Nie mogę już czytać i słuchać stereotypowych wypowiedzi o „głupstwie lewaków”, „ksenofobii”, „terroryzmie uchodźców” i innych, tym podobnych mądrości. Przypisywanie winy za ataki terrorystyczne polityce multi-kulti to następny fałsz. Po pierwsze, że tej polityki w wielu krajach wcale nie było. Po drugie, że problem leży zupełnie gdzie indziej. Pora otworzyć oczy.

Atakami terrorystycznymi dotknięte są zarówno państwa dziś przez wielu publicystów „oskarżane” o prowadzenie polityki multi-kulti (inna sprawa, czy one rzeczywiście tę politykę stosują), a także państwa arabskie, złożone z różnych grup etnicznych. A nawet te, które wydają się kulturowo jednorodne. Terroryści z Państwa Daesz (ISIS) zabijali w tym roku w Syrii, Libii, Tunezji, Libanie, Egipcie, Iraku, Kuwejcie, Turcji i we Francji. Jedno państwo europejskie na dziewięć. Jaka jest tu prawidłowość? Co ona mówi?

Przez rok mieszkałem w USA, w Bostonie. Każda grupa narodowościowa miała tam swoją dzielnicę: żydowską chińską, afroamerykańską, wietnamską, włoską, irlandzką, polską. Po pracy mieszkaniec Bostonu pracujący w Downtown mógł zostać w multikulturowym centrum lub wrócić do swojego narodowego „getta”. O atakach terrorystycznych nie słyszałem. W Europie są getta etniczne we Francji, Wielkiej Brytanii  i do ataków terrorystycznych jednak dochodzi. Był też atak w Madrycie, gdzie muzułmanów jest o wiele mniej niż w w/w krajach. Gdzie tu prawidłowość?

Warto też przypomnieć, że terroryści nie przybywają do nas z zewnątrz właśnie teraz z grupami tzw. uchodźców. Oni już tu są (muzułmanie zasiedlają Europę już od kilku dziesięcioleci). Ale zarazem, tam gdzie ich jeszcze nie ma, mogą za chwile być, bo granice Europy wcale szczelne nie są. Zatem to, czy istnieją duże czy małe skupiska muzułmanów w danym kraju, decydującego znaczenia dla możliwości terrorystycznego ataku wcale mieć nie musi.

Te fakty wskazują na to, że:

- terroryści z ISIS atakują i Europę, i państwa arabskie

- terroryści zabijają i chrześcijan, i muzułmanów (w tym np. alawitów – radykalny odłam szyitów, ale również sunnitów, którzy nie należą do salafickiego/wahabickiego nurtu islamu)

- terroryści atakują państwa, w których są uchodźcy, i w których uchodźców nie ma.

Może ta wyliczanka przekona myślących kliszami lewak-ksenofob, że przed radykalnym islamem nie chroni ani polityka multi-kulti, ani nie ochroni zamknięcie granic przed kolejnymi falami uchodźców (moim zdaniem dziś już oba czynniki nie mają większego znaczenia dla rozwoju sytuacji), dlatego że, po pierwsze oni (terroryści) już tu są, a po drugie, jeśli będą chcieli, to i tak drogę znajdą, a po trzecie terroryści są zdeterminowani, żeby zabijać. Oczywiście, nie oznacza to, że należy wpuścić hordy imigrantów na nasze terytoria. Należy stosować ostrą selekcję i wprowadzić przede wszystkim przemyślaną i długofalową politykę imigracyjną. Ale przed nielegalnymi imigrantami (w tym również przed potencjalnymi terrorystami) nas to i tak prawdopodobnie nie uchroni.

W filmie „Wszyscy ludzie prezydenta” o aferze Watergate anonimowy informator mówi do dziennikarza (Boba Woodwarda) „podążaj śladem pieniędzy”, nie trać z oczu tego, co najważniejsze. Myślę, że wielu publicystów straciło rozeznanie i skupiło się na sprawach drugorzędnych. A co tak naprawdę jest najważniejsze? To cele terrorystów, cele i ideologia państwa ISIS, realizowana konsekwentnie i w dłuższej perspektywie czasu. Jeśli jej nie zrozumiemy, to nie zrozumiemy niczego.

Na tych łamach omawiałem już książkę „Kalifat Terroru”, ale nie tylko z niej można wyczytać główny cel państwa ISIS: jest ono Kalifatem, zatem wszyscy muzułmanie powinni mu się podporządkować, a w dalszej perspektywie cały świat. Ta odmiana dżihadu męczeńską śmierć uznaje za przepustkę do raju, nie dziwią więc samobójcze akcje terrorystów w Paryżu czy gdzie indziej. Nie traktujmy ich jako terrorystów, którzy chcą negocjować, brać zakładników, czy żądać okupu w miejscach ataku. Oni wiedzą, że idą na śmierć i śmierci się nie boją, bo realizują podstawowy cel swojej religii (a właściwie jej salaficko-wahabickiego odłamu): panowania nad światem. Zamęt z uchodźcami być może jest w tej walce ich chwilowym sprzymierzeńcem, ale tę walkę będą prowadzić niezależnie od tego, czy uchodźców (czytaj: w większości imigrantów) wpuścimy czy nie. Nie traćmy z oczu całości, nie skupiajmy się na szczegółach.

Co z tego wynika? To, że trzeba postawić właściwą diagnozę, a potem znaleźć środki walki. I walczyć. Bo ta wojna trwa już co najmniej dwadzieścia kilka lat (jej elementem jest też zasiedlanie naszego kontynentu), a wielu z nas myśli, że zaczęła się 13 listopada 2015 roku.

Jak walczyć? To już zostawiam politykom i wojskowym. Ale czekać i udawać, że problem sam się rozwiąże już dłużej nie można.

 

Marek Palczewski

17 listopada 2015

 

Udostępnij
Tagi:
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl