I znów księżniczka Anna spadała z konia – pamiętacie? Tekst piosenki napisała Agnieszka Osiecka, a w refrenie powtarzały się słowa o księżniczce brytyjskiej, która brała udział w zawodach jeździeckich, dwukrotnie zdobywając wicemistrzostwo Europy i raz mistrzostwo. Na pewno więc spadała z konia rzadziej niż polskie sądy, osądzające dziennikarzy z paragrafu 212. Ale może i to się zmieni?
W ostatni wtorek dwoje polskich redaktorów lokalnego tygodnika „Temi" (Dorota Jucha i Tomasz Żak) wygrało w Europejskim Trybunale Praw Człowieka. Trybunał uznał, że polskie władze naruszyły prawo do swobody wyrażania opinii. Dziennikarze opisali działalność lokalnego radnego, Marka C., który poczuł się zniesławiony. Artykuły przedstawiały go jako polityka uwikłanego w skandale i sprawy sądowe. Sąd Rejonowy w Tarnowie uznał, że z powodu tych właśnie sformułowań dziennikarka i redaktor naczelny dopuścili się zniesławienia i nakazał obojgu zapłatę 500 zł grzywny. Wyrok ten utrzymał w mocy tarnowski Sąd Okręgowy. Trybunał w Strasburgu orzekł jednak , że ujawnienie informacji o Marku C., leżało w interesie publicznym a dziennikarze wykonywali swój obowiązek.
Tydzień wcześniej, 16 października br. Trybunał w Strasburgu uznał za zasadną skargę innego polskiego dziennikarza, Michała Smolorza, który w śląskiej „Gazecie Wyborczej" skrytykował jednego z architektów, mającego bardzo duży wpływ na plan urbanistyczny powojennych Katowic. Trybunał orzekł, że polski sąd naruszył prawo wolności wypowiedzi, kiedy kazał przeprosić dziennikarzowi rzeczonego architekta. Teraz Trybunał nakazał wypłacić dziennikarzowi 2 tys. euro odszkodowania.
Tego samego dnia Sąd Najwyższy podtrzymał uniewinnienie blogera z Mosiny Łukasza Kasprowicza. W pierwszej instancji Kasprowicz został skazany na 10 miesięcy ograniczenia wolności, 300 godzin prac społecznych, przeprosiny w lokalnej prasie i roczny zakaz wykonywania zawodu. W sądzie drugiej instancji bloger został uniewinniony. Sąd Najwyższy w uzasadnieniu zwrócił uwagę, że kontrowersyjne wypowiedzi blogera dotyczyły polityka, który z racji pełnionej funkcji naraża się na krytyczne opinie bardziej, niż zwyczajny obywatel. Sędzia Jarosław Matras powiedział: „Wobec polityków nawet opinie wyrażone w sposób nieprzyzwoity, zasługujący na negatywną ocenę moralną, nie powinny podlegać karze w postępowaniu karnym. Byłaby to zbyt silna retorsja, zagrażająca debacie publicznej”.
Cieszą te decyzje, zarówno Trybunału, jak i polskich sądów (jeszcze wcześniej orzeczenie w sprawie zakazu tzw. bilingowania dziennikarzy), bo wskazują, że rośnie świadomość znaczenia wolności wypowiedzi dla kształtowania opinii publicznej. My, dziennikarze, mamy prawo do krytyki władz, czy szerzej, polityków, o ile jest ona uzasadniona i oparta na faktach.
I nie powinno nam grozić oskarżenie, którego nie uniknął w 1733 roku Peter Zenger, wydawca „New York Weekly Journal", który stanął przed sądem pod zarzutem karygodnego oszczerstwa. A on tylko (i aż) napisał, że swobody i własność ludu Nowego Jorku były zagrożone. Zarzucano mu, iż powiedział m.in.: „uczynki mężów [są] niweczone, sędziowie stronniczo usuwani ze stanowisk, nowe sądy powstają bez zgody legislatywy”, i że urzędującego gubernatora Massachusetts Williama Cosby’ego nazwał idiotą. W tamtych czasach w Ameryce panowała zasada, której wierni byli sędziowie przysięgli, że „im cięższe zarzuty pod adresem władzy, tym cięższa kara”. Niezależnie od tego czy były prawdziwe, czy nie. I dopiero słynne przemówienie Andrew Hamiltona do przysięgłych odmieniło ten trend i ugruntowało wolność prasy w Pierwszej Poprawce do Konstytucji Stanów Zjednoczonych. Hamilton zwracając się do ławy przysięgłych powiedział: „Jeśli macie skazać mojego klienta, musicie wziąć na siebie odpowiedzialność za stwierdzenie, iż informacje, o których się tu mówi, do których wydrukowania i rozpowszechnienia się przyznaliśmy, są fałszywe, haniebne i wywrotowe, ale o tym ja nie mogę mieć właściwego osądu. Wy jesteście obywatelami Nowego Jorku, wy jesteście rzeczywiście, jak wymaga prawo, uczciwymi i prawymi ludźmi. Fakty, które chcemy udowodnić, nie zaistniały w ukryciu, powszechnie wiadomo, iż są prawdziwe, a zatem od waszej sprawiedliwości zależy nasze bezpieczeństwo. […]” Przysięgli uniewinnili Zengera.
Gdyby nie proces Zengera, gdyby nie wysiłki „ojców-założycieli” Stanów Zjednoczonych i I Poprawka do Konstytucji, to nie byłoby złotej ery muckrakerów, Pentagon Papers, a Bernstein i Woodward nie odkryliby afery Watergate, bo obawialiby się amerykańskiego artykułu 212.
Czy to jednak, co się stało i w Polsce i w Strasburgu wystarcza? Tomasz Żak, komentując wyrok w swojej sprawie (dostał wspólnie z dziennikarką Dorotą Juchą 2380 euro odszkodowania), w rozmowie na naszym portalu zauważył, że „Kara nakładana przez Trybunał w Strasburgu nie ma przełożenia na personalia, na tych, którzy – jak z tego wynika - podejmują decyzje przeciwko wolnemu słowu. Przecież to my, podatnicy, płacimy te zasądzane odszkodowania […].” I dopóki to my – podatnicy będziemy płacić za czyjeś nieuzasadnione roszczenia, przesadne obrażanie się i subiektywne poczucie zniesławienia, to nic się nie zmieni.
Czego więc powinniśmy oczekiwać? - żeby politycy zanim poczują się obrażeni i skierują sprawę do sądu, zastanowili się czy dziennikarze aby nie mają racji. Czy zarzuty jakie im stawiają, nie są aby słuszne. Jeśli wprowadzimy zasadę, że za swoją bezmyślność w górach i drogie akcie ratunkowe zapłacą turyści, a za swoje wybujałe ego, nadwrażliwość i chęć kształtowania wizerunku za publiczne pieniądze zapłacą politycy a nie podatnicy, to może wtedy turyści poszliby po rozum do głowy przed szkodą a polskie sądy miałyby mniej roboty i rzadziej też spadałyby z konia? Bo jak dotąd koń jaki jest, każdy widzi, i skoro ma dużą głowę, to niech się martwi. Najlepiej - w Strasburgu.
Marek Palczewski
25 października 2012
