Mamy teraz wyścig jak na Służewcu: Proszę państwa bomba poszła w górę, teraz wszystko w rękach...konia !
Żarty żartami, ale dookoła nas trwa pełne podlizywanie się nam - wyborcom. Bo to nie kandydaci na posłów i senatorów są najważniejsi, a właśnie my, dysponenci najistotniejszej karty przetargowej: głosu wyborcy. I o nie zabiegaj ą wszyscy od lewa do prawa. Bo bez nas owi kandydaci się po prostu nie liczą. Cóż jest on wart, którego nikt nie chce i przy jego nazwisku nie będzie krzyżyka. Albo będzie im mało, że to bardziej będzie oznaczało krzyż na drogę. Wracaj tam skąd przyszedłeś. Lud Ciebie nie chce. Czyli w opinii wyborcy jesteś nic. Czyli wartość danego „ubiegającego się” określamy my dumni wyborcy. Tak, dumni, bo cała siła i moc w naszych krzyżykach. I tak jak w zalotach, to kandydaci się, jak panna młoda, umizgują, starają, chcąc pokazać nam swoje walory, mądrość i program. Ale, ale co z tym programem ? Bo dany kandydat bez obietnic jest wart nawet mniej niż zero. Program i to, co chce zrobić musi być i już. I wcale nie chodzi o głupiutkie w wielu wypadkach hasła: „człowiek jest najważniejszy”. No pewnie, każdy o tym wie. Natomiast to nie może zastąpić faktycznych możliwości i zamiarów potencjalnego kandydata. A oni akurat teraz, jak biegacze kończący „setkę” przyspieszają, jeżdżą gdzie się da, by tylko ich widziano. Ot pokazują się. Jednego profesora, prawie wiecznego posła (wciąż nie ma ograniczenia kadencji w „posłowaniu” na przykład do 2 czteroletnich okresów) specjalisty od spraw międzynarodowych widziano na wojewódzkim zjeździe sprawozdawczo-wyborczym...aptekarzy. Może i jest chory i szuka dojścia do najlepszych leków (a może najtańszych ?). Ale czy to nie jest kampania „zamiast”, a nie „wprost”. No bo jak mnie zobaczą, parę razy się uśmiechnę, to mnie wybiorą i dostanę ten upragniony krzyżyk. Kiedyś w Anglii mówiono mi, że oni-Anglicy właściwie nadużywają swojej demokracji (we abuse our democracy). O wszystkim dyskutują, dywagują, rozkładają na czynniki pierwsze. Ale to nie jest czcza gadanina. Oni potem faktycznie decydują się na najlepsze rozwiązanie. Bo prawdziwa demokracja, to dyskusja: kandydata z wyborcami. Po co ów profesor, znany z telewizji ubiega się o kolejną kadencję ? Czy nie po to, iż jest uwikłany w swoje partyjne układy (bo inaczej nie byłby kandydatem tego ugrupowania) i pilnując tego układu tak będzie pracował w Sejmie. Czyli wszystkie głosowania pod dyktando własnego klubu. Bo tak naprawdę, jak się przyjrzeć pracy parlamentu, to wszystkie ustalenia dokonywane są „na klubach” (oczywiście na posiedzeniach klubu partyjnego). To po takim zebraniu wychodzą „wzmocnieni” narzuconą im z góry dyscypliną. Czyli tak muszą zrobić jak im nakazano. Wbrew własnemu sumieniu, woli, poglądom. Niech nam się nie wydaje, że poseł jest samodzielny i reprezentuje swoich wyborców. Od razu po dniu wyborów będzie spełniał nakazy szefów klubu.
Niestety, nawet w końcówce wyścigu do Sejmu za mało jest rozmów, za mało dyskusji, za mało spierania się o to, jak naprawdę zrobić to lepiej. Poza tym nikt się nie rozliczył z poprzednich kadencji. Czy ktoś słyszał o rachunku sumienia posła, który by powiedział czego dokonał, a ile razy nic nie wyszło z jego zamiarów. Zresztą, czy naprawdę jego ? Czy ktoś się przyznał ile razy zagłosował zgodnie z dyscypliną, tak jak mu to narzucono. A nie tak jak myślał. Cały czas nie mamy pełnej demokracji, a raczej „klubodemokrację”. Czyli tych, którzy danym klubem rządzą. Niestety, nie dowiemy się przed wyborami, kto będzie w prezydium klubu. Czyli kto będzie narzucał swoje zdanie (a może i swoje poglądy) innym. To też na pewno wada demokracji.
Jeżeli na początku napisaliśmy o tym jak ważny jest głos każdego z nas, to wniosek jaki z tego płynie: konieczne jest, aby jak najwięcej osób głosowało. Bo nawet 50, czy, co daj Boże, 60 procentowa demokracja, nie jest przecież pełną demokracją. A jak wyborca nie zna programu, nie zna bliżej danej osoby (poza wystudiowanym uśmiechem na licznych plakatach i billboardach), to dlaczego ma na niego, czy nią zagłosować ? A może lepiej nie pójdę w ogóle ? Niestety, kampania wyborcza do Sejmu i Senatu 2015 powtórzyła stare schematy. To politycy proszą się o głos, ale nie robią nic by naprawdę pokazać swój program, to co chcą zrobić i co leży w ich możliwościach. Pomijając różne układy, układziki, klubową arytmetykę. Im mniej znamy kandydatów, tym faktycznie mniej nas zjawi się przy urnach. I niskiej frekwencji wyborczej zawsze są winni oni-kandydaci. Bo nie tylko o pokazywanie się chodzi (jak im się teraz wydaje).
Na pewno nie zagłosuję na tych, którzy od lat „grzeją” sejmowe ławy i zanim nacisną na guzik w czasie głosowania rozglądają się, czy robią to tak jak sąsiad, czy sąsiadka, zgodnie z narzuconą klubową dyscypliną. Wobec faktów, iż obecna kampania i tak była jak „letnia woda w kranie” może trzeba poszukać tych, którzy działają na przykład w organizacjach społecznych, stowarzyszeniach, fundacjach. I łyknęli już trochę tej potrzeby nieskrępowanego działania na rzecz innych.
Wczorajsza (19.10.) debata w telewizji kandydatki na premiera Beaty Szydło i przewodniczącej (w telewizyjnej konwencji) i Ewy Kopacz, wyraźnie pokazała, jak mało panie rozmawiały o konkretach, o tym, co faktycznie zrobią. Nie odpowiadały nawet sobie nawzajem na pytania. To pokazuje jak trudna jest dyskusja publiczna, także wtedy, gdy stają do niej osoby, które mogą piastować stanowisko premiera.
Jeszcze teraz, w tym tygodniu będą najwięcej obiecywać, wymieniać, pokazywać, ach cóż to. Nie dajmy się złapać na ten prymitywny często lep.
Obserwując kampanię 2015 należy wyrazić żal, że była ona sztampowa, sztywna. My wyborcy, dysponujący najważniejszym narzędziem głosem-zbyt mało się w jej trakcie dowiedzieliśmy. O wszystkim: o kandydatach, programie, co chcą robić w parlamencie. Ale głosować trzeba, bo to jest wymóg demokracji. Bowiem mimo wszystkich swoich słabości jest to wciąż demokracja.
Widzieliście Państwo jak Ewa Kopacz się wczoraj wdzięczyła, gdy mówiła „proszę o wasze głosy”. Politycy proszą, ale niech się później rozliczą. Gdyż inaczej będzie to ich ostatni krzyżyk na drogę. Niech dalej nie szkodzą.
/-/ Andrzej Dramiński
Wiceprzewodniczący Zarządu Warmińsko-Mazurskiego Oddziału
Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w Olsztynie
