Od zakończenia wyborów prezydenckich często z zażenowaniem oglądam „Wiadomości” telewizyjne. Pierwszego lipca pokazywały urzędującego prezydenta, który nie umiał, jak czynią to rafinowani dyplomaci, ukryć napięcia nerwowego wywołanego przegraną elekcją. Rozdrażniony mówił, że stał się „ofiarą <czarnego piaru>, demolowania wizerunku i niszczenia godności”.

        Pomińmy „czarny piar”, i owo „demolowanie wizerunku”, a zwrócimy uwagę na „niszczenie godności”. Te słowa niepokoją, ponieważ mogą świadczyć o powstawaniu w podświadomości Komorowskiego jakichś skłonności paranoicznych. Jeżeli bowiem polityk w wolnych wyborach, kiedy konkurent, konkurenci, ani razu nie uchybili dobrym (nawet wśród polityków) manierom, czuje się po przegranej znieważony, to by znaczyło, że rzeczywiście rozwija się w jego psychice choroba. Doradcy polityczni, przyjaciele, rodzina, wszyscy wyborcy, powinni mu pomóc, póki jeszcze patologiczne doznania nie zawładną jego jestestwem.

        A może nie są to objawy choroby wywołanej goryczą porażki, natomiast wyrzuty sumienia? Na wieść o próbie zabicia Lecha Kaczyńskiego w Gruzji marszałek Sejmu, Bronisław Komorowski, publicznie - z trybuny sejmowej – oświadczył, że to nie było prawdziwe usiłowanie zamordowania Lecha Kaczyńskiego, ponieważ strzelano doń z tak bliskiej odległości, że nie sposób było nie trafić. Więc: „jaki prezydent, taki zamach” – orzekł marszałek z wysokości swego największego po prezydenckim urzędzie. Tę opinię słyszała cała świadoma siebie Polska. Jednak chyba nieświadoma, skoro po tragicznej śmierci Lecha Kaczyńskiego wybrała na prezydenta tego, który go – jako marszałek Sejmu, a nie zwykły sobie Bronisław Komorowski - znieważył, „zdemolował jego wizerunek” i „zniszczył jego godność”. Owo poniżenie słyszał cały cywilizowany świat; być może niektórzy przychylni Polsce politycy dziwili się, że przedstawiciele władz naszego państwa tak brutalnie lekceważą swych najwyższych reprezentantów. Może niejeden powiedział sobie w duchu: dla Polaków nie ma świętości. I kto wie, czy gdzieś nie postanowiono w takim razie usunąć z areny politycznej obrażanego we własnym kraju prezydenta Lecha Kaczyńskiego... I być może właśnie dlatego, po porażce, której się Komorowski w zadufaniu nie spodziewał, podświadomie przyjmuje postawę skrzywdzonego. Byłoby to znane w psychoanalizie zjawisko fałszywej kompensacji nieświadomego wstydu.

        Oczywiście są to supozycje może tu niestosowne. W każdym razie owo nie do przyjęcia w narodach kulturalnych spostponowanie głowy państwa określeniem „jaki prezydent, taki zamach” obarcza sumienie Komorowskiego, ponieważ przez wypowiedzenie w Sejmie tych słów staje się on moralnie odpowiedzialny za tragedię w Smoleńsku – moralnie: przed Bogiem, Narodem i Historią.

Ba – Bronisław Komorowski tak się zmienił po klęsce, że nawet atakuje tam, gdzie nikt by się nie spodziewał. Otóż do jego projektu pytań referendalnych Prawo i Sprawiedliwość zamierza dopisać jeszcze kilka problemów arcyważnych w naszym życiu społecznym i gospodarczym, a wcześniej całkowicie, powiedziałbym nawet, ostentacyjnie (albo po prostu arogancko) zlekceważonych przez Platformą „Obywatelską”. Ale temu zamierzeniu partii od zarania wrogiej Platformie Komorowski przeciwstawił się gniewnie i nie bez złośliwości trywialnym określeniem, że dopisywać to można się do wycieczki… Wypowiedź ta świadczy o czymś na dłuższą metę złowrogim - psuciu obyczajowości, zatracaniu nawyków kurtuazji, zanikaniu kultury osobistej Polaków. Potem oburzamy się na chamskie zachowania w miejscach publicznych starych i młodych Polaków. Trawestując Komorowskiego - jaka władza, taka kultura. Nieładną pamięć po swej prezydenturze pozostawi więc Bronisław Komorowski: Lecz on o to chyba nie dba, liczą się dlań, jak i dla całej jego formacji politycznej jedynie doraźne splendory i beneficja.

A jeśli po jesiennych wyborach zmieni się rząd, to jak odejdą ci, co go tworzą? Beata Szydło 4 lipca kolejny już raz w „Wiadomościach” TVP ujawniła zamiary ewentualnie nowego gabinetu naprawienia spustoszeń finansowych w życiu społecznym przez m. in. opodatkowanie banków, dużych centrów handlowych, zwolnionych prawem kaduka, a raczej zmowy korupcyjno-mafinej, z obowiązków podatkowych. Według wstępnych  wyliczeń wpływy budżetowe byłyby nawet większe od wydatków przeznaczonych na cele społeczne: niższej kwoty wolnej od opodatkowania, w ogóle zmiany ustawy podatkowej na naszą korzyść i wycofania tej o podwyższeniu wieku emerytalnego etc. etc. Na to premier Ewa Kopacz pogardliwie i nie bez irytacji orzekła, że „są to obietnice bez pokrycia”. Bez pokrycia! Wskazanie źródeł dochodów mających być bodźcem możliwością podniesienia stopy życiowej ogółu Polaków! To co by trzeba w dyskusjach z rządem  s ko n k r e t y z o w a ć, żeby zauważył, że nie są to czcze deklaracje? Groźba, przegranej, opuszczenia krzeseł sejmowych i foteli rządowych odbiera Ewie Kopacz rozsądek i … kulturę.

        Tymczasem nie wiemy, co nas czeka za prezydentury Andrzeja Dudy, ale ponad wszelką wątpliwość nie będzie poniżania przeciwników politycznych. Od dawna już się bowiem przekonujemy, że politycy związani z PiS i sympatycy tej partii mówią innym językiem niż ci z Platformy „Obywatelskiej”. Bo obie partie różnią się tak jak wierność od zaprzaństwa, szlachetność od cynizmu, udolność od indolencji, kultura od jej zaprzeczenia.

Jacek Wegner

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl