Nowy szef TVP przedstawia swoją wizję prezesury, a liczący na zwycięstwo w wyborach PiS przedstawia swoją wizję zmian w mediach publicznych (choć po prawdzie to głównie na Woronicza). W obu sprawach ogólników dużo, a konkretów mało.
Janusz Daszczyński chce odkomercjalizować TVP. Pięknie tylko nie wiadomo skąd miałyby pochodzić pieniądze po utracie reklam. Prezes obiecuje też wzmocnienie oddziałów regionalnych. Znowu pięknie, tylko że one ledwie dyszą już teraz gdy centrala TVP ma jeszcze jakieś pieniądze. Przywrócone mają być redakcje tematyczne, ale nie wiadomo kto je zaludni, bo przecież swoich twórców TVP wyoutsourcingowała. A propos outsourcingu to prezes zapowiada, że nie będzie kontynuowany. Oczywiście, że nie bo oznaczałby outsourcing resztek administracji i chyba samego zarządu czyli de facto likwidację firmy. No i wreszcie Janusz Daszczyński zapowiada koniec tabloidyzacji „Wiadomości”, informując jednocześnie, że na stanowisku szefa ztabliodyzowanej redakcji pozostanie Piotr Kraśko.
Do realizacji prawie wszystkich tych zapowiedzi być może ostatni prezes medialnej koalicji PO-PSL-SLD potrzebuje pieniędzy, których ta właśnie koalicja przez ostatnie osiem lat mediom publicznym zapewnić nie chciała. Czy zechce to zrobić teraz gdy być może lada miesiąc w zmienionych władzach spółek medialnych zasiądą przedstawiciele PiS i jego koalicjantów? Raczej nie.
Teraz zapowiedzi Prawa i Sprawiedliwości. „Medialny” program partii przedstawili Barbara Bubula i Jarosław Sellin, byli członkowie Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Nowe media publiczne mają być „narodowe”. Chodzi co najmniej o to, że mają przestać być spółkami prawa handlowego nastawionymi na zysk (i to akurat dobrze), ale być może chodzi też o coś jeszcze (skoro mają być narodowe a nie publiczne), ale nie wiadomo o co.
Ich głównym zadaniem ma by „budowanie tożsamości narodowej” poprzez ekranizację klasyki polskiej literatury i produkcję co najmniej dwu seriali historycznych rocznie. Taki mecenat byłby nawet ciekawy (choć nie wiem co miałoby kręcić radio) , ale wszystko zależy od definicji owej „narodowej tożsamości”. Niestety dwójka „medialnych liderów” PiS nic więcej nam nie wyjaśnia. W tej sytuacji dla tych, którzy nadają na tych samych falach co projektodawcy zmian, te zmiany jawią się w sposób „oczywiście oczywisty” jako korzystne. Jednak tym, którzy nadają na innych falach taka propozycja kojarzy się z jakimś narodowo – katolickim monopolem sprzecznym z zasadą pluralizmu i w sposób oczywisty wzbudza opór.
Do tego dochodzi zapowiedź wyłaniania prezesów mediów narodowych „spośród autorytetów świata kultury i nauki” co w naszym podzielonym społeczeństwie może oznaczać, że chodzi o ludzi dla jednych absolutnie nieakceptowalnych a dla drugich wyłącznie akceptowalnych. Kto miałby owe autorytety wybierać też nie wiadomo. No i jeszcze kwestia pieniędzy. Ma ich być dużo. Mają to być pieniądze publiczne i absolutnie nie wiadomo skąd mają pochodzić.
Mamy więc sytuację następującą. Z jednej strony media publiczne pod kontrolą koalicji PO-PSL-SLD, która jest zadowolona ze stanu obecnego chociaż media są w stanie artystycznego, dziennikarskiego i finansowego upadku. Z drugiej strony medialną wizję PiS (z ewentualnymi koalicjantami), który otwarcie zapowiada konieczność przejęcia mediów publicznych, opowiadając może ładne, ale pozbawione konkretów, więc nic nie znaczące kawałki. Za to obserwatorzy medialnej sceny mają w pamięci brutalne partyjne przejęcie TVP i radiofonii po objęciu władzy w połowie lat 2000.
Może już czas na przysłowiowego gajowego, który posprzątałby w tej partyjnej partyzantce w mediach publicznych. Przypominam, że na naszym Zjeździe Programowym przyjęliśmy wiele uchwal dotyczących mediów publicznych, w tym i taką o powołaniu specjalnego zespołu do sprawy nowelizacji ustawy medialnej w kierunku dla nas oczekiwanym. Mijają miesiące i co? I my nic. A może pasuje nam to już rutynowe zawłaszczanie publicznych mediów przez kolejne partie bez żadnej społecznej kontroli?
