Piotr Byszewski, historyk z IPN-u zainteresował się moją książką „Zamach na Lenina. Krótka historia <Ruchu>”. Swoje wynurzenia opublikował w Internecie. To są nonsensy. Piotr Byszewski sformułował je dlatego, że nie umie inaczej omawiać książek publicystycznych.
Zaczął (w Internecie: Nieudana książka o nieudanej akcji – Jacek Wegner) krytykę mojego dokonania „Zamach na Lenina. Krótka historia <Ruchu>” od stwierdzenia, że „w założeniu miał to być zarys dziejów największej tajnej organizacji działającej w PRL w okresie Władysława Gomułki ze szczególnym uwzględnieniem nieudanej próby spalenia muzeum Lenina w Poroninie”. Akurat odwrotnie – najgłówniejszym tematem mojego dokonania jest owa próba zniszczenia muzeum bolszewickiego na Podhalu, natomiast ów zdaniem Byszewskiego „zarys dziejów organizacji” to kontekst, siłą rzeczy syntetyczny, skrótowy, owego głównego tematu. Przecież to oczywiste dla każdego, kto nie ma kłopotów z percepcją treści i rozumieniem koncepcji książek, że owo zamierzenie spalenia przybytku bolszewickiego nie wzięło się, że tak powiem z powietrza. Ale powstawało, musiało powstawać przez pewien czas w umysłach kilkorga wykształconych ludzi. Ludzie ci w sposób zorganizowany działali przeciwko PRL, więc nie tylko że wymyślili dywersję poronińską, lecz też szkodzili reżymowi na inne sposoby. Konieczne więc było wypreparowanie tematu, któremu poświęciłem książkę, z dość już wtedy szerokiej działalności „Ruchu”. Ażeby zaś wyodrębnić, musiałem czytelnikowi ujawnić substancję tego, z czego ów temat wybierałem. Stąd tytuł książki - najpierw o planowanym zamachu na muzeum Lenina, a potem k r ó t k a historia „Ruchu”, czyli gdzie i w jakich okolicznościach ten projekt powstał i czy, oraz jakie miał materializacje. Historia organizacji musiała więc być maksymalnie krótka, jedynie taka, żeby temat nie zawisł w powietrzu, ale też żeby był samoistny, niezdominowany „zarysem dziejów <Ruchu>”. I nie jest.
Każdy z bohaterów mojej opowieści był z „Ruchem” związany rzecz jasna nie tylko zamierzeniem spalenia przybytku bolszewickiego, podejmował także inne działania organizacyjne, którymi się nie interesowałem. Przechodziłem też do porządku nad aktywnością ludzi z „Ruchu” (a było ich w wielu miastach nadzwyczaj dużo) niewłączonych do planów poronińskich. Z jednym wyjątkiem – Emila Morgiewicza; jego wspomnienia nie były przeze mnie ani inspirowane, ani, co ważniejsze, opracowane. Włączyłem je do książki wbrew sobie, ulegając presji autora. Są tak odmienne, że łamią przyjętą konwencję. Wydawca to zauważył i kilkuwierszowy lid do tej ponad dwudziestostronicowej wypowiedzi wydrukował na oddzielnej kartce, pragnąc zapewne przestrzec czytelnika, że to, co teraz nastąpi, będzie inne pod każdym względem. Jak się czyta ten quasi rozdział, niech osądzi suwerennie sam odbiorca. W każdym razie Piotr Byszewski – historyk profesjonalny z IPN - wychwala jedynie tę część mojej książki, nie baczy, że historycznie ten fragment ma niewielkie znaczenie, jest bowiem luźnym, bez wyrazistego zamysłu kompozycyjnego, zapisem, językowo dość osobliwym, subiektywnych przeżyć autora z czasów, kiedy działał w „Ruchu” i zaraz po aresztowaniu. Dziwne, że podobają się one Byszewskiemu, skrupulatnemu badaczowi dziejów, który przykłada do mojej książki w ścisłym znaczeniu publicystycznej miarę, że tak powiem, historiograficzną; on nie rozumie, że piszę nie o tym, czego oczekuje i nie tak, jak chciałby, toteż od początku do końca (dosłownie: do ostatniej strony okładki…) krytykuje z pasją moje dokonanie.
Konstatuje, że „napisanie jakiejkolwiek książki na temat „Ruchu”, nie będącej (ortografia oryginalna - J. W.) nawet pracą naukową jest zadaniem bardzo trudnym ze względu na ogromną ilość zachowanych dokumentów SB dotyczących organizacji”. I ma rację, którą potwierdza jego własny dorobek naukowy. W historiograficznym dziele „Działania Służby Bezpieczeństwa wobec organizacji <Ruch>” opis odautorski z przypisami zajmuje niewiele ponad 60 stron, a resztę – do strony 731 stanowią kopie dokumentów esbeckich z biogramami wielu uczestników „Ruchu” sporządzonymi zapewne przez autora, zdjęciami niektórych osób i indeksie nazwisk, pseudonimów, kryptonimów. Nawet historykowi tej klasy co Byszewski trudno o p i s a ć dzieje „Ruchu”, łatwiej mu było stworzyć książę, wybrawszy dokumenty (nie wiem według jakiego klucza) z kilkuset teczek i w sposób mniej więcej uporządkowany zrobić z tego materiału prawie osiemsetstronicową „monografię”. Albowiem „napisanie jakiejkolwiek książki na temat <Ruchu> (…) jest zadaniem bardzo trudnym”. Właśnie!
Byszewski w przywołanej wypowiedzi internetowej inkryminuje mi m. in. (między innymi, ponieważ właściwie zarzuca mi wszystko, co można zarzucać), że nie podałem, w którym numerze „Biuletynu”, tajnego periodyku owej tajnej organizacji, ukazała się deklaracji programowa „Mijają lata”, jako że była ona zredagowana przed utworzeniem „Biuletynu”. Znów kłopoty z percepcją. Przecież ta wiadomość nie była mi do książki potrzebna, nie o tym pisałem, gdyż nie dostrzegałem i nie widzę bezpośrednich, treściowych powiązań ani programu „Mijają lata” ani zawartości kilkunastu numerów „Biuletynu” z niedoszłą operacją poronińską.
Ułomności percepcyjne historyk kompensuje zgoła purytańską dbałością o przypisy, zapisy odnośnikowe. Ma pretensję, wyrażaną niewybrednie, że podając sygnatury nie wskazuję kart ni tytułów dokumentów. Nie wie (jeszcze?), że publicystyka rządzi się innymi prawami niż historiografia. I zbytnie obciążanie tekstów publicystycznych technicznymi wskazówkami, tym bardziej jeśli odnoszą się do wątków trzeciorzędnych, odbierają temu pisarstwu atrakcyjność czysto czytelniczą i utrudniają percepcję odbiorcy nastawionego na tzw. lekturę lżejszą. Właśnie: percepcję! Notabene Byszewski autorytatywnie stwierdza (w jego diatrybie wszystko jest autorytatywne, np. podawanie dni i godzin, w których przeglądałem w IPN odnośnie dokumenty. W jakim celu czyni to historyk z instytucji gromadzącej między innymi donosy na obywateli, nie zdołałem jeszcze dociec), że moja książkę jest reportażem historycznym - kulą w płot…
Krytykując ją jakby nie umiał wyjść z zamkniętego kręgu. Zarzuca mi nieustannie, aż do znużenia, że mam (raczej miałem) lekceważący stosunek do „Ruchu”, np.: niedokładnie zapoznałem się „z informacjami Biura śledczego MSW dotyczącymi śledztwa w sprawie <Ruchu>”. Że „także w sposób bardzo wybiórczy przebadałem materiały z IPN”. Ma rację – niedokładnie, wybiórczo, lekceważąco.. Mój Adwersarz nie umie w żaden sposób pojąć i na pewno nigdy mu tego nie wytłumaczę, że wybrałem jeden tylko wątek działalności „Ruchu”, a każdemu publicyście przysługuje prawo selekcji, faktów, zjawisk, źródeł, wątków.
Byszewski pozbawiony jest też zmysłu retorycznego, wszystkie słowa i związki frazeologiczne odbiera dosłownie, nie dostrzega znaczeń przenośnych. Krytykuje, iż napisałem, że „Ruch” był kontynuacją AK i WiN, Państwa Podziemnego. To stwierdzenie – pisze z powagą – jest chybione, „<Ruch> był „organizacją mikroskopijną, działając w innych warunkach i działał innymi metodami”. Pojmując dosłownie - tak. Acz retorycznie – uczestnicy „Ruchu” przejmowali ideowość tych organizacji i właśnie ona stanowiła j e d y n e spoiwo ich wspólnoty i za wierność jej szli do więzienia.
Byszewski podważa sens mojej oceny, że „chwalę pomysł poroniński jako bohaterski”, a przecież, wywodzi, gdyby się udał, na wykonawców spadłyby straszne represje z karami śmierci włącznie. Jak został na przykład zasądzony Jerzy Kowalczyk za wysadzenie w 1971 r. auli w opolskiej Wyższej Szkole Pedagogicznej. Właśnie dlatego, że tak by najprawdopodobniej było, uznaję ów projekt za bohaterski. Teraz więc ja nie percypuję inkryminacji Byszewskiego. Co więcej, historyk poucza, że powinienem „zastanowić, czy nie można było zaprotestować w inny sposób, mniej ryzykowany. Niestety – do tej refleksji okazał się (autor, czyli ja - J. W.) całkiem niezdolny”. I znów Byszewski ma rację. Nie umiem infantylizować historii, o jakiej piszę. Nie jestem zdolny do tworzenia tzw. dziejów alternatywnych, bardzo dziś modnego sposobu wzajemnego zaśmiecania świadomości historycznej. Skoro Byszewski kategorycznie postuluje, że powinienem tym się zająć, to znaczy, że jest chwalcą i zwolennikiem tych fantasmagorii umysłowych. Jak te upodobania godzi z powagą historyka IPN – to już jego tajemnica.
Zarzutów Byszewskiego pod moim adresem jest tak dużo, że nie sposób wszystkich przywołać. Właściwie jego wypowiedź jest jedną wielostronicową inkryminacją. Przy tym zadziwia pewność siebie młodego (stosunkowo) historyka z IPN. Albo po prostu ma takie inklinacje, albo ktoś go do tego sposobu pisania inspirował. W każdym razie w ferworze krytyki znieważa dwóch profesorów IPN – starszych odeń, wobec których jego dorobek jest raczej debiutem. Twierdzi mianowicie, że Sławomir Cenckiewicz i Jan Żaryn, którzy na czwartej stronie okładki kilkoma zdaniami rekomendują książkę, poznali ją pobieżnie i że te oceny, dosłownie, ich k o m p r o m i t u ją. W ten sposób naukowcy Instytutu Pamięci Naukowej zaczynają się wzajemnie postponować. Czyż to nie woda na młyn dla tych, którym IPN jest solą w oku?
Przede wszystkim dla Niesiołowskiego, idola Byszewskiego, dawnego bohatera opozycji antypeerelowskiej, a później przeniewiercy, wydającego esbekom swych kolegów. Byszewski pisze: „Prawdą jest, że Niesiołowski złożył w śledztwie bardzo obszerne zeznania. Ale czytając jego zeznania z pierwszych dni śledztwa i porównując je z zeznaniami Mantaja i Kurowskiego widać, że początkowo zeznawał powściągliwie, starał się ukryć szereg faktów(…) zaprzeczał też, iż osoby wymieniane przez śledczych należały do <Ruchu>(…). Podczas pierwszego przesłuchania próbował bezskutecznie zwodzić śledczych, twierdząc, że <Biuletyny> zawierały teksty o charakterze religijnym, a <Ruch> był kilkuosobową zakonspirowaną grupą dyskusyjną(…). W czasie przesłuchania 26 czerwca przyznał się do udziału w kradzieży jednej maszyny do pisania, zaprzeczając przy tym, iż brał udział w innych ekspropriacjach.(…). Dopiero 27 czerwca przyznał się do udziału w zjazdach <Ruchu> napisania jednego artykułu do <Biuletynu> i przede wszystkim złożył zeznania na temat akcji <Poronin>.(…). Od tego momentu składał już obszerne zeznania o organizacji, w których obciążył też niestety inne osoby”. No właśnie p o c z ą t k o w o był niezłomny, nie tak jak Mantaj oraz Kurowski, zdrajcy „Ruchu” od samego początku. To jest przejaw takiego rozumowania, jakby konkludować, że na przykład Wojciech Jaruzelski był wprawdzie dyktatorem, ale jeszcze większym odeń był, dajmy na to, Pinochet i jest Putin...
W którymś miejscu Byszewski stwierdza: „Rozumiem, że p. Wegner ma prawo nie zgadzać się ze Stefanem Niesiołowskim, walczącym w swoich tekstach z bardzo długo funkcjonującą opinią o <Ruchu> jako organizacji terrorystycznej. Niestety, wynika to, moim zdaniem, przede wszystkim z wrogiego stosunku autora do Niesiołowskiego”. Osobliwe to słownictwo: w żadnej polemice publicystycznej, pomijając propagandę peerelowską i platformerską, nie przeczytałem, że ktoś nie zgadza się kimś z powodu „przede wszystkim wrogiego stosunku”. Tą niefortunną wypowiedzią (a podobnych jest tu bez liku) Byszewski prowokuje do wyjaśnienia, że w mojej książce u d o w a d n i a m, iż Niesiołowski był w młodości żarliwym katolikiem i patriotą, radykalnym wrogiem PRL, wiernym spuściźnie i d e o w e j AK-WiN-PP. Później zdrajcą kolegów, idei patriotycznej i katolickiej, obłudnikiem piszącym książki, w których wychwala swe w rzeczywistości już załgane bohaterstwo. Wreszcie jest parlamentarzystą ziejącym nienawiścią do partii opozycyjnej, ordynarnym (to jest eufemizm) i kłamiącym politykiem kompromitującym Sejm i Platformę Obywatelską, którą darzy tak samo fanatyczną miłością, jak ongiś nienawidził Polski ludowej. Jeśli Piotr Byszewski nie zgadza się z tą charakterystyką swego ulubieńca – niech przedstawi fakty zaprzeczające jej. To wtedy przeproszę w tym miejscu i jego, i Niesiołowskiego. A jeśli nie, to niech Byszewskie mnie w Internecie przeprosi za wszystkie nonsensy, jakie wypisał pod moim adresem.
Wiem, ostatni imperatyw jest li tylko figurą retoryczną, albowiem mój Adwersarz pochodzi z tej samej co Niesiołowski formacji moralno-politycznej, gdzie słowo „przepraszam” jest po prostu nieznane. A uczciwość percepcji pojęciem niezrozumiałym.
Jacek Wegner
