W poniedziałek ukazało się kolejne nagranie „made in Sowa i Przyjaciele”. Tym razem w tygodniku „Do Rzeczy”, ale standardy dziennikarstwa śledczego wykute we „Wprost” utrzymano. Opisano, jak przy wódce pewien znany polityk lewicy opowiedział pewnemu byłemu prezydentowi co miał mu nieoficjalnie powiedzieć były szef pewnej specsłużby. Oczywiście dziennikarze „Do Rzeczy” nie sprawdzili ani czy generał naprawdę to powiedział, ani czy w tym co rzekomo powiedział jest chociaż krztyna prawdy.
Jednak numer chyba świetnie się sprzedał, tzn. nie znamy jeszcze oficjalnych danych, ale już we wtorek rano nie mogłem nabyć „Do Rzeczy” w żadnym z pobliskich kiosków. Podobnie było gdy teksty o nagraniach ukazały się we „Wprost”. Ciekawe czy podobne będą też skutki? Niedawno wydawca „Wprost” wyznał, że w następstwie publikacji „tekstów podsłuchowych” pismo straciło kontrakty reklamowe na sumę 15 mln zł. No cóż, jest takie przysłowie: jeszcze nikt niczego się nie nauczył na cudzych błędach, ale jak widać niektórzy nie uczą się i na własnych. „Do Rzeczy” i „Wprost” to… ten sam wydawca.
O ile niektórych trzeba ukradkiem nagrać to innych nie. Na przykład taka pani premier sama przychodzi do mediów i snuje opowieści dziwnej treści. Tym razem przyszła do TVP Info gdzie postanowiła zareklamować warzywa z Biedronki i to w sposób, który chyba można podciągnąć pod tak popularną dziś reklamę natywną. Najzabawniejsze było jednak to, że prowadzący rozmowę red. Kraśko dwukrotnie próbował uświadomić szefowej rządu, że reklamuje jedną z sieci handlowych, a ta jakby nigdy nic brnęła dalej. Biorąc pod uwagę, że pół roku temu premier dała się wykorzystać w „Vivie” do reklamy garsonek, można wyciągnąć wniosek, iż media przeprowadzające z Ewą Kopacz wywiady powinny z góry zaopatrywać je w ostrzeżenia: „Materiał może zawierać lokowanie produktu”.
Wydarzeniem, które SDP może, a nawet powinno szczególnie zainteresować są zapowiedzi reformy mediów publicznych i nie tylko ogłoszone na konwencji PiS. Na pierwszy rzut oka są one w wielu punktach zbliżone do naszych postulatów uchwalonych na ostatnim zjeździe programowym w Kazimierzu. Niestety nie znamy szczegółów ale na podstawie wieloletniego doświadczenia wynikających z obserwacji życia intelektualnego polskich partii politycznych śmiem twierdzić, że takie szczegółowe plany nie istnieją.
Poza tym pozostaje jeszcze problem wiarygodności. Tu również niestety i również na podstawie wieloletnich doświadczeń wynikających z obserwacji zachowań polskich partii politycznych mam – delikatnie mówiąc - poważne wątpliwości, czy w Polsce istnieje siła polityczna, która jest w stanie po dojściu do władzy powstrzymać się od skoku na publiczne media. O wiarygodności PO od lat opowiadającej banialuki o przygotowywanej ustawie zapewniającej mediom publicznym przyzwoite finansowanie nie chce mi się nawet pisać. Zwracam więc jedynie uwagę zainteresowanych, że ramowy program reformy mediów według PiS przedstawiła Barbara Bubula członek zmienionej w iście rewolucyjnym tempie KRRiT na przełomie 2005/2006. Ta oczyszczająca moralnie rewolucja okazała się w praktyce również tylko skokiem na publiczną własność.
Tak a propos publicznych mediów. Właśnie podjęto decyzję, że w programie TVP pozostają zarówno program Lisa jak i Pospieszalskiego. Wygląda na to, że nie potrafiąca sobie poradzić z problemem obiektywności telewizja publiczna postanowiła zaoferować nam wizję emitowania różnych skrajnie nieobiektywnych programów pozostawiając problem wyłowienia z tego jakieś rozsądnej wizji świata samym telewidzom. Ot taka zabawa edukacyjna przybliżająca widzom znane z logiki dwuwartościowej pytanie: czy z nieprawdy i nieprawdy może wynikać prawda.
Skoro już jesteśmy przy stronniczości to czy pamiętacie jeszcze Państwo jak dziennikarz radiowej Jedynki w wywiadzie w prezydentem Komorowskim zapytał: „Dlaczego musimy tyle czekać? (na hasło wyborcze prezydenta – red.). My, czyli ci, którzy popierają pana osobę?” Władze Polskiego Radia uznały to za niewinny „lapsus językowy”. Śmichom chichom nie było końca. I słusznie. Właśnie przeczytałem na wpolityce.pl wywiad z Jarosławem Sellinem na temat planowanych przez PiS zmian w mediach. Dziennikarz najpierw pyta: „W przypadku tak ogromnej instytucji ja Telewizja Polska trudno sobie wyobrazić, że ją zamykamy, a obok powstaje nowa…”, by w chwile później kontynuować: „A jak pan widzi w związku z tym przyszłość takich instytucji jak KRRiT czy UOKIK? Wymieniamy członków na solidnych, czy budujemy całe instytucje?”. Jak dla mnie to trochę za dużo tych „my”, ale może się czepiam, bo to tylko taki „lapsus językowy”.
