Nowy film Jacka Bromskiego „Anatomia zła” zapowiadany był jako thriller, który pokaże jakieś prawdy, o których jeszcze nie wiemy, ujawni, jak wysoko sięga UKŁAD etc. Ze zwiastunów dowiadywaliśmy się, że to film o „killerze”, byłym super-snajperze, obecnie na warunkowym zwolnieniu z więzienia, który od nieznanych sobie do końca mocodawców otrzymuje propozycję nie do odrzucenia: ma kogoś „odstrzelić”, a wtedy jego hipoteka zostanie wyczyszczona, a reszta winy darowana. W razie odmowy „Lulek” (taką ksywkę ma ów grany przez Krzysztofa Stroińskiego „killer”) trafi z powrotem za kratki.
Cóż – na pierwszy rzut oka intrygujące… Filmy o killerach – snajperach (i nie tylko, ale przeważnie) zwykle dostarczały emocji – „Dzień Szakala”, „Snajper”, „Wściekły”, „Zasada domina” z Hackmanem w roli głównej to filmy, które miłośnikom gatunku jakoś zapadały w pamięć. A że jestem miłośnikiem gatunku – cieszyłem się na przyszłe emocje…
No i dostałem za swoje, albowiem, jak napisał kiedyś Mistrz z Czarnolasu, „nie każdy weźmie po Bekwarku lutniej”.
Dla porządku napiszę tylko, że Stroiński – killer, czyli filmowy „Lulek” to już w zasadzie emeryt, wzrok ma kiepski (bywa u okulisty! – Killer u okulisty! Cudowne!!! W sam raz na Jacka Bromskiego!), więc by się wywiązać z zadania, znajduje sobie młodszego killera – snajpera, też z zapapraną przeszłością w armii III RP i trenuje go (sic!), przygotowując do zadania, które miał wykonać sam.
Oczywiście mocodawcy „Lulka” (prokurator??!!!) zaopatrują go w sprzęt (najnowszy ruski karabin snajperski AK 92) i obiecują 100 tys. dolarów oraz wspomnianą „wieczną amnestię”, a nawet paszport do ciepłych krajów. I jak się tu nie skusić?
Film szybko ze spodziewanego thrillera zamienia się w farsę niskiego rzędu. Przygotowania do zamachu (ofiarą ma być Gruby Pies, czyli wysoko postawiony policjant) ciągną się jak flaki z olejem, „Lulek” i jego podopieczny jadają sobie lunche, obiadki („Lulek” świetnie gotuje), a przy okazji Mistrz uczy Młodego poprawnej polszczyzny (sic! sic!) i kilku innych pożytecznych rzeczy. Napięcie – jak mawia dziś młodzież – zupełnie jak na grzybobraniu. Po drodze Młody wpada w oko luksusowej „panience” z drogich hoteli, a ona wpada w oko jemu, co daje reżyserowi okazję do kilku sekwencji seksualnych, zabijających nudę czekania na sam akt zabójstwa. Z tym, że „Lulek” wciąż nie może doprosić się od swego mocodawcy – prokuratora choćby zaliczki, mimo że twardo się domaga zapłaty całości od razu, w myśl zasady: „prostytutce i killerowi płaci się z góry”, więc i młody nie ma czym zapłacić owej panience i z początku ona „daje mu” na kredyt…
W końcu Gruby Pies pada trupem – a razem z nim, w krótkim czasie, trupami padają też: prokurator, ochroniarz prokuratora, „Lulek” i sam Młody. Zupełnie jak u Shakespeare’a – na końcu żywy zostawał jedynie sufler…
Z nieznanych mi artystycznych powodów wydarzeniom w filmie towarzyszą stale obrazki z naszego bieżącego życia politycznego, emitowane z porozstawianych w różnych miejscach akcji telewizorów, monitorów i radioodbiorników. Jednym ze świetniejszych pomysłów scenariuszowych (scenariusz także autorstwa Jacka Bromskiego!) jest oddanie przez Młodego strzału do telewizora, na którym akurat przemawia do narodu Janusz Korwin-Mikke (?!). Strzał miał zabić kochankę Grubego Psa, ale tu jakoś młodemu snajperowi trochę nie wyszło…
Jacek Bromski jest nie tylko reżyserem i scenarzystą – jest też prezesem Stowarzyszenia Filmowców Polskich. Toteż idę o zakład, że PISF – jeszcze w osobie pani prezes Odorowicz – nie odmówił Bromskiemu wsparcia finansowego na ten jakże ważny społecznie, demaskatorski film.
I słusznie! Niech się ludzie w tych trudnych czasach pośmieją raczej (salwy śmiechu podczas projekcji wybuchają dosłownie co chwila), niż mają oglądać jakieś „smuty” o Smoleńsku, Pileckim, Roju i tym podobne.
