140 znaków wystarcza politykom, by „sprzedać” mediom gorący news. Niektóre osoby publiczne, jak Radosław Sikorski czy Stefan Niesiołowski zapominają jednak, że raz puszczony w obieg kontrowersyjny wpis żyje w mediach czasem wiele tygodni. I może uderzyć w nich ostrym rykoszetem.
Eryk Mistewicz twierdzi, że Twitter stał się najważniejszym narzędziem szybkiej informacji, opinii, generowania narracji. Bez Twittera nie potrafią obejść się politycy, co wkurza dziennikarzy, którzy przestają być niezbędni jako pośrednicy. Tradycyjne media nauczyły się jednak czerpać korzyści z wiadomości przesyłanych za pośrednictwem owych 140 znaków. A riposty dziennikarzy niwelują nierzadko „przewagę” tempa przekazywania informacji i opinii, jaką zdaje się mieć świat polityki. Bezlitośnie obnażają też butę parlamentarzystów czy ministrów.
Kilka dni temu były szef MSZ Radosław Sikorski zapytał na twitterze, czemu to – choć na taśmie z czarnej skrzynki rosyjskiego samolotu słychać eksplozję, to nie słychać wybuchów na pokładzie naszego TU-154M. Cezary Gmyz z tygodnika „Do Rzeczy” natychmiast odpisał mu: „może dlatego, że zostawiłeś czarne skrzynki w ruskich rękach, draniu?” Zdawałoby się, brzydko tak zwracać się do byłego szefa polskiej dyplomacji. Tymczasem wielu internautom i użytkownikom twittera to reakcja dziennikarza bardzo się spodobała. „Uznanie za tweet miesiąca”, „Chwała”, ”Wieczny panu szacunek za tego tweeta” – to tylko niektóre z pochlebnych komentarzy po owym ostrym wpisie. Radosław Sikorski poniósł więc twitterową klęskę w tym pojedynku. Tempo nie zawsze sprzyja widać jakości przekazywanych opinii.
Nie pierwszy raz, przypomnijmy, były minister budzi kontrowersje po ryzykownych tweetach. Gdy pod koniec 2013 roku szef MSZ pozwolił sobie na wpis: „Oczekuję od polityków PiS deklaracji, ile polskich miliardów chcą wpompować w skorumpowaną gospodarkę Ukrainy, aby przekupić prezydenta Janukowycza”, publicznie krytykował go sam premier Tusk. - Twitter nie zawsze jest stosownym narzędziem do uprawiania dyplomacji – powiedział mediom. Choć Sikorskiego bronił wówczas prezydencki minister Tomasz Nałęcz, to stwierdził też, że „ryzykiem dla polityka jest, zwłaszcza dla ministra spraw zagranicznych, jeśli bardzo skomplikowaną sprawę zawrze jednym zdaniem na Twitterze”. A media wykorzystywały wpis szefa MSZ wiele dni, potęgując jeszcze burzę wokół „obrażania Ukrainy” – jak oceniła tweet opozycja.
Pamiętać o tym, że ślad po „mocnych” wpisach zostaje w sieci na długo powinni także inni autorzy bardzo kontrowersyjnych ocen. Jak poseł Stefan Niesiołowski, który przy okazji publikacji na temat tzw. afery podsłuchowej napisał do redaktora Michała Majewskiego: „jesteście pisowskim szmatławcem”, a dziennikarzy „Wprost” uznał za „bandę zakłamanych do szpiku kości obłudników”. 140 znaków bowiem gwarantuje wprawdzie natychmiastowe dotarcie do setek odbiorców, ale i nierzadko przynosi błyskawiczne, bolesne komentarze. Dziennikarze potrafią nie przebierać w słowach. I do polemiki włączają od razu bardziej również tradycyjne środki przekazu.
W branży informacyjnej nie ma już odwrotu od twittera – przypominają medioznawcy. Czasem warto natomiast pomyśleć chwilę, zanim owe 140 „smacznych” znaków puści się w świat. Tak, jak czyni to np. papież Franciszek, który z twittera korzysta, pisząc: „Prośmy Michała Archanioła, by bronił nas od podstępów i zasadzek diabła”. Takie westchnienie do walecznego obrońcy ludu chrześcijańskiego wielu politykom przydałaby się przed uraczeniem dziennikarzy kolejnym supertweetem. Po jego przesłaniu zwykle bywa za późno. A tweet przecież nie wymaga autoryzacji.
Ewa Łosińska
