Zawstydziłem się Polską.
Oto zamknęliśmy drzwi naszej ojczyzny przed uchodźcami. Głównie z jednego powodu - pieniędzy. Rządzący są tak chciwi, że wizja zarobku i perspektywa wydatku przysłaniają im wszelkie uczucia wyższe, a rządzone społeczeństwo naśladuje ich skąpstwo z dokładnością godną największej pogardy. Jaki rząd, takie społeczeństwo. Chociaż podobno powstała jakaś anemiczna fundacja, która z trudem zbiera środki.
Rezultat tej chytrości jest taki, że od wielu lat przyjmujemy niezwykle mało wszelkich nieszczęśników, którzy muszą uciekać z własnych ojczyzn. Jak podaje dziennik „Rzeczpospolita” (21 lipca) przyznaliśmy azyl chroniącym się u nas cudzoziemcom, proporcjonalnie do liczby ludności, 25 razy mniej niż Niemcy i 180 mniej aniżeli Szwecja.
To właściwie takie sprzeniewierzenie się tradycji, jakbyśmy przestawali być Polakami. Nasze państwo nazywa się Rzecząpospolitą, gdyż jest parlamentarne, ale dawniej o takim samym imieniu miało ustrój o wiele bardziej skomplikowany (historycy określają go mieszanym, ponieważ był i dwuizbowy parlament, i król dożywotni, przynajmniej praktycznie). Wszelako z jeszcze jednego powodu była to od końca XV w. Rzeczpospolita. Zamieszkiwało ją bowiem wiele społeczności o różnych kulturach i korzeniach etnicznych.
Szukali w niej opieki prześladowani za wyznanie i pochodzenie. Żydzi osiedlali się masowo już od średniowiecza, żyli w diasporach, mieli własną administrację, sądownictwo, utrzymywali się na swój sposób. A jeśli jakiś starozakonny poskarżył się na wielmożę, że go skrzywdził, to interweniował przedstawiciel władzy królewskiej i rozsądzał. Izraelici mieli tedy prawa społeczne, których byli pozbawieni chłopi z dóbr prywatnych. A nikt Żydom nie zarzucał, że nie chcą się integrować ze społecznościami zamieszkującymi ziemie Rzeczypospolitej.
Przyjeżdżali też do nas Ormianie, Włosi, Szkoci, Irlandczycy, Francuzi, Karaimi, Niemcy z rzeszy księstw niemieckich; Niemcy mieszkający w lennych Prusach, Kurlandii i Inflantach byli obywatelami naszego kraju.
Do niezwykłych osiedleńców należeli Tatarzy. Stąd dzisiaj Polska ma mniejszość muzułmańską. Ale jakżeż odmienna jest jej geneza od rosyjskiej czy zachodniej. Pierwsza przymusowa, albowiem ziemie tatarskie były podobijane przez Rosję i włączane do carstwa, mieszkańcy zaś chcąc czy nie chcąc stawali się Rosjanami. Natomiast muzułmanie z dzisiejszego Zachodu to skutek konkwisty, przenosili się do krajów kolonizujących, ponieważ wyższa tam była stopa życiowa. Tatarzy przeprowadzali się zaś do Rzeczypospolitej nie dlatego, że podbijała ich tereny, niczegośmy im nie odbierali, a przeciwnie - broniliśmy się przed ich (zawsze okrutną) ekspansją. Dlaczego więc osiedlali się u nas? Może łaknęli typowo ludzkiej wolności, której nie mieli w swej ojczyźnie. Raz tylko pewna ich część zdradziła Rzeczpospolitą (literacko opisał tę zdradę, sam pochodzący z Tatarów polskich, Henryk Sienkiewicz w „Panu Wołodyjowskim”). A tak to byli i są wierni Polsce. Mają własne świątynie, kulturę, władze religijne. Przed wojną tworzyli swój pułk, bohatersko walczący z Niemcami w 1939 r.
A teraz Polska nie chce otworzyć swych podwojów dla chrześcijan z Syrii i Erytrei. Są tam metodycznie mordowani przez oszalałych islamistów. Unia Europejska zmusza nas (co za upokorzenie!), żebyśmy przyjęli nieszczęśników. A my się wzbraniamy i sprzeciwiamy. Jednym z najbardziej groteskowych (przytaczam z publikacji „Rzeczpospolitej”) tłumaczeń protestu jest fakt, że Polska nie ma mniejszości… syryjskiej. Jakiś Polak wyjaśniał zaś, że Polska nie przywykła… do powszechnego widoku ludzi o czarnej skórze W końcu w UE postanowiono, żebyśmy w najbliższych dwóch latach dali schronienie… dwu tysiącom chrześcijańskim uciekinierom z Syrii i Erytrei. To tak, jakby prześladowanym wyznawcom naszej religii dać dziesięciogroszową jałmużnę.
Są oczywiście poważniejsze (na pozór) motywy niechęci ze strony rządu: że najpierw musimy sprowadzić Polaków ze wschodu, a także liczyć się ze spodziewaną wkrótce masową imigracją Ukraińców. Nie dość, że wskutek cynizmu i nieudolności rządzących Polska p u s to s z e j e, gdyż umierają codziennie, obciążając sumienia (jeżeli je mają) rządzących, obywatele niemogący doczekać się pomocy lekarskiej, a młodzi opuszczają, jak podczas zaborów, „za chlebem” niedogodną dla nich ojczyznę (wyjechało już ok. 2 mln) - to jeszcze nie chcemy przyjmować biednych, prześladowanych. A główną i prawdziwą przyczyną niechęci są rzez jasna, jak skonstatowałem, pieniądze. Bo to że mogą wśród imigrantów być terroryści, to bujda na resorach. Mogą, lecz od czego nasze niby sprawne służby specjalne? Tylko od tropienia, kto, kiedy kogo podsłuchiwał? Niech Polska, skoro ma taki mądry rząd, że puszy się sukcesami i butnie postponuje największą partię opozycyjną, skutecznie poprosi o pomoc CIA i FBI.
Trzeba przypomnieć piękne czasy naszej ojczyzny i zawstydzić się, że dzisiaj owo piękno plugawimy. Oto zapalczywi, ale jeszcze wtedy roztropni nasi przodkowie ogłosili 28 stycznia 1573 r., w ostatnim dniu sejmu konwokacyjnego, postanowienia, które przeszły do historii – ś w i a t a! - pod nazwą uchwały (konstytucji) Konfederacji Warszawskiej. Głosi ona: „A iż w Rzeczy Pospolitej naszej niezgoda niemała w sprawie religii chrześcijańskiej (...) obiecujemy to sobie spolnie (...) pokój między sobą zachować, a dla rożnej wiary i odmiany w kościele krwi nie przelewać (...) ani urzędowi do takowego progressu żadnym sposobem nie pomagać” – czyli, mówiąc językiem współczesnym, swarów religijnych nie wszczynać i żadnej instytucji, która by chciała jątrzyć, nie pomagać. Według Wacława Sobieskiego, historyka z pierwszej połowy XX w., te postanowienia były nowością w ówczesnej Europie; różnią się od innych pokojów religijnych tym, że obejmują wszystkie wyznania: „Konfederacja Warszawska darzyła swobodą wyznania i chłopa oraz otwierała drogę do Polski najskrajniejszym sektom czy religiom (np. islamowi), które nigdzie w Europie chrześcijańskiej publicznie wyznawane być nie mogły”.
Wtedy religia była utożsamiana z przynależnością do wspólnot etnicznych, państwowych i innych. Ustawa o tolerancji religijnej gwarantowała przeto jednocześnie wolność obywatelską wszystkim, którzy chcieli żyć w Rzeczypospolitej. Zresztą już żyli. Na przykład biskup Marcin Kromer (1512-1589); jego dziad przyjechał z Niemiec do Polski. Wnuk pisał uczone rozprawy po łacinie, a po polsku wcale powabne literacko dzieje Polski i przewodniki (dziś mówimy: turystyczne) po naszym kraju. W roku 1580 sejm przekazał mu w imieniu „wszystkich stanów" podziękowania za jego pisarstwo. Takiego zaszczytu nie dostąpił nawet Kochanowski…
Do rozbiorów wielu było zasłużonych polityków, żołnierzy i duchownych pochodzenia obcego, A prawdziwe apogeum polonizowania się cudzoziemców nastąpiło podczas Sejmu Czteroletniego i trwało do końca XIX w. – od Bohomolca, Lelewela, Klaczki (Jehuda Lejb), przez Brücknera, Estreichera, Tetmajera. Ile zawdzięcza im nasza kultura i nauka, nie sposób tu opisać.
Konieczne jest otworzenie Rzeczypospolitej, która bez wojny demograficznie się zmniejsza i duchowo karleje. Dopływ świeżej krwi zawsze wzmaga dynamikę cywilizacji. Do cna zapomniany, bo mądry, Teodor Parnicki opisuje w swych książkach znaczenie mieszania kultur i nacji w rozwoju wspólnot narodowych i państwowych.
W każdym razie nie ma zgody na zamykanie Polski przed imigrantami i repatriantami! Środki muszą się znaleźć! Niech opodatkują się posłowie!. Niech rząd rozporządzi, żeby od każdego comiesięcznego podatku potrącać 1 zł na specjalny fundusz dla imigrantów i repatriantów. Pracuje i płaci podatki ok. 15 mln Polaków. Żaden by nie zbiedniał, straciwszy z pensji jednego złotego, tylko rząd by nie zrobił... A suma zbierałaby się niebagatelna. Moglibyśmy dzięki niej, nieprzymuszani przez nikogo, zapraszać jeszcze innych prześladowanych.
Zdumiewa, że w tej sytuacji milczy Kościół. Przecież chodzi o naszych braci w wierze. Niechby episkopat nakazał każdemu duchownemu (oprócz zakonów żebraczych) co miesiąc wpłacać na przykład 10 zł, tyle, ile przeciętnie zarabiający katolik co tydzień daje na tacę podczas niedzielnej mszy św. Kapłani też nie odczuliby dolegliwie straty takiej żebraczej kwoty, a mieliby swój wkład w chronieniu u nas chrześcijan gdzie indziej dyskryminowanych. I przede wszystkim zaświeciliby wobec wiernych przykładem.
Obowiązek wsparcia imigrantów mordowanych i prześladowanych we własnych krajach jest świętą powinnością całej chrześcijańskiej Europy, a najświętszą naszą. I dla nas nadto wielce pożyteczną: ratującą przed zapaścią demograficzną. Przy takich łatwych możliwościach asymilowania obcych, jakie ma nasz naród, to z pewnością już drugie-trzecie pokolenia dzisiejszych przybyszów stawałyby się szczerymi Polakami.
Zagłoba w „Potopie” namawia Ketlinga, żeby został na stałe, miodu by mu nie zabrakło, a „w Rzeczypospolitej przystojnie się żyje”. Dzisiaj idąc tropem tej przenośni musielibyśmy szczerze i ze wstydem powiedzieć nieszczęsnym imigrantom a także repatriantom, oczekującym powrotu do ojczyzny: Rzeczpospolita A.D. 2015 jest zamknięta dla wszystkich ludzi spoza jej granic i nie żyje się w niej przystojnie.
Jacek Wegner
