Nasza Pierwsza Dama jeszcze nie całkiem poczuła się w roli Ikony Stylu. Podczas wizyty pary królewskiej z Belgii widać było u niej skrępowanie w ubiorze. Na przykład kapelusze. Dla kobiety są deklaracją osobowości i pozycji społecznej. Tymczasem pani Agata uparcie nosi toczki, czyli nudny kapelusik jak berecik o sztywnym rondzie, przylegający ciasno do głowy. Wiem, nosiła je Jacquelline Kennedy, lecz to było sześćdziesiąt lat temu! A w zapleczu wyobraźni miała pociski jądrowe męża. Bum! Bum i po Moskwie! Pach! Pach! I nie ma Waszyngtonu. Mogła skromnie nudzić, a i tak nie mogło być z nią nudno, jak to przy Apokalipsie.

  Królowa angielska Elżbieta II również nosi toczki, jednak to co innego. To  kolosalne beczki do góry wypiętrzone, z „zadaszeniem” wokół koronowanej głowy. Rozmiar toczka Elżbiety II nadaje komunikat, że nosi go najważniejsza dama z najlepszej rodziny w każdym towarzystwie w jakim tylko by się nie znalazła. Dumna i staroświecka. Co Windsor, to Windsor.

  Proszę się nie dziwić, że tym piszę. Krytyk filmowy zajmuje się z zawodu ludzką formą. A jeśli jeszcze ma ambicje publicysty politycznego, to prędzej czy później musi spojrzeć na kapelusze Pierwszych Dam.

  Tymczasem królowa belgijska Matylda wystąpiła z rozmachem. Jej kapelusz miał z pół metra średnicy ronda, w fioletowym kolorze nawiązującym do kwiecistej sukni akcentowanej również fioletem. Od razu widać było, że doskonale czuje się w roli już tylko nie ikony a wręcz Pochodni Stylu. To gwiazda, która nie lęka się zwracać na siebie uwagi poddanych.

  Przy Matyldzie nasza Agata wypadła nieśmiało, zwłaszcza na wspólnym zdjęciu z królową na progu Pałacu Prezydenckiego. Kto jej sprawił ten płaszczyk niby niedopinający się, o prostych liniach, w kolorze jasnego beżu, tych pasach, które stają się niestety jej znakiem firmowym?  I z toczkiem na głowie? Domyślam się, że to miało być ćwiczenie z geometrii ale czemu na żywej i ujmującej kobiecie? Wyglądała jak wycięta z kartonu. Jak nauczycielka przestraszona awansem społecznym, która boi się naruszyć reguły panujące w wielkim świecie, więc unika fantazyjnych rysów. Strach pomyśleć, co powiedziałaby na taką kompozycję księżna Oriana de Guermantes z „W poszukiwaniu straconego czasu” Marcela Prousta. Wolę zmilczeć.

  Za to nasza Pierwsza Dama wypadła lepiej w Muzeum Powstania Warszawskiego. Wiedziała, że to bardziej przypomina wyjście na cmentarz, niż wizytę w salonie więc skromność przystoi w takim miejscu. Ciemna suknia z ciemnym kraciastym szalem narzuconym na piersi, jakby szła na tułaczkę korzystnie kontrastowała z jasną suknią królowej, elegancką, lecz nie na długi marsz do Pruszkowa w dymach miasta. Jednak trzeba przyznać, że obie damy mają bardzo dobre nogi, tu idą „łeb w łeb” jeśli wolno tak rzecz w wytwornym towarzystwie.

  I wreszcie suknie wieczorowe, obie piękne, podobne w kroju, w kontrastujących a jednak się dopełniających barwach czerwonej i niebieskiej, jakby się umówiły. Już wiecie, w jakim kolorze wystąpiła królowa, oczywiście, czerwonym bijącym po oczach. Natomiast nasza Pierwsza Dama wybrała skromny niebieski. I jakby tego było mało, jeszcze narzuciła na przedramiona szal, jakby chciała się nim okryć i ukryć przed ludzkim wzrokiem.

  Szanowna i Droga Pani, więcej śmiałości! Weszła Pani w wielki świat. Ma być naszą gwiazdą jaśniejącą na globalnym niebie. Lekiem na polski kompleks niższości z powodu każdego Nobla, którego żeśmy nie dostali, za pakt Ribbentrop Mołotow i za Jałtę. I to wszystko trzeba wyrazić kapeluszem.

  

    

 
Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl