To nie news, a ciekawostka (raczej smętna): córka pani premier Ewy Kopaczy ogłasza, że jeśli PiS wygra wybory, to ona wyemigruje z Polski – wyczytałem w dzienniku „Rzeczpospolita”.

Przypomina się inna ciekawostka (więcej niż smutna). Tuż przed ubiegłorocznymi świętami Bożego Narodzenia Katarzyna Bratkowska publicznie oświadczyła, że w Wigilię przerywa ciążę. Dawniej, w PRL, chrześcijanom wiernym nakazom swej religii bezpieka przydawała niby obelżywe określenie „zagorzałych klerykałów”, myląc wiarę z postawą wobec sług Kościoła. Szczycę się i dziś jeszcze, że w oficjalnej (wiem to z teczek IPN) nomenklaturze partyjno-ubeckiej należałem właśnie do kategorii takich pogardzanych mieszkańców Polski. Natomiast wśród kolegów-ateistów z różnych hierarchii uzależnień zawodowych uchodziłem za fanatyka, bo w każdą niedzielę chodziłem (chodzę) na msze święte. Taka konsekwencja w wyznawaniu wybranej religii drażniła niewierzących. A dziś irytuje środowisko Bratkowskiej, liberałów, a raczej nihilistów moralnych, podszytych zwietrzałym mocno, by nie rzec ostrzej, marksizmem, którzy nazywają katolików nieukrywających swej wiary fundamentalistami i przestrzegają przed skutkami (?) „fundamentalizmu religijnego”.

        Nasz szanowny kolega Krzysztof Kłopotowski nader trafnie i odważnie, choć zawsze unika ocen jednoznacznych, zauważył przed zeszłoroczną Wigilią, że wyjawiony zamiar dorosłej Katarzyny Bratkowskiej oczywiście nie oskarża bezpośrednio jej rodziców. Lecz pośrednio owszem. W jakim bowiem - pyta retorycznie Kłopotowski - systemie wartości została ona wychowana? O czym rozmawiało się przy stole w jej domu rodzinnym? To że PZPR w 1981 r. wyrzuciła Stefana Bratkowskiego ze swych szeregów wcale nie świadczy, że nie wyznawał tych samych co ta partia mitów niszczących kulturę. On PZPR krytykował, jak to określało się w tamtym języku, „konstruktywnie”, chciał, żeby centralnie nie zarządzała gospodarką i dopuściła do kierowania państwem inteligentnych, mądrych marksistów.

Nadal związany jest i merkantylnie, i twórczo, i politycznie, i towarzysko z wszelkiej maści postmarksistowskimi, „zagorzale” antychrześcijańskimi publicystami i politykami. (Teraz dygresja: czy to nie humorystyczne, że nasza organizacja, summa summarum niezbyt liczna, ma aż dwoje prezesów honorowych. Parę lat temu na zjeździe w Kazimierzu proponowałem, żeby rozważyć tę kwestię i pozostawić tylko jednego prezesa honorowego, kol. prezes Bratkowski nasycił się już chyba tym zaszczytem. Ale mniejsza z tym).

        W porównaniu z wyrafinowaną zniewagą Bratkowskiej dzisiejszy szantaż córki premier Ewy Kopacz brzmi jak kiepski, cyrkowy dowcip. Wszelako oba ekscesy miały i mają ten sam cel - prowokację tej części opinii publicznej, która jeszcze nie zatraciła zdolności uczciwego myślenia.

Jak bardzo Ewa Kopacz nienawidzi PiS, można było zauważyć aż do zawstydzenia się szefową rządu Rzeczypospolitej po przegranej Bronisława Komorowskiego. Nie raz i nie dwa z jej wypowiedzi: treści, tonacji i mimiki - sączył się jad nienawiści. Nie twierdzę, że jej córka tak samo całą sobą nienawidzi głównych przeciwników politycznych swej matki; może ich tylko bardzo nie lubi, gdyż zagrażają mamie pozbawieniem splendoru i synekury. Postanowiła więc tylko (w porozumieniu z rodzicielką?) zaszantażować adherentów matczynej partii, że jeśli nie zwyciężą w wyborach, to ona opuści ojczyznę (na zawsze?). Ach, co to byłaby za tragedia, powinien przerazić się każdy zwolennik PO – córka byłej premier rządu polskiego na emigracji! Może gdzieś pod mostem przymiera głodem albo jest w przytułku amerykańskiej Armii Zbawienia? Nie można do tego dopuścić, trzeba tak głosować, żeby wraży PiS był ostatecznie rozłożony na łopatki i więcej nie zagrażał władzy Platformy „Obywatelskiej”.

        W każdym razie, jakiekolwiek byłyby motywacje i intencje zapowiadanej emigracji po zwycięstwie partii Jarosława Kaczyńskiego, to idąc śladem przywołanego powyżej rozumowania Krzysztofa Kłopotowskiego, trzeba zapytać: o czym w domu przy stole rozmawia Ewa Kopacz? O nienawiści, do PiS, o strachu przed tą formacją polityczną? To tak jak państwo Bratkowscy rozmawiali z córką Katarzyną o nienawiści do katolicyzmu?

Toteż, analogicznie, nie obarczajmy premier bezpośrednią odpowiedzialnością za publiczną wypowiedź jej córki, lecz uznajmy, że pośrednio jest jej sprawczynią. Zamiast kształtować w swym dziecku poczucia obowiązku współpracy wspólnotowej dla dobra Polski, to wyhodowała fanatyczną wielbicielkę jednej partii.

Pamiętamy, jak niedawno Radosław Sikorski uzasadniał swą rezygnację z marszałkowania Izbie Niższej - nie dla dobra ojczyzny, a dla dobra partii… Czy nie jest to groteskowa replika propagandy PZPR, która kazała nam uważać się za awangardę narodu i państwa, depozytariuszkę jedynie słusznych koncepcji politycznych?

Obie żeńskie latorośle dwojga prominentów, Kopacz i Bratkowskiego, wskazują, że Polska ludowa nie wygasła we wszystkich duszach polskich. Z jednej strony wybryk obrażający katolików, z drugiej szantaż mający na celu obronę „jedynie słusznej ideologii partyjnej” – partyjnictwo, którym brzydził się i które zwalczał (acz nie pokonał) Marszałek. Zatraca się w nim odwieczna wartość patriotyzmu. Ojczyzna, mówi Norwid, „to  z b i o r o w y obowiązek”. Zbiorowy, nie partyjny!

Jacek Wegner

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl