Kilka tygodni temu, tuż przed śmiercią Krzysztofa Kąkolewskiego, wyszła jego książka „Za lustrem lustracji”. Ten temat jest jak fale morskie – co pewien czas wpływa na zainteresowania publicystów, a więc i opinii publicznej. Wydawało się od końca pierwszej dekady naszego wieku, że nurty się cofnęły w głąb historii. Nic podobnego.

Przypomnijmy tu bowiem ostatnie publikacje prasowe („Gazeta Obywatelska”) Bohdana Urbankowskiego o „Judaszach” w naszym zawodzie. A nade wszystko głośną z lat 2013/2014 książkę „Resortowe dzieci. Media” Doroty Kani, Jerzego Targalskiego i Macieja Marosza. W bieżącym roku ci sami autorzy opublikowali rzecz nową, podejmującą podobną tematykę: „Resortowe dzieci. Służby”. Pierwsza książka wywoła w naszym środowisku, jak pamiętamy, pewien kłopot, z winy chyba nas samych, bośmy nie umieli zadbać o właściwe wykonanie stosownych uchwał podejmowanych na zjazdach. Wszelako spuścimy już kurtynę wstydliwego milczenia na owo niespełnienie.

To ostatnie dokonanie zmarłego przed kilku tygodniami mistrza reportażu można by uznać za swoiste przezwyciężenie stresów, wysublimowanie kontaktów z bezpieką. Warunkiem wyjazdu służbowego dziennikarza za granicę była bowiem rozmowa z esbekiem (esbekami), który instruował, czego unikać, na co zwracać uwagę. Po powrocie trzeba zaś było opowiedzieć, z kim się, rozmawiało, co się widziało i słyszało, uzgadniać eksploracje nowych zjawisk. Wielu dziennikarzy tak postępowało i dziś nazywa owe pertraktacje z bezpieką, „przesłuchaniami”, na które trzeba było, acz niechętnie, się zgłaszać, inaczej nie sposób było pisać reportaży zagranicznych.

        Problematyka, najogólniej ujmując, lustracyjna miała największe nasilenie, co oczywiste, zaraz po uchwaleniu Ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej. Och, ile od razu wywoływała sprzeciwów. W mediach przeważały protesty, niekiedy językowo niewybrednie, by nie powiedzieć brutalne. Do grona głównych - głównie słyszalnych - przeciwników IPN zaliczył się natychmiast nasz obecny prezes honorowy Stefan Bratkowski. Z taką zawziętością zwalczał zwolenników IPN, do których należał, prywatnie i z urzędu, sędzia Bogusław Nizieński, że prezes spostponował go publicznie (na łamach „Rzeczpospolitej”) nazywając publiczną wypowiedź sędziego odezwaniem się niczym „u ciocia na weselu”. Pokorny, cichy sędzia nie zareagował. A wszak powinien w imię uwalniania mowy publicznej od ordynarności.

Zrazu sądziłem, że wszyscy krytykujący działalność IPN byli jakoś uwikłani w esbecką inwigilację i donosicielstwo. Myliłem się. Stefan Bratkowski na pewno nie. Był nawet u schyłku PRL traktowany przez tzw. służby jako wróg reżymu. Do dziś przeto nie umiem zrozumieć, w imię jakich wartości Bratkowski był i  j e s t  radykalnym przeciwnikiem IPN. Może to wypływ ideologiczny Adama Michnika, młodszego od prezesa o więcej niż jedną generację, który też nie donosił, natomiast bronił i nadal broni szpiclów, a działalność IPN uważa za radykalnie… szkodliwą.

      Nie umiem pojąć takich postaw. Wskutek nich ograniczono dostęp do dokumentów ipeenowskich i teraz trzeba legitymować się specjalnymi rekomendacjami, żeby do nich zajrzeć. Toteż Antoni Dudek w znakomitej i równie znakomicie zabitej milczeniem książce: „Instytut. Osobista historia IPN” (2011 r.) konkluduje że „otwarcie teczek jest – paradoksalnie – najlepszym sposobem ich zamknięcia”. Powołuje się tu zresztą na opinię angielskiego publicysty Timothy’ego Gartona Asha, który zanim myśmy uchwalili ustawą o IPN, napisał słynną rozprawę „Teczka, historia osobista” (przełożył ją na polski Michał Rusinek). Gdyby wszystkim dorosłym Polakom otworzyć archiwa IPN, nie byłoby owej drażliwości budzącej niezdrowe emocje, uzdrowiłoby to naszą egzystencję polityczną i publiczną. Ale żeby tak się stało, musiałaby być najpierw przeprowadzona dekomunizacja. Jej zaś podstawowym warunkiem jest właśnie otwarcie „teczek” dla społeczeństwa. A otworzyć ich nie można bez stosownych dekomunizacyjnych ustaw sejmowych. Czyli okowy pozostają nadal zaciśnięte. Zapewne jeszcze dwa lub trzy pokolenia będą zamknięte w tej obręczy, dopóki nie wymrą owe „resortowe dzieci” a rychło już „resortowe” wnuki i prawnuki. Chyba że na jesieni ustrój polityczny Polski zacznie się wywracać na nice…

       Widocznie „powracająca fala” tematu inwigilacji esbeckich dosięgła i mnie. Zaraz po uchwaleniu ówcześnie liberalnej ustawy o IPN otrzymałem kopie dokumentów z czterech teczek ilustrujących zainteresowanie się bezpieki moją skromną osobą. Owemu zajęciu esbecy nadali  „kryptonim reporter”. Śledzili mnie od 1961 do 1980 r. i na powrót zaczęli w 1988 r., lecz wtedy walił się już system. Owoczesna ich represja, gdyby reżym się nie rozpadł, byłaby dla mnie nader dolegliwa. Bo wcześniej nie wyrządzali mi specjalnych krzywd. Raczej się ośmieszali nie spełniając formułowanych przez swych zwierzchników dezyderatów mających sparaliżować moją aktywność w ogóle, to znaczy, zawodową, zarobkową, również cywilną. Tych niespełnień nie umiem inaczej sobie wytłumaczyć, jak indolencją bezpieki i bałaganem panującym w ogniwach Służby Bezpieczeństwa. A niektóre metody inwigilacji (z października 1978 r.) nadają się do kabaretu. Jakiś obserwator esbecki napisał: „Figurant wyszedł z miejsca pracy do zaparkowanego samochodu przy ul. Koszykowej w pobliżu miejsca pracy. Po wejściu do samochodu figurant podjechał na ul. AL. Wyzwolenia przy Pl. Zbawiciela. Figurant wysiadł z samochodu i udał się do baru samoobsługowego <Salus>, gdzie spożył danie na gorąco”. Albo inna wiadomość: „figurant przyszedł do zaparkowanego samochodu i zaczął przekładać z wnętrzna samochodu do bagażnika różnego rodzaju przedmioty jak: torby, szmaty. Po czym figurant wsiadł do samochodu i pojechał…”.Czy też:  „O godz. 19,02 ponownie przyszedł <Reporter> do samochodu, wytarł szyby, obszedł samochód, zamknął go i powrócił  w/w  bramą do miejsca zamieszkania” etc. etc. Informacje porażająco szczegółowe, niczym w komedii szpiegowskiej…

        Napisałem więc z notatek esbeckich o mnie i w ogóle o moich czynnościach zarobkowych książkę. Tytuł zapożyczyłem od bezpieki (okazuje się, że jej spuścizna też może do czegoś się przydać): „Kryptonim <Reporter>”... I dodałem, wziąwszy drugie słowo także z leksyki bezpieki, „Wspomnienia figuranta” - a więc: „Kryptonim <Reporter>. Wspomnienia figuranta”.

Jeszcze nie było takiej publikacji. Są to bowiem opowieści raczej wesołe niźli ponure, raczej o wymykaniu się osaczeniom esbeckim aniżeli wpadaniu w sidła. Jest tu sporo kpiny, sarkazmu i komizmu, jak choćby w tych cytatach, nadto wnikającego z mieszania języka prostackiego ze stylem oficjalno-urzędowo-patetycznym, jakimi posługiwali się osaczający; dlatego przytaczając dosłownie ich zapisy lub raporty nic nie zmieniam, nawet najmniejszego przecinka. Śmiech to przecież najlepsze remedium na stresy i po to również skonstruowałem te wynurzenia, żebyśmy wspólnie śmiejąc się z opresyjności PRL mogli pozbyć się złych wspomnień.

        I na koniec pytam siebie: co wyniknęło z działań oficerów SB i ich węszycieli? Zbrodnie, szkody moralne i fizyczne, ogromne wydatki pieniężne. A ubecy/esbecy nie zdołali wyrwać z naszych dusz umiłowania wolności. Czyśmy ją zachowali do dziś? Tak! Świadczą o tym chociażby wymienione książki. Wszelako usidliły mnie i mój kraj cynizm rządzących, biurokracja oraz rozlana jak potop nieuczciwość i nieżyczliwość wszystkich wobec wszystkich. Jak przezwyciężyć te ułomności? Na to nie umiem już odpowiedzieć.

        W każdym razie mój skromny utwór jest skutkiem owej powracającej fali publicystycznych zainteresowań się działalnością tajnych służb peerelowskich i ich konfidentów. Bezpośrednio zaś inspirowały mnie wspomniane wyznania Krzysztofa Kąkolewskiego, artykuły Urbankowskiego o Judaszach dziennikarskich, „Resortowe dzieci. Media” oraz „Resortowe dzieci. Służby”. A z wcześniejszych dzieł wyborne dokonania Joanny Siedleckiej.

Książka czeka na wydawcę.

Jacek Wegner

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl