Zaszczyty zmieniają obyczaje, świadomość i zachowanie. Ponad wszelką wątpliwość zmieniły Bogdana Borusewicza.

Był niegdyś szanowanym i zasłużonym działaczem opozycyjnym, ucierpiał trochę od pretorianów reżymu peerelowskiego. W Polsce wyzwolonej z jawnej dyktatury PZPR zasiadał w wysokich władzach; dziś jest marszałkiem Senatu. W wywiadzie dla dziennika „Rzeczpospolita” 24 sierpnia daje upust swej niechęci do nowo wybranego prezydenta; redakcja nadaje jego wypowiedzi niesubtelny tytuł: „Prezydent dał się użyć PiS” – toż to przecież insynuacja.

Żeby chociaż Borusewicz wyrażał swą abominację racjonalnie, można by się zastanawiać nad jego stwierdzeniami, argumentacją, rozumowaniem. Ale formułuje zarzuty bez troski o ich uzasadnienie – jak wytrawny demagog: „prezydencka propozycja referendum to deklaracja polityczna. Mniejsza już, że nazwanie  p r o p o z y c j i  deklaracją, jest nonsensem semantycznym, gorsza, że ten zarzut nie wynika z żadnego faktycznego stanu rzeczy ani żadnymi konkretami nie jest potwierdzony. Ma za to taki ciąg dalszy: „Skorzystam z prawa, które daje mi regulamin Senatu i zwrócę się do prezydenta o uzupełnienie uzasadnienia o konsekwencje prawne i finansowe”. Prostodusznie też przyznaje, że poprosi Krajową Komisję Wyborczą o „wyjaśnienie, na jakich zasadach jest możliwość głosowania tego samego dnia”. Rzeczywiście jest to wątpliwość poważna, znamionuje wielkiego męża stanu. Czas wyborów i referendum różni się bowiem dwiema godzinami. Borusewicz nie jest także świadom, „jak rozliczać kampanię referendalną i kampanię parlamentarną, kiedy one będą prowadzone w tym samym czasie” (z różnicą dwu godzin). Dalej już nic o problemach finansowych. Widocznie marszałek nie wie, do kogo się zwrócić o ich wyjaśnienie. Wyręczyłem go, poprosiłem wybitnego, utytułowanego statystyka (prosi na razie o anonimowość) o wstępne wyliczenia; wedle nich koszty referendum połączonego z wyborami parlamentarnymi wyniosą ok. 5 mln zł. Jeśli ów naukowiec, zezwoli, wrócę jeszcze do tych kwestii, gdyż są to arcyinteresujące k o n k r e t n e  wyliczenia.

Trudności techniczne zaś są takie, że „pytanie o lasy nie wskazuje, jaki dotychczas system jest stosowany”. System? Przecież własność państwa, jaką stanowią lasy, nie jest systemem, tylko jedynie, przepraszam za pleonazm, własnością. I referendum jest po to, ażeby społeczeństwo zdecydowało, czy ma tak pozostać, czy też sprzedać je jakimś biznesmenom („resortowym”, większość rodzimych ma bowiem takie proweniencje) lub, co byłoby dla łapówkarzy z rządu korzystniejsze, a dla narodu groźne, zagranicznym - na przykład Niemcom. Borusewicz kończy ten wątek stwierdzeniem, którego nie sposób zrozumieć: „Sprawa z Lasami Państwowymi to kuriozum. PiS zbierała podpisy, a teraz mówi, że to jest akcja społeczna”. Co jest „akcją społeczną” – referendum? Ależ tak właśnie, ponieważ – proszę wybaczyć oczywistości - tylko społeczeństwo, a nie żadna władza ma o czymś zadecydować. A zatem każde referendum jest „akcją społeczną”. Nowe zagmatwania semantyczne.

Co odpowiedź na pytanie dziennikarza, Jacka Nizinkiewicza, który rozmawia sprawnie, nawet błyskotliwe, to wypowiadane nowe głupstwa o znamionach demagogicznych (lub insynuacyjnych) Dziennikarz przypomina marszałkowi rozsierdzonemu na PiS w sprawie sześciolatków, że „prezydent uwzględnia głos Polaków i 6 mln podpisów”. I zapisuje ripostę swego rozmówcy: „To nic innego jak zagranie polityczne”. Skoro nie można było tej kwestii dodać do referendum planowanego na 6 września (osławiona wypowiedzieć byłego prezydenta, że „dopisywać można się na wycieczkę”), to teraz zostało przeniesione na 25 października. I gdzie tu „zagranie polityczne”? Borusewicz nie chce zrozumieć, że jest to konsekwencja w dążności do uszanowania woli 6 milionów Polaków, żeby ich podpisy nie zostały, jak tyle innych, wrzucone do niszczarek sejmowych.

Jawną demagogią jest rada marszałka Senatu, że jeśli PiS chce zmieniać ustrój wedle odpowiedzi na pytania w referendum 25 października, to niech posłuży się instrumentami ustawowymi „bez narażania podatników na dodatkowe koszty”.

Uchwalanie ustaw to wielomiesięczne deliberowania sejmowe o niepewnych skutkach. Borusewicz zaś się spodziewa, że 25 października Platforma Obywatelska uzyska większość w parlamencie, a w najgorszym razie jej mniejszość stanie się tak minimalna, iż w jakiejś egzotycznej koalicji będzie mogła utrudniać rządy PiS. Marszałek otwarcie zresztą wyraża swe pragnienia twierdząc, że do referendum październikowego nie dojdzie. Kończy niczym Kasandra, że „sprawy merytoryczne (o których notabene ani słowa - J. W.) odchodzą na plan dalszy. Upartyjniając (sic! – J. W.) instytucję referendum, PiS może zniechęcić Polaków do tej formy demokracji bezpośredniej”.

Odczucie dyskomfortu moralnego z lektury tego tekstu pogłębia niewielki artykuł Andrzeja Stankiewicza wydrukowany podwałem na tej samej stronie. Autor to młody dziennikarz, nawiasem mówiąc około piętnastu lat temu był moim studentem na UW, wyróżniał się inteligencją i sprawnością pióra, teraz deprecjonuje i uniwersyteckie studia dziennikarskie, i moją dydaktykę, ponieważ w swym tekście posługuje się leksyką i frazeologią nieco podobną do Stefana Bratkowskiego i Stefana Niesiołowskiego, pisze np. „potencjalna pani premier PiS przyniosła swemu przyjacielowi prezydentowi propozycję pytań”. Ile w tym „potencjalna pani premier”, „swemu przyjacielowi prezydentowi” jest taniego sarkazmu! Stankiewicz pisze też, że prezydent „przebąkuje”...

Żal mi tego młodego, utalentowanego dziennikarza oczadziałego prostackością PO. Po stu dniach premierostwa Tuska napisał książkę apologetyczną o jego studniowej władzy. I widocznie zaczął być tak hojnie obsypywany wszelakimi dobrami, upojony widokiem swego nazwiska na łamach prawie każdego numeru „Rzeczpospolitej”, że służy aż za cenę kompromitacji, z czego zapewne nie zdaje sobie sprawy.

W każdym razie oba teksty i inne wypowiedzi, o jakich pisałem wcześniej na naszym portalu, świadczą, że nie będzie pokoju pod jakimikolwiek rządami, że chorzy na chciwość i nienawiść do inaczej myślących członkowie i wyznawcy Platformy „Obywatelskiej” nadal będą niszczyć wszystko, co zdrowe w naszym narodzie.

Narasta lęk o losy prezydenta Andrzeja Dudy.

Jacek Wegner

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl