Pięćdziesiąty drugi jubileuszowy (a co tam! niech mają! wszak kochają jubileusze!) Festiwal Polskiej Piosenki w Opolu przeszedł już – chwała Najwyższemu! – do historii. Chciałoby się napisać „i niech tam zostanie”, ale w TVP SA panuje zadziwiająca zasada: co raz się zacznie, zostaje na zawsze. Były oczywiście pewne wyjątki, ale tu trzeba powiedzieć, że – poza ewidentnymi knotami – „spadały z ramówki” najczęściej pozycje wyjątkowo interesujące lub… niebezpieczne politycznie. Można się zatem obawiać, że podobnie będzie z festiwalem polskiej piosenki. Powinien on w ogóle zniknąć z naszego życia, bo skoro nie ma nowych polskich piosenek, to po co festiwal polskiej piosenki? A że piosenki polskiej dziś nie ma – dowiódł właśnie LII Festiwal Opolski.

Szczegółowo recenzować nie będę, ale parę myśli na papier (ekran) przeleję.

Debiuty, czyli premiery… Nie zauważyłem, ale może nieuważnie patrzyłem i słuchałem, ciesząc się z góry na koncert poświęcony Jeremiemu Przyborze. Była to niestety radość przedwczesna… Autorka scenariusza i prowadząca w jednej osobie Magda Umer pomyliła bowiem formułę wielkiego show na kilkanaście tysięcy widzów z teatrzykiem piosenki, który całe życie tworzył Przybora, do tego tworzył go dla ludzi o pewnej kulturze muzycznej i literackiej, a nie dla licznego stada machaczy do kamer pod hasłem: „I ja, i ja byłem w Opolu!”. Efekt był taki, że drętwy, jękliwy komentarz Magdy Umer chwilami nie przebijał się przez jazgot rozbawionej opolskiej publiki. Cóż… Pełne rozminięcie się intencji i oczekiwań…

Ale to sama Magda Umer „położyła” widowisko, bo nie tylko źle wybrała jego formułę, ale i skandalicznie beznadziejnie to wszystko – jako gospodyni – prowadziła. Czytanie z kartki, do tego bez wcześniejszego „oczytania się” z własnym tekstem, jękliwy, cichy głos (taki natura dała…), gubienie się w komentarzach (też własnych), wyznawczy charakter dukanych tekstów (gdyby to od Umer zależało, Jeremi Przybora byłby dawno kanonizowany!) i w ogóle cała dość niejasna formuła koncertu – wszystko to powodować mogło jęki zgrozy, rozdzierające ziewania… A przecież to były genialne teksty z genialną muzyką, to wiadomo od ponad 50 lat! Tyle, że wedle stawu grobla…

I jeszcze – wykonawcy. Doprawdy nie każdy może brać się z sukcesem za podobne perełki. A tu – brał się, kto chciał. Pani Gospodyni pozapraszała, kogo uważała. Efekt był – bo musiał być - żałosny.

Wreszcie „sieczka” koncertu galowego… Pozapraszano bardzo „po uważaniu”. Tak bardzo, że prowadzący Artur Andrus, Wielkorządca prawdziwy w świecie rozrywki między Bugiem a Odrą i Nysą, zupełny muł z wdziękiem Bronisława Komorowskiego, bez poczucia humoru (udowodnił to podczas festiwalowego wieczoru wiele, wiele razy!) uciekał się do banalnych kłamstw, jak np. to, że piosenkę „Boskie Buenos”  „z a w s z e, jak 30 lat temu, tak i dziś”, śpiewała Justyna Steczkowska. A każdy, kto interesuje się piosenką, kto kocha polską piosenkę, pamięta że to kompozycja i wykonanie grupy Manaam i Kory/Olgi Jackowskiej. Być może, że z jakichś względów postanowiono Manaam „sczyścić”, ale po co zaraz łgać jak u Orwella, że „zawsze”?… W końcu sczyszczono wielu – Budkę Suflera, Lady Pank, Lombard z Małgorzatą Ostrowską… Tak tak, Kochani Czytelnicy, wymienionych artystów i zespołów w ogóle nie zaproszono na koncert poświęcony 90-leciu Polskiego Radia! Nawet o nich nie wspomniano, jak nie wspomniano o Niemenie, o całej fali polskiego rocka lat 60-tych (Czerwono-Czarni, Niebiesko-Czarni, Polanie itd.). Honor uratowano tylko w pierwszym dniu imprezy, oddając należny hołd braciom Zielińskim i Skaldom za 50 lat nieustannej i pełnej sukcesów obecności na scenach i antenach.

Oprócz tego jedynym istotnym wydarzeniem tego festiwalu był minirecital ciągle genialnej zupełnie Alicji Majewskiej i nie mniej genialnego Włodzimierza Korcza. Tam można się było uczyć, jak śpiewać, żeby nigdy nie przestać być ulubienicą publiczności! Ba, ale „nie każdy weźmie po Bekwarku lutniej”, jak pisał Jan z Czarnolasu. A tymczasem tak wielu próbuje…

Sypały się nagrody – symboliczne: złote i diamentowe mikrofony i te pewnie nie tylko symboliczne, ale o tym było „sza”. Prezesi radia i telewizji biegali w tę i z powrotem nagradzając różnych laureatów, zachwyceni sobą jak licho, jakby ziemia już lekko nie trzęsła się im pod nogami… Jeśli już tego nie czują (a w blaskach jupiterów, w zgiełku wielkich koncertów można tego nie poczuć), to jak Bóg na niebie poczują wkrótce.

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl