Nasz wytrawny kolega Jacek Wegner zarzuca mi enigmatyczność w sądach. I to tak dalece, że porównuje do Sfinksa. Do tej pory nie spokałem się z zarzutem, że nie wiadomo o co mi chodzi, gdy zabieram głos. Ale skoro nie dla wszystkich jest to jasne, trzeba powiedzieć wprost. Chodzi mi o prawdę. Bywają wypadki, że prawda jest niejednoznaczna, ani w sensie moralnym, ani w rzeczowym. Wtedy należy wydobyć tę niejednoznaczność.
Sięgnę po przykłady podane przez Jacka Wernera: Nie można Tadeusza Mazowieckiego ani całkiem pochwalić za życiorys, ani całkiem potępić. Dlatego pierwszego premiera III RP bronię tylko „trochę”. Pan Jacek ma mi za złe, że nie przywalam Mazowieckiemu za jego wzorem. Ani nie wychwalam pod niebiosa. A czy nie od tego są publicyści, aby wprowadzać trochę rozumu do naszych sporów? Właśnie tylko „trochę”, bo z natury rzeczy jesteśmy emocjonalni, więc nie trzeba mieć złudzeń, że zmienimy się w maszyny produkujące logiczne wnioskowania. I kim ja jestem, żeby osądzać Mazowieckiego, który w stalinizmie był dorosłym człowiekiem? Musiał podejmować wybory, jakie mnie ominęły, bo byłem wtedy dzieckiem. Mógłby to uczynić jakiś żołnierz wyklęty, ale nie ja. Bo nie wiem, jakbym zachował się na jego miejscu zawierając pakt z diabłem w przekonaniu, że ratuję katolicyzm w Polsce. Tyle o sobie wiemy, ile nas sprawdzono.
Drugi przykład to film „Ida”, który zdaniem pana Jacka znowu trochę chwalę a trochę ganię. A czy można inaczej, skoro to nie jest dzieło doskonałe ani formalnie, ani moralnie? Starałem się zrozumieć motywy reżysera Pawła Pawlikowskiego. Moim zdaniem wyważał po swojemu racje w sporze polsko żydowskim o ocenę roli Polaków w czasie Holocaustu oraz Żydów w zbrodniach komunizmu. Polak widzi w tym filmie co innego, a Żyd co innego. Każdy widzi to, co go bardziej boli. Odbiorca rzutuje na sztukę swoje oczekiwania. Zaś mnie dochodzenie do niejednoznacznej oceny zajęło sporo czasu i parę artykułów. I sprawa jest ciągle otwarta, bo nie ma interpretacji ostatatecznych.
Podobnie jest z moją książką „Geniusz Żydów na polski rozum”. Pewni czytelnicy dostrzegają w niej oszalały filosemityzm, ale inni przebiegły antysemityzm. I każdy zaspokaja w ten sposób jakąś swoją potrzebę wywołaną tematem książki. A ja po prostu staram się być rzeczowy. Są u Żydów rzeczy wspaniałe i są rzeczy straszne, o czym otwarcie piszę. Pan Jacek dopiero zaczął ją czytać, ale ma mi za złe, że nie doceniam pisarzy polskich. Spór kto był większym poetą: Goethe czy Słowacki lub Mickiewicz zostawiam literaturoznawcom. Goethego porównałem z Polańskim gdyż jeden i drugi oswaja kulturę ze złem pod postacią diabła, chociaż tworzą w innych epokach i dziedzinach sztuki. A przy okazji, czy Roman Polański jest złym człowiekiem? Owszem, trochę a trochę jest dobrym.
Panu Jackowi daję więc rozwiązanie zagadki Sfinksa: „Trochę” jest kluczem do rzeczywistości.
