Ucieszyłem się, zobaczywszy Barbary Sułek-Kowalskiej wspomnienie o Krzysztofie Kąkolewskim, zmarłym 24 maja br., zatytułowane „Skazany na samotność” („PlusMinus 30-31 maja br.).

       Mistrza reportażu poznałem pięćdziesiąt trzy lata temu. Nie utrzymywaliśmy znajomości ani systematycznej, ani zażyłej. Spotykaliśmy się okazjonalnie, ale zawsze dowiadywałem się od niego czegoś ważnego. Na przykład na początku lat dziewięćdziesiątych mówił z przekonaniem, że jako państwo niby wyzwolone z jarzma sowieckiego wasalstwa tkwimy w okowach postsowiecko-pezetpeerowskiej mafii i za naszego życia nie doczekamy się wolności. A ja, naiwny, rozentuzjazmowany przemianami, których nie rozumiałem, jak okazuje się dzisiaj, nie wierzyłem mu. Czasami Kąkolewski pochwalił jakiś mój tekst gdzieś przeczytany; jego oceny napełniały mnie radością i dumą.

       Barbarę Sułek–Kowalską zaś znam również sporo lat, chociaż nie uświadamiam sobie, kiedy ją poznałem. W każdym razie przez dwa dziesięciolecia spotykaliśmy się niemal codziennie w tej samej instytucji. Toteż miałem możliwość podziwiania (i… zazdroszczenia) jej kunsztu pisarskiego, talentu dydaktycznego i zmysłu organizacyjnego.

       Do „Skazanego na samotność” mam jednak cztery zastrzeżenia. Trzy poważniejsze i jedno – że tak powiem zbiorczo - błahe. Moja krytyka jest, jeśli można tak się wyrazić, incydentalna, a więc w żadnej mierze nie może pomniejszać znaczenia dorobku (we wszystkich wyżej wymienionych wymiarach) Barbary Sułek-Kowalskiej.

Otóż autorka, po pierwsze, twierdzi, że Kąkolewski „nigdy nie pisał na zamówienie, nie chwalił władzy, nie układał się z nią”. Treść pierwszych dwu zdań odzwierciedla faktyczny stan rzeczy. Natomiast  twierdzenie, że „nie układał się z władzą” jest fałszywe. Trzeba tu bowiem przypomnieć, iż w Polsce ludowej o wyjazdach na Zachód decydowały wyłącznie tzw. służby. Jeżeli miały do delikwenta jakieś pretensje, odmawiały paszportu, czyli skazywały go na uwięzienie we własnym kraju, coś w rodzaju aresztu domowego w towarzystwie ponad 30 milionów więźniów… Albo dla „zmazania winy” proponowały współpracę, czasami ścisłą, czasami nader luźną - ot, chociażby po powrocie opowiedzieć, co się widziało i słyszało, powiadamiać o nowych koncepcjach pisarskich. Wielu dziennikarzy tak postępowało, bo musiało, acz niechętnie, pertraktować z SB, inaczej nie sposób było pisać reportaży, zwłaszcza zagranicznych. Kąkolewski uwydatnia tę rzeczywistość w swej książce wspomnieniowej „Za lustrem lustracji”, wydanej tuż przed śmiercią i demaskuje te rygory policyjne, którym chcąc nie chcąc sam musiał ulegać. Może więc owym ostatnim dokonaniem autor ostatecznie pokonywał stresy, sublimował swe „układanie się” z bezpieką, które nazywa „przesłuchaniami” (niechcianymi i irytującymi).

Po wtóre, nie jest prawdą, jak twierdzi autorka, że „Kąkolewski – o czym sam pisze – w IPN ma teczkę pełną fałszywek”. Otóż nie pisze, nie używa wcale tego słowa, uświadamia natomiast, że jego liczni wrogowie (im bowiem kto wybitniejszy, tym ma ich więcej) donosili na niego niestworzone rzeczy, ale to nie są „fałszywki”. Pojęcie „fałszywek” ukuli zdemaskowani współpracownicy SB, aby okłamywać opinię publiczną, że nie byli konfidentami, i to, co o nich jest napisane w dokumentach przechowywanych w IPN, to właśnie „fałszywki”. Czy Sułek-Kowalska widziała kiedykolwiek jakąś „fałszywkę”? Jak można ją zdefiniować? Po czym poznać? To jest pusty stereotyp leksykalny. Przy pisaniu trzech książek przejrzałem kilkaset (dosłownie) teczek ipeenowskich z kilkuset tysiącami (nie przesadzam) dokumentów i nie znalazłem „fałszywek”. Oczywiście, odkrywałem niezliczone absurdy tajnych współpracowników, kontaktów operacyjnych, osobowych źródeł informacji etc. skrzętnie zapisywanych przez oficerów (czasami wyższych) SB, w rodzaju np., że inwigilowany „spożył posiłek na gorąco”, lub żona Andrzeja Czumy, wybitnego w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych działacza opozycji, którego inwigilację bezpieka prowadziła pod kryptonimami „Stażysta” i „Rewident”, „zasłoniła okno firanką, zgasiła światło i położyła się spać…”. Wszelako to są nonsensy, niekiedy śmieszne, niekiedy groteskowe, ale trudno je nazwać „fałszywkami”. Zresztą – powtarzam – Kąkolewski nie posługuje się tym określeniem.

Po trzecie, gdyby red. Barbara Sułek-Kowalska zapanowała nieco nad swym zapędem hagiograficznym, nie przytoczyłaby zapewne opinii adeptki naszego zawodu z UW, uczestniczącej w zajęciach prowadzonych przez autorkę; studentka wyznaje, że dla niej Kąkolewski jest „najbliższym reportażystą spośród wielkiej trójki polskiego reportażu: Kąkolewski, Kapuściński. Krall”. Zestawienie Kąkolewskiego z Kapuścińskim jest nie tylko niefortunne, nietrafne, ale nade wszystko niemoralne. Autor „Cesarza” pisał wszak na zamówienie PZPR, która kazała mu penetrować te kraje, jakie akurat w tym czasie były infiltrowane przez KGB, gdzie Związek Sowiecki zamierzał spełniać swe interesy imperialne. W rezultacie Kapuściński pisał reportaże à la thèse ujawniając fakty potrzebne swym dysponentom. Nie muszę uzasadniać tych opinii, gdyż książka Artura Domosławskiego „Kapuściński nonfiction”, aż nadto wyraźnie ewokuje tę przykrą prawdę. Toteż zestawienie Kąkolewskiego z Kapuścińskim uwłacza pamięci pierwszego. Notabene źle się chyba dzieje w uniwersyteckim kształceniu dziennikarstwa, skoro jakieś trzy lata temu Klub Publicystów SDP zorganizował sesję o misji dziennikarskiej; jako prelegentka wystąpiła młoda dydaktyk z Uniwersytetu i rozpoczęła wywód od cytatów z Kapuścińskiego o zasadach etycznych  przedstawicieli naszego métier. Smutne! Im bardziej autor „Hebanu” grzązł w dyspozycyjność wobec PZPR, tym więcej zapisywał komunałów i frazesów odnoszących się do naszej etyki. A uniwersyteccy nauczyciele traktują je bez żadnego dystansu i przede wszystkim wiedzy o postawie ich wyraziciela. Sułek-Kowalska kończy to przywołanie opinii studentki pompatycznym wyznaniem: „A mnie dech zapiera”…

Właśnie. To czwarte, „zbiorcze” zastrzeżenie – artykuł wspomnieniowy „Skazany na samotność” grzeszy przerostem uczuć nad refleksją, który zbliża go raczej do notki hagiograficznej a oddala od rzetelnego wspomnienia doświadczonej dziennikarki o arcymistrzu naszego zawodu. Każdy nadmiar przymiotników zmniejsza wiarygodność tekstu, może sprawiać wrażenie, że autor (autorka) nie ufa własnym opiniom i za wszelką cenę chce siebie i czytelnika przekonać o ich słuszności. Tekst Barbary Sułek-Kowalskiej zajmuje jedną niedużą przecież stronę „PlusaMinusa” ze zdjęciem śp. Krzysztofa Kąkolewskiego, z dwoma śródtytułami w dużym świetle, tymczasem aż zgrzyta w percepcji niewspółmiernie wielka liczba przymiotników superlatywnych: „niepowtarzalny, niedościgły, wstrząsający, niezwykły, niebywały, genialny, straszliwe, budujące, wspaniałe, potworne, porażające (dwukrotnie)”. Ktoś złośliwy mógłby ten sposób pisania o niepospolitym dziennikarzu sparodiować opisem lekcji polskiego z „Ferdydurke” Gombrowicza – Kąkolewski „zachwyca, bo wielkim reportażystą był…”

Co zresztą, mówiąc poważnie, jest prawdą: Gdyby pozbawić wypowiedź Sułek-Kowalskiej diapazonu uczuciowego, dałoby się napisać rzetelną monografię. Autor „Diamentu znalezionego w popiele” jest jej bowiem godzien jak mało kto. I tekst naszej Koleżanki, wyczyszczony z emocjonalizmów, mógłby być tu inspiracją. A może Barbara Sułek-Kowalska stworzyłaby monograficzne opracowanie o życiu i twórczości Krzysztofa Kąkolewskiego?

Jacek Wegner

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl