Nie zdołałem zrozumieć, jakie w intencji Krzysztofa Grzegorzewskiego ma konotacje jego komentarz „Nieprofesjonalny Kraśko i sprytny Macierewicz” opublikowany 17 bm. na naszym portalu. Spryt bowiem to pospolite określenie przymiotu, który ułatwia uzyskiwanie korzyści. W polityce jest zaś atrybutem dobrej, właściwej dyplomacji. Nie słyszałem rozmowy Kraśki z Macierewiczem, nie mogę jej przeto interpretować, stąd nieświadomym, czy Macierewicz zachował się dyplomatycznie. Wiem natomiast, że przed 25 października nie powinien w ogóle występować przed kamerami, przecież część społeczeństwa jest tak zindoktrynowana, że sam widok tego polityka wywołuje jej odruchy sprzeciwu. Macierewicz wykazał tu tedy brak wyczucia dyplomatycznego.

       Na domiar złego przemawiał w Sejmie prezes PiS. Przeciwstawił się dyrektywom Unii Europejskiej w sprawie uchodźców. I nieważne, czy ma rację – najistotniejsze, że, po pierwsze, owa część społeczeństwa widziała go znów na mównicy sejmowej; po wtóre – z jego wypowiedzi wynikało implicite, iż tracimy na rzecz Unii i z powodu Unii - czy wręcz już straciliśmy – suwerenność, niejako jesteśmy pod okupacją Unii Europejskiej…

       Toteż spryt, w znaczeniu najpospolitszym, zaraz wykazała Platforma „Obywatelska”. Wykorzystała właśnie niedyplomatyczne zachowania prezesa PiS i Macierewicza. Oglądaliśmy w „Wiadomościach” spektakl, jak to reprezentanci partii rządzącej zaczęli w Sejmie na nowo, bez ogródek, tzw. otwartym tekstem, zniechęcać wyborców do PiS. Szermowali argumentami, że obaj prominenci jawnie wchodzą jednak do gry politycznej. I nominowanie w gabinecie cieni na premiera Beaty Szydło to blef, bo premierem i tak zostanie Kaczyński, a Macierewicz obejmie tekę ministra wojskowości. Oczywiście, jak to jest w antykulturze politycznej od 1944 r., ci mówcy sejmowi nie przedstawiali żadnych przesłanek swych prognoz; im wystarczyły same pojawiania się obu mężów stanu, treści ich eksplikacji odgrywały mniejszą rolę. Posłowie PO mniemają zapewne, że utrwalą tymi insynuacjami awersję do PiS owej części społeczeństwa zdezorientowanego prawie dziesięcioletnią propagandą PO, (abstrahuję od dawniejszej z Unii Wolności i Unii Demokratycznej). I chyba mają rację.

Za ideowość PiS gotowym doznać niejednej przykrości, lecz nieudolność dyplomatyczna tej partii, a szczególnie obu wymienionych prominentów, napełnia mnie zgrozą. Jestem w tym szczęśliwym położeniu, że jako czynny jeszcze publicysta mogę pisać, co myślę. To jest naprawdę wielki komfort, poczucie wewnętrznej wolności, której przez 45 lat PRL nie miałem ani za grosz. Ale politykom aspirującym do wysokich i odpowiedzialnych stanowisk w państwie lub już pełniącym funkcje państwowe nie wolno  p u b l i c z n i e  (a najlepiej wcale) mówić lub pisać, co myślą.

W 2007 r. Jarosław Kaczyński przegrał przed kamerami  z Donaldem Tuskiem jedynie dlatego, że niedyplomatycznie zareagował na inkryminację. Tusk zarzucił adwersarzowi, że nie spełnił deklaracji niezawierania koalicji z Giertychem i Lepperem. Wtedy ówczesny premier zripostował, że to wina Tuska, bo nie chciał z PiS stworzyć koalicji. Czyli na konkretny zarzut odpowiedział konkretnym zarzutem. Jest to, niestety często stosowana metoda dyskursu prezesa PiS i w ogóle polityków ze wszystkich współczesnych partii, żywcem przeniesiona ze zwyczajów PZPR. Natomiast Kaczyński powinien odwołać się do  teraźniejszości i zapytać (o tak! - pytania na inkryminacje, to dobre chwyty dyplomatyczne), czy teraz, kiedy obaj mężowie stanu rozmawiają przed kamerami, trwa owo współdziałanie rządowe z Giertychem i Lepperem? Wszak Kaczyński pozbył się tych polityków kilka miesięcy przed ową konfrontacją publiczną z Tuskiem; Kaczyński mógłby nawet przywołać staropolskie powiedzenie: „co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr”. Najprawdopodobniej uświadomienie Tuskowi, że rozmawiają o teraźniejszości, a nie o dziejach  – obojętne, że niedawno minionych – trochę, być może, wybiłoby go z pantałyku i zjednało Kaczyńskiemu zwolenników. A tak Kaczyński odpowiadając na konkretny zarzut napastliwością, zamiast uświadomić jego aktualną absurdalność, niejako przyznał się do błędu, Tuska zaś obarczył odpowiedzialnością za niedotrzymanie publicznego postanowienia. I w rezultacie wyszedł na krętacza. Znam ludzi, którzy swą nienawistną, obsesyjną niechęć do PiS tłumaczą, że ta partia kłamie…

Polityk-dyplomata. w dyspucie politycznej nie mówi tego, co  myśli, tylko to, co jest doraźnie potrzebne, dbając jedynie o uczciwość rozumowania i estetykę sformułowań. Tak postępowali w dwu ostatnich stuleciach najwięksi politycy: Wilson, Piłsudski, de Gaulle, Ronald Reagan, i nasz święty papież Jan Paweł II. Dwaj ostatni byli bodaj jedynymi wielkimi dyplomatami w naszej historii  od czasów Kazimierza Wielkiego i mądrości zbiorowej możnowładztwa polskiego skłaniającego królową Jadwigę do poślubienia barbarzyńcy. Nasz naród cierpi na chroniczny niedostatek dyplomatów w prawdziwym tego słowa znaczeniu. Jesteśmy jak dzieci spontaniczni, ignorujący stawiane zarzuty albo, najczęściej, odbierający je jako upokorzenia, a więc broniący się przed nimi agresją lub też reagujemy na nie tak zwanym odbijaniem piłeczki – wytykaniem jakiejś, rzeczywistej czy urojonej, winy przeciwnikowi…

Tomasz Łysiak, młodszy o mniej więcej półtora pokolenia i od Kaczyńskiego, i od Macierewicza, z entuzjazmem napisał niedawno w „Gazecie Polskiej”, że Jarosław Kaczyński wykazał mądrość polityczną niczym Piłsudski po przewrocie majowym, wiedząc ilu i  j a k i c h ma antagonistów ukrył się za swymi adherentami i ich wysunął na czoło sceny politycznej Słuszność tego arcymądrego spostrzeżenia niezależnego publicysty średniej generacji unicestwili w ostatnich dniach obaj bohaterowie jego apoteozy. Tomasz Łysiak nie ma więc racji, nie dlatego że się myli, natomiast z tej przyczyny, iż nie przewidział nierozważnej enuncjacji Kaczyńskiego i nieprzemyślanej publicznej dyskusji Antoniego Macierewicza z Piotrem Kraśką.   

W lutowym numerze miesięcznika (dzisiaj już kwartalnika) „Opcja na prawo” wydrukowałem apologetyczną recenzję książki Jarosław Kaczyńskiego „Polska naszych marzeń”. Wypowiedzi tej nadałem historyczno-aluzyjny tytuł „O poprawie Rzeczypospolitej księga pierwsza”, strawestowawszy tytuł przetłumaczonej w 1577 r. na polski przez Cypriana Bazylika wiekopomnej, o kilka lat wcześniejszej, łacińskiej rozprawy Andrzeja Frycza Modrzewskiego. Urzekły mnie w książce prezesa PiS liczne nawiązania do pryncypiów politycznych Piłsudskiego, dlatego uznałem i uznaję, że Kaczyński ze swą partią to obrońca imponderabiliów narodowych, bez nich niemożliwe jest zbudowanie Polski wielkiej duchem, z którą musieliby się liczyć partnerzy polityczni. Napisałem, że Kaczyński to wyborny publicysta, a niefortunny polityk. Sądziłem, że druga część tego twierdzenia jest wyłącznie zwrotem retorycznym…

Wydawało mi się jeszcze do 15 bm. że wygrana PiS  w wyborach 25 października jest przesądzona, aczkolwiek uważałem, czemu dałem wyraz na tym miejscu, że ta partia nie zbierze jednak tylu głosów, żeby rządzić samodzielnie i będzie musiała szukać sojuszników, a to przysporzy i jej, i państwu wielu kłopotów. Teraz jednak tracę tę pewność, albowiem, skoro społeczeństwo przez pawie dziesięciolecie łatwo dawało się uwodzić cynicznej propagandzie Platformy „Obywatelskiej”, to i po tych nieszczęsnych zachowaniach liderów PiS  przyjmie insynuacje PO za dobrą monetę.

Zważmy na rzeczywistość polityczną: brak zdolności dyplomatycznej prominentów PiS, nieograniczony żadną refleksją moralną cynizm PO i - mówiąc dosadnym językiem Piłsudskiego – zidiociała część społeczeństwa. Czy to rokuje nadzieje na powstanie wreszcie Rzeczypospolitej, która rozpocznie żmudne i wieloletnie, acz wytrwałe oczyszczania się z błota, starego peerelowskiego, i nowego?

Oby to pytanie stało się niebawem abstrakcją, przejawem li tylko mojego czarnowidztwa.

Jacek Wegner

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl