No i powstał dyptyk, saga rodzinna. „Stracony dom” Jadwigi Lazarowicz jest bowiem uzupełnieniem wcześniejszej książki pt. „Klamra, mój ojciec”, która była recenzowana w „Forum Dziennikarzy”, tym dawniejszym, kolorowym, redagowanym przez kol. Stefana Truszczyńskiego. ów tytułowy ojciec to mjr Adam Lazarowicz ps. „Klamra”, dziadek naszego kolegi Romualda z Oddziału Wrocławskiego. O „Klamrze” opowiada zaś Zbigniew, jego żyjący syn, a ojciec Romualda. Zbigniew, ps.„Bratek”, dosłużył się stopnia oficerskiego w oddziale partyzanckim dowodzonym przez swego ojca, który był komendantem Obwodu Dębica Armii Krajowej. Od zakończenia wojny należał do Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość. W Zarządzie IV WiN (ostatnim niezawisłym, gdyż piąty był już prowokacją: złożony z konfidentów bezpieki i NKWD) pełnił funkcję wiceprzewodniczącego. W marcu 1951 r. Adam Lazarowicz został zamordowany katyńskim strzałem w katowni przy ul Rakowieckiej w Warszawie. Niedawno na podstawie tej książki napisano scenariusz filmu nagranego na płytę komputerową, która jest łatwo dostępna.

Książkę „Stracony dom”, napisała żona mjr. Adama Lazarowicza, zmarła w 1985 r., zarazem babcia kol. Romualda. Tok polszczyzny płynie w obu utworach jak kryształowo czysty i wartki potok górski; piękne jest słownictwo, wycyzelowane frazy, przejrzysta i logiczna kompozycja treści dramatycznej. Dzisiaj rzadko ukazują się wspomnienia tak mistrzowsko napisane i na taki temat. Nie są to wynurzenia egotyczne, autorkę-narratorkę zajmują bez reszty troska o najbliższą rodzinę, o walczących w lesie męża i syna, pozostałych dwojga młodszych rodzeństwa oraz żołnierzy AK współdziałających z mężem, których często musiała żywić i dawać im schronienie. Najbardziej wciągają opisy przeżyć frontowych, gdy cała okolica znalazła się między liniami rosyjskimi a niemieckimi. Jadwiga Lazarowicz uratowała się z rodziną tylko cudem, o który żarliwie prosiła w modlitwach, i własnej zaradności.

Tytułowe „tracenie domu” zaczęło się wtedy właśnie; musiała uchodzić przed okropnościami frontu i przenosić się z miejsca na miejsce, przemierzając pieszo w deszczu i śniegu z dziećmi i innymi cywilnymi ofiarami walki dwóch demonów nieraz dziesiątki kilometrów, wokoło huczały armaty niemieckie, nad nimi i uciekinierami latały sowieckie „kukuruźniki”, ostrzeliwując bez żadnego rozpoznania wszystko, co się ruszało. I domu już nie odzyskała.

Ów dom stracony ma, myślę, znaczenie symboliczne: bo to nie tylko fizyczna utrata domu rodzinnego, prywatnego, to również, a może nade wszystko strata ojczyzny - tej dawnej, patriotycznej, szlachetnej, odważnej, prawej, tej, w której „mają tak za tak, nie za nie”.

Taka Polska już nie powróci, przynajmniej za naszego życia. W tym sensie lektura książki Jadwigi Lazarowiczowej zasmuca, ewokując tę właśnie niemożliwość i jednocześnie sprawia radość, że kiedyś taki był nasz kraj. Wnuk autorki czyni zaś wszystko, żebyśmy o tej dawnej nie zapomnieli: do niedawna był redaktorem naczelnym niewychodzącego już miesięcznika „Opcja na prawo”, gdzie grono znakomitych publicystów drążyło prawdę o „utraconym domu” przodków.

Pod tym względem książka, o jakiej piszę, i wspomniany periodyk „Opcja na prawo” kojarzą się z esejami zawartymi w znakomicie pomyślanym dziele wydanym w 2014 r. „Wygaszanie Polski”. Tak, bo owo wygaszanie trwa od 1939 r. w różnych naturalnie nasileniach…

W Przedmowie do „Straconego domu” Romuald Lazarowicz pisze, iż „część książki, która prezentuje powojenne losy bohaterów, dobrze oddaje owo szokujące zderzenie wspaniałych, czystych ludzi polskiego podziemia z bolszewickim bagnem. Perfidia komunistycznego państwa była tak wielka, że dla nich wręcz nie do pojęcia”. Dla nas, którzy znamy ten czas z lektur lub mgliście ze wczesnego dzieciństwa – również niepojmowalna. Jest bowiem na świecie i takie zło, którego rozumem się nie ogarnia, można jedynie - i trzeba - z nim walczyć bez próby zgłębienia jego istoty i pochodzenia…

I ta prawda jest, jeżeli można tak się wyrazić, lejtmotywem uczuciowo-mentalnym całego dzieła. Autorka wspomnień właśnie nie może zrozumieć początków Polski pojałtańskiej: „Co oni zrobili z tej Polski? – Jeden obóz koncentracyjny. Każdy boi się drugiego. Nawet gdy się przechodzi ulicą, widzę, jak ludzie zwieszają głowy, aby nie patrzeć sobie w oczy”. Albo: „UB szaleje jak gestapo (…) dobrych Polaków maltretują (…) chłoszczą nie wiadomo za co. Kościół jest strasznie prześladowany. Wielu księży siedzi w więzieniach (…)”. Lub też: „No, teraz przyszły takie czasy, że ludzie będą się nas (kombatantów – J. W.) bali jak Żydów za niemieckich czasów”. Mundur Polaka jest ”strasznie splugawiony”. Autorka pyta więc „Dlaczego tak niegodni ludzie go noszą, a prawdziwi oficerowie polscy po więzieniach? Za co nam zabrali wolność i jeszcze kpią z nas. Sowieci, Żydzi, ubrani w ten drogi nam mundur żołnierza polskiego, wyglądają jak przebierańcy. O, biedna ziemio nasza, o, nieszczęśliwy kraju! Wrogowie szydzą z nas, z Ciebie (…) Jestem w swojej ojczyźnie, a boję się obracać między ludźmi”. Powiedziałby ktoś, że to zbyt naiwny patos, egzaltacja. Nie! To erupcja uczuć kobiety-matki-Polki, która drżała o życie męża i syna walczących w podziemiu i w oddziale leśnym, a po wojnie oni i ona z pozostałymi dziećmi musieli się ukrywać przed bezpieką, zmieniać mieszkania, unikać ludzi w obawie przed konfidentami, których było więcej niż za poprzedniej okupacji. Tych rodaków-renegatów służących nowej władzy Jadwiga Lazarowicz nazywa po prostu „niby Polakami”. I dziś podobnych pełno w III Rzplitej…

Autorka ubolewa także, że nowi władcy likwidują sklepy prywatne, bo „burżujskie” a przed  spółdzielczymi, czyli państwowymi, ogonki okropne, po cukier, masło i mięso. „Każdy człowiek myśli o żołądku i dostaje kołowacizny”. A jeszcze gorzej w szkolnictwie: „Uczą historii sfałszowanej. Biologia i przyroda demoralizują dzieci. ZMP, organizacja młodzieżowa, wyrywa dzieci spod kontroli i odrywa od praktyk religijnych”.

W uwagach o szkolnictwie zmieńmy trzy litery „ZMP” na „państwo”, a z przerażeniem stwierdzimy, że dziś jest podobnie. Znów się więc okazuje, że trawią dzisiejszą Polskę, zewnętrznie wolną, wykreowaną wskutek porozumienia „okrągłego stołu”, nieprzezwyciężone miazmaty tamtej, utworzonej z woli Stalina i podtrzymywanej do końca prezydentury Wojciecha Jaruzelskiego przez jego mandatariuszy. Nic przeto dziwnego, że dzisiejsza szkoła przypomina tamtą, przecież ideowi spadkobiercy rosyjskich najemników nie dopuścili do dekomunizacji. Musimy się więc nadal się męczyć – ile jeszcze pokoleń? Może jeszcze długo, wszak Zachód się zbolszewizował, jak ironicznie proroczo powiada Witkacy w powieści „Jedyne wyjście” z 1938 r. Owe swe dzisiejsze „zbolszewizowanie” Zachód nazywa dla dezorientacji siebie i nas „poprawnością polityczną”…

Aż się prosi, żeby teraz zaapelować do wnuka o napisanie trzeciej części sagi – o doznaniach jego i rodziny w latach „dojrzałej” Polski ludowej, kiedy z ojcem Zbigniewem-„Bratkiem” działał w opozycji. Powstałby tryptyk Lazarowiczów o Lazarowiczach…. 

Zresztą Romuald Lazarowicz opublikował zbiór nowel i opowiadań pt. „Plastikowy delfin”, który jest humorystyczną, metaforyczną diatrybą naszych, polskich i europejskich, czasów najwspółcześniejszych, więc czekamy na książkę, na przykład, o skrzywionym w PRL życiu i o utraconych nadziejach Lazarowiczów w III Rzeczypospolitej. Może dowiemy się, czy już nie ma już wśród nas owych „niby Polaków”, o jakich pisze jego babcia „W straconym domu”.

Jacek Wegner

Udostępnij
Tagi:
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl