Każdy krok Andrzeja Dudy (jak zresztą i jego poprzedników) na zewnątrz rezydencji, a może nawet i w prywatnych apartamentach, jest tak widoczny, że nie trzeba czynić żadnych wysiłków, żeby śledzić jego mobilność: Przede wszystkich zajmuje się tym ochrona. Ale czy głowa państwa musi być więźniem, by tak rzec, swego majestatu?

Bywało w naszych dziejach od pewnego czasu, że na wyjazd zagraniczny królów musiał się zgodzić sejm. Niewola monarchów – powiedzielibyśmy i mielibyśmy rację. A jej genezą było zachowanie Zygmunta III, który w latach dziewięćdziesiątych XVI w. pisał tajemne listy do cesarza rzymskiego narodu niemieckiego prosząc o pomoc w odzyskaniu korony szwedzkiej ofiarując mu w zamian polsko-wielkolitewską. Wywiad Rzeczypospolitej przechwycił tę korespondencję. I odbył się sąd sejmowy nad monarchą. Groziła mu detronizacja, wszak była to, chociaż zakonspirowana, jawna zdrada stanu, frymarczenie najwyższym symbolem państwa. Za mniejsze przewinienia Karol I w Anglii i Ludwik XVI we Francji poszli na szafot. Ale serce Polaka jest miękkie, łatwo przebacza największe nawet zbrodnie (napiszę przekornie: może dlatego Piłsudski nie był skory do łatwych wybaczań, bo uważał się za Litwina…). Zygmunt III ukorzył się za cenę wpisania do naszej prekonstytucji – artykułów henrykowskich – postanowienia, że żaden panujący nie przekroczy bez „zgody stanów” granic państwa. Każdy król przysięgał później na dochowanie wierności temu zobowiązaniu, ograniczającemu jego wolność państwową i cywilną. Ograniczenia zawinionego przez głupotę Zygmunta III, jednego z najgorszych, nie licząc Michała Korybuta, monarchów z czasów mocarstwowości naszej ojczyzny, to jest do końca XVII w., bo od następnego stulecia Rzeczpospolita na własne życzenie stawała się karłem Europy.

Ale nigdy nie było tak, że politycy rozpowszechniali wiadomości o wędrówkach najjaśniejszego pana po Krakowie czy Warszawie. Chociaż wśród wysokich dostojników państwowych tajemnicą poliszynela było na przykład odwiedzanie incognito przez Władysława IV różnych, powiedzmy, niecnych miejsc niecnych uciech, gdzie nie godziło się bywać ludziom przyzwoitym.

W II Rzeczypospolitej Piłsudski wprawdzie nie był prezydentem, jedynie krótko sprawował urząd premiera, natomiast do końca życia zachował najwyższe zwierzchnictwo nad wojskiem. Lecz w odczuciu znakomitej większości znakomitych Polaków, był największą osobistością w państwie. Do niego przyjeżdżali ministrowie, posłowie, premierzy, by zdawać sprawę ze swych poczynań lub wysłuchać rad. I jakoś nikomu nie wadziło, że Marszałek wielokrotnie sam wychodził z Belwederu, zupełnie lekceważąc ochronę i szedł sobie spacerkiem Alejami Ujazdowskimi, Nowym Światem i Krakowskim Przedmieściem. Nikt nie inwigilował prywatnych ekskursji Marszałka i nikogo one nie dziwiły, ponieważ życie prywatne najwyższych nawet osobistości politycznych było wolne, jak wszystkich obywateli. Piłsudski, prezydent, premierowie mogli sobie chodzić, dokąd chcieli i kiedy chcieli, byle nie narażali się na niebezpieczeństwo. Podczas krótkiego premierostwa Ignacego Paderewskiego publicyści i satyrycy pokpiwali, że Marszałek powinien przejść tę drogę „pod depasze” z panią premierową, która, jak wiadomo, była osobą niezrównoważoną i despotyczną. Na Zamku urzędował prezydent, po przewrocie majowym (na marginesie: w przyszłym roku wybije dziewięćdziesiąta rocznica tego swoistego rokoszu…) całkiem mu powolny, jak i większość posłów czy kilku premierów nominowanych wedle jego woli. I nikt publicznie nie szydził z tych polityków, że są inspirowani przez Marszałka. Jego rola w rządzeniu krajem poza, jeżeli można tak rzec, konstytucją i  protokołem, była powszechnie znana i  a k c e p t o w a n a. I co, wychodziliśmy na tym źle?

W Polsce „kierowanej” przez agenta Moskwy z tytułem zrazu sekretarza generalnego PPR, a później prezydenta Bolesława Bieruta, rządziła de facto partia marksistowsko-leninowska, a instytucje państwowe, od sejmu i rządu poczynając, były jej podległe. Był to bezprecedensowy dualizm władzy, trwający do 1989 r. A nikt nie mógł publicznie krytykować tego stanu rzeczy – ze strachu (zrozumiałego) przed represjami.

Za prezydentury Lecha Kaczyńskiego niechętny mu rząd chciał zawładnąć jego mobilnością dyplomatyczną. Ale jeszcze się nie oburzał, kiedy prezydent wzywał na rozmowy ówczesnego ministra spraw zagranicznych, pomijając premiera Jarosława Kaczyńskiego, któremu ów minister bezpośrednio podlegał. Notabene rozmowy prezydenta z Radosławem Sikorskim były w odczuciu części opinii publicznej żenujące, gdyż szef dyplomacji zachowywał się arogancko..

Dzisiaj zniknął dawny, sprzed 1989 r., lęk przed UB/SB, zastąpiła go nienawiść rządzącej partii do swej największej rywalki. Jakie ma skutki ta nienawiść, już się okazało w tragedii łódzkiej, kiedy szaleniec opętany propagandą PO zabił w biurze poselskim PiS jego pracownika. Jeszcze Prawo i Sprawiedliwość nie wygrało wyborów, a już – znów – sączy się na nie jad nienawiści.

Najpierw, że prezydent wezwał do siebie minister spraw wewnętrznych nie konsultując wizyty z premier Ew Kopacz i również jej nie zapraszając. Wynikałoby z tego zarzutu, że prezydent nie ma prawa bez zgody prezesa Rady Ministrów zapraszać jego bezpośrednich podwładnych. Ta inkryminacja jest najpospolitszym grubiaństwem, by nie rzec dobitniej, destrukcją zasad kurtuazji politycznej, która zawstydza obywateli RP. Po wizycie prezydenta Andrzeja Dudy u Jarosława Kaczyńskiego premier Ewa Kopacz zaś aż zakrztusiła się złością twierdząc, że prezydent Duda przybył nocą do Jarosława Kaczyńskiego po instrukcje, że prezes PiS będzie skrycie rządził Polską za pośrednictwem swych wyznawców. Opinię tę, już z nieco mniejszym negatywnym napięciem, „jak za panią matką” powtarzali inni politycy PO.

Wszelako nie ma w tym zarzucie za grosz taktu i sensu. Jak można zabraniać prezydentowi odwiedzania kogokolwiek? Jest go gwałt na wolności osobistej głowy państwa, słyszany na pewno na całym świecie. Nowa kompromitacja Polski – jako państwa i narodu. Taki despekt czyni nam, obywatelom, partia, która ma czelność w nazwie własnej używać przydawki „obywatelska”. Po wtóre – konstatacja o inspirowaniu prezydenta przez prezesa PiS jest insynuacją, ponieważ z samych odwiedzin głowy państwa nie wypływają tego rodzaju wnioski.

Ale bardzo dobrze. Narobiła premier wielkiego kłopotu swej partii tym sobotnim (26 bm.) wystąpieniem z twarzą wykrzywioną złością w „Wiadomościach” TV. Jestem pewien, że w sondażach poparcie dla PO nieco spadnie. Ostatecznie nie wszystkim adherentom partii Ewy Kopacz brakuje taktu.

Natomiast możemy być dumni z prezydenta, że nie chce być uwięziony w Pałacu Namiestnikowskim, że postępuje jak człowiek wolny i prywatnie odwiedza, kogo chce i kiedy chce. To zapowiedź, że Polska odzyska wewnętrzną wolność, której nie dały jej poprzednie rządy: awuesowski i pisowski po prostu nie zdążyły. I wolność tę zachowa już na zawsze, a zdeformowana nienawiścią twarz  premier Ewy Kopacz stanie się – pro memoria - symbolem próby, tym razem nieudanej, nowego zniewolenia Polaków przez Polaków.

Jacek Wegner

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl