Czy publicyści niezależni od wszelkich partii i koterii zbyt optymistycznie nie przewidują upadku Platformy „Obywatelskiej”. Marcin Wolski w felietonach drukowanych na drugiej stronie tygodnika „Gazeta Polska” wręcz upaja się wizją Polski wyzwolonej z okowów tej partii.

         Prawdę mówiąc, zazdroszczę mu i podobnie doń mniemającym kolegom. Owszem, „za kryzys, który trapi dziś Platformę Obywatelską, to nie Ewa Kopacz powinna ponieść odpowiedzialność. Na niemal wszystkie kłopoty PO ciężko zapracował poprzedni szef partii. I to do niego z pretensjami powinni się zgłosić politycy i zwolennicy tego ugrupowania” (Piotr Semka, „Rzeczpospolita” 15 bm.) I zgłoszą się - nie tylko ci, także obywatele różnych zawodów i o różnych poglądach politycznych. Zażądają rozliczeń ze zła. Obojętne, czy winowajca wróci do kraju - wtedy przed Trybunałem Staniu, czy schroni się za granicą – wówczas przed historią, która nazwie go największym destruktorem drugiego dziesięciolecia III RP i zarazem najbardziej indolentnym politykiem UE. („Kiedyś wszyscy narzekali na Hermanna Van Rompuya, ale przy Tusku wydaje się on politycznym herosem” – napisał Krzysztof Szczerski w „Rzeczpospolitej” 15 bm.).

Żadna partia od 1981 r. nie skompromitowała się i nie narobiła tyle szkód (abstrahując naturalnie od agendy sowieckiej PPR/PZPR), tak jak Platforma. Endecja i KPP w okresie w II Rzeczypospolitej też były destruktywne. Ale nie zdołały poczynić zniszczeń w substancji materialnej; endecja pomniejszała nasze dusze i tak już skarlałe dziedzictwem przodków z wieku XVIII oraz zaborami. Piłsudski przed 1918 r. wciąż powtarzał, że jeśli naród nie odzyska wolności, to zidiocieje.

Osobliwe - coś podobnego dzieje się dzisiaj, chociaż niby mamy wolność- zawłaszczoną i sterowaną przez dawnych pezetpeerowców i ich liczne potomstwo: dzieci oraz (już) wnuków. Dlatego Platforma, dziedzicząca sukcesję beneficjentów PRL z UW/UD, nadal tumaniących umysły, ma tylu zwolenników. Kto to widział, żeby przez osiem lat na oczach całej Europy (może tym zachwyconej?) Platforma pustoszyła kraj średniej wielkości o wspaniałej (ignorowanej przez megalomański Zachód) tradycji politycznej i wciąż w wyborach zdobywała większość. Najnowsze sondaże też nie wykazują drastycznych obniżeń; różnica między nią a PiS jest niepokojąco znikoma. Stąd moja obawa, że marzenia Wolskiego et consortes o umieszczeniu Platformy w lamusie establishmentu mogą okazać się płonne.

         Platformersi po zwycięstwie Andrzeja Dudy zachowują się niczym człowiek przyparty do muru, niewiedzący, dokąd uciekać. Różni więc ich miłośnicy usiłują pocieszać się, społeczeństwo i samą PO. Na przykład Jerzy Surdykowski, zastępca prezesa SDP, Stefana Bratkowskiego, z czasów Podziemia, naigrawa się z klimatu wyborów, jakbyśmy obierali prezydenta USA czy Francji. I powtarza innymi słowami tę ironiczną opinię „Kandydaci zachowywali się w przedwyborczej kampanii, jakby aspirowali do tronu królewskiego albo przynajmniej do pozycji szefa rządu”. (…) wolimy się spierać o drugoligowych polityków wydźwigniętych przez swojego prezesa czy przewodniczącego, od których oczekiwać należy usłużności wobec protektora” („Rzeczpospolita” 28 maja). Takim to pokrętnym językiem, a przejrzystą intencją zdeprecjonowania zwycięzcy pierwszej tury przemawia były wiceprezes naszej organizacji zawodowej. Po roku 1990 Surdykowski działał w dyplomacji i może tam zgłębił tajniki trudnej sztuki takiego wypowiadania się, żeby uniemożliwiać podejmowanie dyskursu.

Oczywiście jego opinia nie odnosi się – w domyśle - do urzędującego prezydenta. Bo Bronisław Komorowski niby nie jest w „drugiej lidze” ani nie był „wydźwignięty przez swojego prezesa czy przewodniczącego”, ani nikt odeń nie oczekiwał „usłużności”, jest natomiast (a z dzisiejszej perspektywy był) „samodzielnym” politykiem (od strzeżenia żyrandola, jak złośliwie powiedział jego, było nie było, przyjaciel osławiony Tusk).

         Ale nawet ekwilibrystyka myślowa ani zawile „dyplomatyczny” język eks-wiceprezesa SDP nie mają dla PO praktycznego znaczenia. Ta partia rzeczywiście się rozpada, lecz chyba nie aż tak, iżby w październiku przegrać wybory z kretesem, to znaczy, że w Sejmie miałaby nie być choćby języczkiem u wagi.

A jednak takiej porażki boi się osławiona premier Kopacz, która najpierw zniszczyła system zdrowia i w stanie agonalnym przekazała go komu innemu doprowadzającego już do całkowitego paraliżu. Potem z  „wyboru” pań i panów posłów z PO, de facto zaś z nadania premiera Tuska, została marszałkiem Izby, wreszcie z tej samej nominacji sprawuje urząd premiera. I boi się, że go straci razem ze swym prestiżem i apanażami poselsko-premierowskimi. A – wiadomo – jak trwoga do Boga.

         Ale Bóg niewidzialny i nie da się przy Nim odgrywać spektakli. Można natomiast ukazać się u boku Jego Namiestnika ziemskiego. Ewa Kopacz, co nasza telewizja szczodrobliwa dla establishmentu nie omieszkała z właściwą sobie bezstronnością pokazać, ucałowała pierścień papieski, niezgrabnie przyklękając, a właściwie „dygając” jednym kolanem. Widać, że nie przywykła do klęczenia. Papież nic jej nie powiedział, nie uczynił żadnego gestu Czy w ogóle wiedział, co to za kobieta? Później usłużna kamera pokazała naszą premier klęczącą na obu kolanach i zamaszyście żegnającą się znakiem krzyża przed sarkofagiem św. Jana Pawła II. Owa zamaszystość też była niecodzienna, ale za to arcywyrazista, jak przystało na spektakl.

         Jego wymowa jest jasna - zdobyć sympatię katolików, którzy muszą od razu zapomnieć o poglądach antykatolickich pani poseł, marszałek i premier. Tak, zapomną – już nie pamiętają. Krótka pamięć to śmiertelna choroba naszego społeczeństwa od 1944 r. wywołana chyba permanentnym strachem. Platforma uzyska więc chyba nawet od katolików tyle głosów, że trudno będzie w Sejmie utworzyć większość koalicyjną ugrupowań o innym niż tylko arywistycznym systemie „wartości”…

I tu idę o zakład ze szlachetnymi profetami całkowitego upadku Platformy „Obywatelskiej”, iż stanie się tak, jak napisałem wyżej: - że z powodu nadmiernej liczby posłów z tej niedobitej przez wyborców partii będziemy mieli w ciągu całej nowej kadencji nie lada kłopoty. Za dużo będzie w niej oponentów ustaw i uchwał chroniących narodową i państwową substancję materialną, planujących pokonanie biurokracji, która nas zuboża, a wzbogaca budżet do roztrwaniania, podejmujących  reformę lecznictwa, obniżających podatki, gdyż tylko niskie prowadzą do bogactwa obywateli i państwa. Wie o tym każdy myślący, niekoniecznie „wykształcony z dużych miast” - im mniejsze daniny, tym większy ruch w wolnorynkowym interesie, a więc większe wpływy do kieszeni i budżetu.

To wszystko tak oczywiste, że aż wstyd pisać. Ale nie oczywiste dla Platformy, która lekceważy mechanizmy wolnego państwa obywatelskiego, a ze strachu przed utratą władzy (wszech) uprawia ekwilibrystykę polityczną mając czelność nazywać się obywatelską. Niech będzie po wyborach jedynie Platformą do Niczego.

Jacek Wegner

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl