Kolejny świąteczny felieton? A co mam zrobić? Udawać, że nie ma świąt. Że nie przywiązuje wagi. Jak jest akurat odwrotnie. Widzę i czuję, jaki to cudowny czas. Może nawet spróbowałbym, wbrew wewnętrznej potrzebie, oderwać się od świąt, ale niezwykłe zdarzenia, jakie miały w Wielki Piątek nie pozwalają mi na to. Udawać ślepego ważniaka, którego nic nie jest w stanie wprowadzić w podziw. Zignorować je? Absolutnie.
Cóż takiego niezwykłego się dzieje? Proszę sobie wyobrazić, że moje wysłużone 50-cio calowe LCD zaczęło reagować, na to, co akurat oglądam. Ja percypuję w miarę spokojnie. Nawet nie komentuję na głos, co mam w zwyczaju. Odwrotnie. Po cichutku, jakby mnie było. Tylko uważnie patrzę i pilnie słucham, bo zdarza się, że czasami czegoś ważnego niedosłyszę i później się męczę. Nie potrafię złapać głównego wątku, albo połączyć pierwszego z drugim. Frustruję się zbędnie.
Zaczęło się od reakcji na banalną informację, podaną przez jedną z telewizji prywatnych. Opowiadała o tym, że komendant komisariatu policji w podwarszawskim Karczewie w środę po południu na jednej z ulic tego miasteczka , prowadzący akurat samochód, wjechał w znak drogowy, który sobie stal na chodniku i nikomu do tej pory nie przeszkadzał. A tu nagle władzy tak się naraził. Policjant tak się zdenerwował, że nie próbował znaku ustawić z powrotem, lecz pojechał do domu. Nie zauważył, że z przodu odpadła mu tablica rejestracyjna i leżała obok przewróconego znaku. Jakiś troskliwy o dobro miasta obywatel, doniósł policji, że to na pewno samochodem. Jak znaleziono tablicę rejestracyjną, znaleziono też zaraz komendanta. Nie było go jednak w domu. Kiedy wrócił i dowiedział się, że szukali go jacyś policjanci, już następnego dnia zgłosił się sam na komisariat. Pobrano mu krew. Aż dziwne, że prokuratura w czwartek zorientowała się, że poprzedniego dnia komendant musiał nieźle wypić. - Na tej podstawie zawieszono go w pracy – przeczytał spiker. W tym momencie, telewizor zatrząsnął się, a po ekranie z góry na dół leciały krople łez, z powody okrutnej decyzji podjętej przez zwierzchników komendanta.
Przerzuciłem się na inny kanał, żeby nie pogłębiać stanu depresji mojego wrażliwego na ludzką krzywdę odbiornika tv. Trafiłem na mini debatę z udziałem trzech pań. Całe trzy urodziwe, mądre, elekwentne.
Od koniec rozmowa zeszła na sprawy Świąt Wielkanocy. Prowadząca zwróciła uwagę, że Polska, na szczęście, jest krajem katolickim. Okazuje się, że nie dla wszystkich. Dla jakiejś młodej działaczki SLD, zapewne gorliwej uczennicy swojej duchowej przewodniczki Joanny Senyszyn, w Polsce Katolików jest już niewielu. Ci zaś, którzy uważają się za członków chrześcijańskiej społeczności, nie przestrzegają zasad, jakie wyznacza im ich wiara. Postępują niezgodnie z obowiązującymi standardami katolickimi – surowo oceniała z wysokości swojego wojującego ateizmu wierzących Polaków, młoda kontynuatorka myśli Marksa, Engelsa, Lenina. Telewizor zatrzeszczał, zaświstał i zobaczyłem, że odpada boczna ścianka z prawej strony. Szybko złapałem szeroką taśmę pakunkową i przykleiłem prowizorycznie ściankę.
Najgorsze miało dopiero nastąpić. Już jakoś pod wieczór, telewizja publiczna odtworzyła krótką relację spotkania premiera Donalda Tuska z dziennikarzami, jakie odbyło się w siedzibie jednej z gazet codziennych. Podczas spotkania powiedział, że nigdy jeszcze w dziejach Polski nie była tak sprzyjających warunków dla rozwoju wolności mediów.
W tym momencie rozległ się mały huk. Wybuch nie zniszczył nawet serwety, na której stał odbiornik, tylko lekko ją przysmalił.
Jerzy Jachowicz
