Rząd przyjechał do Wrocławia z własnymi meblami i od razu „wyjechł” z newsem dla ludu prostego. W tytule „Gazety Wyborczej” news brzmiał tak: „Rząd walczy ze śmieciówkami i zaczyna od siebie”. Dobra nasza pomyślałem. Zaczyna od siebie tzn. od administracji, a w następnej kolejności dobry przykład dadzą spółki skarbu państwa np. TVP.

            Potem przeczytałem cały tekst i zrozumiałem, że wcale nie „dobra” i nie „nasza”. Okazuje się, że ministrowie walcząc ze śmieciówkami mają na myśli firmy startujące w rządowych przetargach. To wśród nich mają być preferowane takie, które zatrudniają pracowników na etatach. Władze TVP mogą więc spać spokojnie. Rząd ich nie skarci ani za outsourcing ani za samozatrudnianie się jej „pracowników”. Klasyczny przypadek dostrzegania drzazgi w oku cudzym i niedostrzegania belki w oku własnym.

            Być może jednak outsourcing będzie tematem spotkania na najwyższym szczeblu. Tzn. prawie na najwyższym i z naciskiem na „może będzie”. Związek zawodowy „Wizja” zaproponował nowemu prezesowi telewizji publicznej spotkanie na ten temat. Prezes jeszcze nie odpowiedział, ale związkowcy liczą na to, że nowy jednoosobowy zarząd wycofa się ze skandalicznej decyzji poprzedników. Co będzie to zobaczymy, ale moim zdaniem szanse są niewielkie. Mechanizm jaki de facto obowiązuje w świecie polskich mediów publicznych powoduje, że szefowie tych mediów odpowiadają nie przed obywatelami/potencjalnymi widzami, ale przed radami nadzorczymi i właścicielem w osobie ministra skarbu państwa. W wypadku TVP te ciała outsourcing i samozatrudnienie akceptują, więc nowy prezes zapewne się nie wychyli. Niewielkie ma zresztą pole manewru, bo KRRiT zapowiada na przyszły rok - i zapewne lata następne – coraz mniejsze wpływy z abonamentu, a konieczności naprawy zdegenerowanego systemu finansowania mediów publicznych ani rząd, ani jego ministrowie kultury i skarbu jakoś nie widzą.

            O bryndzy finansowej nowy prezes oczywiście musi wiedzieć, ale w swoim „expose” czyli liście do ocalałych pracowników TVP napisał, że chce: „powrotu do narracji publicznej w telewizji publicznej”, „wycofania się ze zgubnej dla jakości programu rywalizacji z nadawcami komercyjnymi”, „rezygnacji z postępującej tabloidyzacji programów informacyjnych”, „wykreowanie nowych formatów (publicystycznych), które zastąpią pozycje wpisujące każdy problem w ramy konfliktu politycznego”, czy wreszcie „przywrócenia zlikwidowanych redakcji gatunkowych”. Niewątpliwie część z tych zamierzeń dałoby się zrealizować w ramach obecnego budżetu, ale na pewno nie da się „wycofać ze zgubnej rywalizacji” z komercją. Jak nie ma i nie będzie kasy z abonamentu (opłaty audiowizualnej, czy budżetu) to musi być z reklamy i tym podobnych źródeł. Cudów nie ma.

            Poza tym zapewnienia Janusza Daszczyńskiego są mało wiarygodne z innego powodu. Nie, nie dlatego, żebym twierdził, że on sam jest niewiarygodny. One są niewiarygodne „z mocy prawa”. Deklaruje je członek dziś jednoosobowego zarządu, który być może już wkrótce będzie jedynie prezesem zarządu trzyosobowego. (Rada nadzorcza zdecydowała się na nowy konkurs na dwóch członków zarządu.) Piszę „jedynie prezesem”, bo obecne regulacje nie dają prezesowi w trzyosobowym zarządzie żadnych forów w postaci głosu stanowiącego. Reszta może go całkiem zwyczajnie przegłosować, a kto będzie tą resztą nie wiadomo. Poza tym jesienią może dojść do zasadniczych zmian w układzie politycznym, które mogą zakończyć się rewolucją medialną podobną do tej z przełomu 2005/2006, gdy władze objął PiS z koalicjantami.

            Obserwujemy więc dość dziwny mecz. Piłka już jest w grze, ale zasady tej gry są ustalane na bieżąco zależnie od rozwoju sytuacji na boisku. Taka wolna amerykanka po polsku.

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl