym roku obowiązywania tej opłaty minimum 10 procent dochodów z niej byłoby przeznaczone na dofinansowanie – jak to ujął minister Zdrojewski - „programów misyjnych, realizowanych przez podmioty prywatne - np. TVN, Polsat, prywatne radia etc. Ta kwota w przyszłości powinna być zwiększana” – dodał wówczas minister. Ów horrendalny projekt nie doczekał się uchwalenia,  jednak stojąca za nim przewrotna interpretacja „misji publicznej”, w swoim czasie lansowana przez Jakuba Bierzyńskiego, zdaje się dziś ożywać w umyśle Mistewicza, a brzmi uwodzicielsko niczym syreni śpiew: „Nie widzę powodu, aby portal młodych naukowców czy internetowy tygodnik opinii, wokół którego gromadzi się społeczność propaństwowców, inteligencji, liderów opinii tworzących wysokojakościowe treści (…) miał być traktowany w tej perspektywie gorzej niż telewizja publiczna czy Polskie Radio. Stanowiąc takie samo medium, dziś już o porównywalnym zasięgu w grupie docelowej, a często realizując misję publiczną lepiej, z większą pasją i uważnością niż tradycyjne media” –  twierdzi guru nowych mediów. Trudno nie dopatrzyć się w tym sugestii, że taki portal czy tygodnik powinny mieć dostęp do publicznych funduszy na tych samych zasadach co media publiczne, skoro powinny być „traktowane nie gorzej” niż one.  Mistewicz nie pisze wprawdzie wprost, że wszystkie media uznane przezeń za publiczne winny być finansowane ze wspólnego źródła, ale do takiej konkluzji prowadzi postulat ich równoprawnego traktowania z tytułu pełnienia przez nie tej samej (rzekomo) funkcji w punktu widzenia polityki państwa. Jednak funkcja nie jest wcale ta sama, zaś zrealizowanie postulatu równoprawnego traktowania w finansowaniu nadawców publicznych  oraz aspirujących do takiego miana, prowadziłoby do postępującego rozproszenia środków pochodzących z abonamentu lub opłaty audiowizualnej, gdyż „wysokojakościowe” media w postaci portali, gazet lub czasopism mnożyłyby się w takich warunkach jak króliki, rozkładając stopniowo publiczną radiofonię i telewizję na łopatki. Nie twierdzę, że takiego losu świadomie życzy im sam Mistewicz, ale że tak mogłoby się skończyć poważne traktowanie jego eksperymentów definicyjnych.

Obecna, nędzna reputacja mediów publicznych nie ułatwia ich obrony przed bliską obywatelskiej intuicji argumentacją, że wcale nie są bardziej „misyjne” od części swych niepublicznych konkurentów.  Trzeba jednak bronić prawdy: media publiczne są z innego świata niż wszystkie inne i fakt ten ma daleko idące konsekwencje. Czym innym jest wspieranie finansowe przez państwo (w formie dotacji) rozmaitych przedsięwzięć, także medialnych, ze względu na walory intelektualne, edukacyjne, wspólnototwórcze i tym podobne, a czym innym organizowanie i finansowanie publicznych instytucji takich jak TVP, Polskie Radio i radiofonia regionalna, które istnieją na mocy ustawy i określone w ustawie zadania wykonują (lepiej lub gorzej) obligatoryjnie. Państwo może doceniać, wspierać i wynagradzać  podmiotom innym niż media publiczne działalność zgodną z interesem państwa, ale nie jest dysponentem takich mediów, a jego wpływ na całokształt ich działalności  oraz ich losy jest ograniczony. Prywatny czy społeczny portal internetowy, dziennik, tygodnik, etc. istnieje z woli jego właścicieli i dzięki wolnemu wyborowi odbiorców. Dziś jest, jutro może zniknąć. Dziś może realizować projekty „wysokojakościowe”,  a za rok jakieś inne. Jego merytoryczna niezależność od organów państwa jest niezbędną częścią jego tożsamości, nawet jeśli szanse jego trwania zależą od zasilania państwową dotacją. Publiczne radio i telewizja są w istocie częścią państwa, choć wydzieloną i na specjalnych prawach.  Nie mogą zniknąć, nie mogą z własnej woli zmieniać powierzonych im zadań ani pełnionych funkcji. By móc je prawidłowo wykonywać, potrzebują stabilnych, nie dzielonych z nikim innym i nie narażonych na poważne fluktuacje źródeł finansowania. Kto kwestionuje lub retorycznie zamazuje te zasadnicze różnice między państwowym systemem mediów publicznych a kosmosem swobodnej działalności medialnej obywateli, ten uprawia bałamuctwo.

Zamiast wciągać za uszy do kategorii „media publiczne”  wszelkie inne media bliskie sercu Mistewicza mógłby on uczciwie lobbować na rzecz większego wsparcia przez państwo niepublicznych przedsięwzięć medialnych, które „edukują, rozwijają, stymulują poważną dyskusję o nauce, świecie, historii, filozofii, sztuce i polityce”. Warto i trzeba lobbować na rzecz takich zmian prawnych, które ułatwiałyby polskim podmiotom gospodarczym i inicjatywom obywatelskim uruchamianie  przedsięwzięć medialnych w internecie i poza internetem. Zamiast siać pojęciowy zamęt zaliczaniem ambitniejszej prasy papierowej do „mediów publicznych”, Mistewicz mógłby namawiać rządzących do polityki ożywienia polskiego rynku prasowego przez wspieranie nowych, niezależnych wydawców.  Mógłby też apelować o wprowadzenie regulacji ułatwiających wejście  nowym, niezależnym polskim nadawcom, by zacząć przełamywać istniejący w polskim eterze oligopol.  

Co zaś się tyczy troski o kondycję mediów (de iure i de facto) publicznych, to powinna ona prowadzić do trzeźwej debaty o tym, jakie media publiczne mamy, jakich i po co potrzebujemy i jak na tę potrzebę powinni odpowiedzieć rządzący.

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl