Pierwsze zdania pierwszego akapitu komentarza Moniki Małkowskiej „Operacja <Śmieć>” (PlusMinus 20-21 czerwca) napełniły mnie radością, że moje radykalnie antyrządowe poglądy są słuszne, skoro głosi je również ceniona publicystka. Napisała bowiem, że „nic tak nam się nie udało po transformacji jak uzerowanie. A nawet – doprowadzenie do stanu świadomości mniej niż zero. Zafundowano nam poczucie zagrożenia, niższości, nieudacznictwa. Świadomość bycia śmieciem, nawet jeśli nie pracuje się na umowie śmieciowej…”.

Nie są to oczywiście frazy treściowo klarowne, ale przejdźmy nad tym do porządku, ponieważ dalsze wywody są już o wiele jaśniejsze, ba - arcydobitnie uprzytomniają krytyczny stosunek autorki do kształtu państwowego współczesnej Polski. Tak trzeźwo i odważnie jak Małkowska widzieć i opisywać naszą rzeczywistość państwowo-polityczną umieją jedynie wybitni spośród piszących.

        Nadto autorka puentuje wywody silnym akordem, powiedziałbym, najbliższym memu sercu i umysłowi: „Negowanie wszelkich tradycyjnych wartości prowadzi do anarchii”. Tak! Po stokroć - nihilizacja tożsamości konkretnych narodów, społeczeństw i w ogóle świadomych siebie zespołów ludzkich zaczyna się od tego i kończy tym właśnie: zerwaniem z tradycją. W efekcie powstają barbarie. Barbarzyńcami stają się najpierw ci, co tradycję dezawuują, później ci, którzy są od nich w jakikolwiek sposób uzależnieni; im zależność silniejsza, tym powszechniejsza i trwalsza barbaria. Mądrze pisze publicystka, że owo negowanie tradycji u nas „doprowadziło do kryzysu zaufania do… Właściwie do każdego”. Jeśli wolno, dopowiedziałbym: niczym w cywilizacji azjatyckiej, jak w Rosji carskiej, później sowieckiej i teraz putinowskiej, gdzie nikt nikomu w niczym nie ufa.

        I tu dochodzę do sedna. Otóż na tę trafną diagnozę pada cień, z lekka wikłający jej wnikliwość i prawdziwość. Małkowska w moim odczytaniu gubi się w tłumaczeniu bodźców chorobotwórczych. Twierdzi, że dzisiejsza władza „jest bardziej zdemoralizowana niż ta komunistyczna”, żeśmy zatracili „zdumiewającą siłę, którą Polacy umieli zachować przez 45 lat minionego systemu”. Czyżby? Polacy? Wszyscy, czy jedynie część? Przecież elita świecka PRL w ogromnej większości oportunizowała się aż do utraty godności. To nie ona wychodziła na ulice, stawała bezbronna naprzeciw uzbrojonej w pistolety i pały milicji oraz sił bezpieczeństwa (a niekiedy także – na początku i pod koniec władzy ludowej – wojska zwanego polskim). A kto ma decydujący wpływ na kształt każdej organizacji państwowo-politycznej? Lud czy elita? Lud walczy, a elity dyskontują zwycięstwa; jeśli nie są zdeprawowane - na korzyść wszystkich obywateli, jeżeli niemoralne, jak w PRL i dzisiaj, jedynie dla siebie. Dlatego Piłsudski do trzech pryncypialnych wartości politycznych zaliczał godność jednostkową, zbiorową, narodową, państwową. Po jego śmierci, okazało się, że jego edukacja była zbyt krótka, ażeby mogłaby być powszechnie skuteczna. Ale i tak II Rzeczypospolita wychowała niemało moralnych olbrzymów. Wszelako wielka część z nich zginęła w obronie godności, część została wymordowana, część pozostała na obczyźnie. Wśród niektórych ocalałych z pożogi rozpoczęła się w kraju po 1944 r. rywalizacja o apanaże, które PPR/PZPR szczodrze dawała swym serwilistom. I – wyłącznie! – działalność owych usłużnych jest winna temu, co się dzieje, a co Małkowska z odwagą i mądrze demaskuje, nie ukazując jednak przyczyn.

        Od stycznia 1942 r. działała w podziemiu Polska Partia Robotnicza przywieziona samolotem z Moskwy. Miała spełniać dwa cele: konspiracyjnie walczyć z Niemcami i wskazywać Niemcom żołnierzy oraz działaczy niepodległościowych. Drugi osiągała dość skutecznie, pierwszy był iluzją. Aczkolwiek gdy zbliżał się front i było widomo, że Niemcy przegrają, pepeerowcy zaczęli proponować polskim władzom krajowym podzielenie się rządami w przyszłej Polsce. Armia Krajowa i Delegatura Rządu na Kraj odrzucała takie sugestie jako absurdalne - sprzeczne z polską racją stanu.

I niespodziewanie po 45 latach elita będąca w większości beneficjentką reżymu (nieważne: koniunkturalnie czy szczerze), ostatecznie podzieliła się władzą z zagrożonymi przez „Solidarność” pezetpeerowcami. W tym „podziale władzy” kontrahenci zgarnęli wszystko co najlepsze, oczywiście pod innym szyldem i w odmiennych formach ustrojowych.

A społeczność cieszyła się wolnością. Ja również nią się zachłystywałem. Małkowska pisze, że nasza wolność jest „nie dla wszystkich”. Naturalnie! Jak w sowietyzmie, w ustrojach oligarchiczno-mafijnych strzeżonych propagandą zdegenerowanej elity. Zwycięzcy „okrągłostołowi” nawet gdyby chcieli służyć społeczeństwu, to i tak by nie umieli, ponieważ czterdziestopięcioletni serwilizm zniszczył do cna ich kulturę obywatelską (i wszelką inną).

Swój antysystem wartości przekazali dzieciom i przekazują wnukom. Tak, już trzecie pokolenie służalczej elity postpezetpeerowskiej jest dopuszczane do konfitur. Tymczasem w niektórych kręgach potomków ocalałej z rzezi duchowej nielicznej inteligencji objawia się na szczęście nowy duch, nowa siła. Czy zdoła zepchnąć do śmietnika historii establishment o rodowodzie peerelowskim?

Niedawno ukazała się ciekawa książka. „Wygaszanie Polski”, złożona z esejów publicystów niezależnych od wszelkiej władzy. Po uważnej lekturze prawie wszystkich wypowiedzi ciśnie się pod pióro (klawiaturę) myśl, że dzisiejsze „wygaszanie” Polski jest jakby zemstą zza grobu pepeerowców, których oferty o „podziale władzy” zdecydowanie odrzucały środowiska niepodległościowe. Co za chichot księcia ciemności – po niecałym półwieczu przyjęli je ich potomkowie…

         To nieprawda, co pisze publicystka, że dzisiejsza władza jest „bardziej zdemoralizowana niż ta komunistyczna”. Zresztą zależy, jak autorka pojmuje demoralizację. Jeśli odnieść tę ocenę do najzwyklej rozumianych przyzwoitości, prawdomówności, odpowiedzialności za czyny – to jest taka sama: ani bardziej, ani mniej zepsuta. Natomiast jest mniej (na razie?) okrutna, nie wysyła (na razie) czołgów ni hord pijanych policjantów z bronią i pałami do tłumienia pokojowych manifestacji głodnych, zawiedzionych, pozbawionych perspektyw życiowych grup społecznych. Nie czyni tak nie dlatego że jest dobra, a z wyrachowania – ze względu na Unię Europejską która (na razie?) nie tolerowałaby takich ekscesów. A przynależność do niej dają naszej władzy nie tylko apanaże, ale nade wszystko legitymację rządzenia i możliwości kłamliwych motywacji swych szalbierstw.

Można łatwo sobie wyobrazić, odwołując się do doświadczeń niedawno minionych lat, co by Platforma „Obywatelska” wyczyniała, gdybyśmy nie byli w Unii. Jeden z PO tam się nawet schronił.

Tak więc to nie liberalizm czy neoliberalizm, nawet nie zwyrodniały kapitalizm podszyty socjalizmem są bodźcem choroby współczesnej Polski. Jej ułomności, które boleśnie odczuwa znakomita większość narodu, to wciąż to samo – nieodsunięcie do niebytu politycznego ludzi i ich potomstwa, którzy tak czy inaczej służyli Polsce pojałtańskiej, zaniechanie tego, co „pierwszy niekomunistyczny premier” kazał zasłonić grubą kreską – dawny i dziedziczony serwilizm elit. Pastor Joachim Gauck, dzisiejszy prezydent Niemiec przepowiadał, że nieprzeprowadzenie w Polsce dekomunizacji będzie miało fatalne skutki.

Właśnie Monika Małkowska dosadnie pisze o owych rezultatach, gmatwając nieco prawdę o przyczynach.

Jacek Wegner

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl