Pogubiłem się, sądziłem bowiem, że im radykalniejsza polemika prasowa (dzisiaj mówimy medialna), tym lepsza. Bo – powtarzam do znudzenia – tylko w ścieraniu się sprzeczności wyrażanych wyraziście, aż do radykalizmu, rodzą się nowe idee, koncepcje, wartości. Toteż muszę albo zrewidować moje przekonania, nazywam je roboczo, warsztatowe i zrozumieć, że się mylę, albo utwierdzić się w przeświadczeniu, że mam rację, błędnie rozumuje zaś Jacek Dąbała, medioznawcza z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, z którym krótką rozmowę pt. „Telewizja publiczna musi być obiektywna”, drukuje na drugiej stronie „Rzeczypospolita” z 27 maja.

Wprawdzie Dąbała mówi głownie o telewizji, lecz odnosi przecież swe uwagi, spostrzeżenia, oceny, opinie do całego dziennikarstwa.

        Przede wszystkim nie lubię rzeczownika „obiektywizm”, bo jeśli nie występuje w dysputach filozoficznych, skąd wyszedł, to trąci nieco, szczególnie w naszym zawodzie, doktrynerstwem. Pisałem już gdzieś, że Jean Paul Startre, niesławnej pamięci, acz zarazem niepośledni filozof, pisarz i publicysta, uznał przed półwieczem, że obiektywny (w literaturze realistyczny) mógłby być tylko Bóg, gdyby istniał. To najlepszy dowód, że słowo to jest przydatne nade wszystko filozofom, zwłaszcza zajmującym się teorią poznania. Na własny więc użytek „obiektywizm” zastępuję „bezstronnością” – nie brzmi uczenie, a więc jest o wiele bezpieczniejsze.

        Ale mniejsza o kwestie leksykalne, przecież rzadko kiedy owocują ważkimi konkluzjami. Chodzi nade wszystko o ogólne opinie-postulaty Dąbały odnoszące się do naszego zawodu. Wprawdzie mowa jest o konkretnym programie telewizyjnym, ale po ostatnim pytaniu dziennikarki: „Jaka jest granica, której publicysta nie powinien przekraczać?” – medioznawca odpowiada wzruszająco dobrodusznie, że „tego nie można wyznaczyć matematycznie”. Wszelako uznaje, iż są ograniczenie („granice”): najlepsze intencje dziennikarza, jego odpowiedzialność, skromność i pokora, świadomość omylności, samokontrola. To piękne zasady, staroświeckie w najlepszym tego słowa znaczeniu, które istotnie powinny bezwzględnie nas obowiązywać. „Wtedy - wywodzi dalej medioznawca – dziennikarz nie mówi ani nie pisze czegoś, co ewidentnie odrzuca drugą stronę i w konsekwencji prowadzi do bojkotu danego programu (…)”

        To już niepokoi, gdyż odbiera polemice to, co jest jej solą, werwą, życiem, sensem. Owo mniemanie, jeżeliby miałoby być normatywne, to tworzyłoby polemikę...  oportunistyczną unikającą formułowania wyraźnych sformułowań, żeby „druga strona” ich „nie odrzucała”. Jest tu chyba pomieszanie pojęcia radykalizmu (dobitne opinie), ze sposobem artykulacji. Rozumiem, rzekłbym, szlachetne awersje naukowca z KUL do inwektyw, które w wielu mediach, zwłaszcza „Gazecie Wyborczej”, w audycjach Tomasza Lisa, publicznych, quasi-dziennikarskich enuncjacjach Niesiołowskiego etc. etc. zastępuję fakty i kontrargumenty.

Dobry publicysta-polemista wbrew przekonaniom Dąbały - i oczywiście praktykom medialnym - musi z całą jednoznacznością, nie lękając się radykalizmu, lecz bez obelżywości, uczciwie, to znaczy zgodnie z sumieniem, doświadczeniem i  k u l t u r ą  (jakie to oczywiste – było kiedyś – aż wstyd pisać…) wyrażać własne opinie nie bacząc, czy je „druga strona odrzuci”. Właśnie niech odrzuci - ripostuje, podejmie dyskurs, także bez obrażających epitetów; przejawem indywidualności polemisty i jednocześnie kultury polemicznej jest radykalizm w obronie własnych poglądów przy uszanowaniu podmiotowości (człowieczeństwa) adwersarza, adwersarzy. Może ostatnie wydarzenia polityczne w kraju i te, które będą za kilka miesięcy, przywrócą, mówię naturalnie generalizująco, mediom utraconą godność polemik. Jednakże nie z deszczu pod rynnę – od inwektyw do oportunizmu...

Wydaje mi się, że uczciwi medioznawczy, wśród nich nasz szanowny kolega Marek Palczewski, powinni już teraz przeprowadzić badania ujawniające, w których mediach obelgi najczęściej zastępują argumentację, żebyśmy wiedzieli, że one muszą być wobec nadchodzących wydarzeń szczególnie obserwowane, ażebyśmy jak najrychlej rozpoczęli demaskowanie. Bo tylko publiczne napiętnowanie jest jedynym remedium przywrócenia naszym polemikom medialnym poziomu odpowiadającej tradycji polskiej publicystki.

        Wzorem dla mnie jest, choć nie znam z doświadczenia, a jedynie z lektur i przekazów rodzicielskich dziennikarstwo II Rzeczypospolitej. Dyskusje zażarte, zacięte, radykalne de publicis w prasie (mniej w radio, a telewizji i Internetu jeszcze nie było) i w ogóle w życiu publicznym sanaci wiedli z endekami i socjalistami, oboma odłamami Polskiego Stronnictwa Ludowego, szczególnie PSL „Wyzwolenie”; PSL zaś z endecją i z PSL „Piast”; komuniści jako agenci obcego mocarstwa byli zepchnięci do podziemia i nie odgrywali w mediach ni kulturze żadnej roli; w polityce niestety tak. Kłóciły się zażarcie najlepsze umysły tamtej Polski, m. in.: Stanisław Cat Mackiewicz, Adolf Nowaczyński, Adolf Bocheński, Stanisław Stroński, Mieczysław Grydzewski, Tadeusz Boy Żeleński, Karol Irzykowski, Jerzy Giedroyć, a nawet mężowie stanu - Piłsudski, Dmowski. Polemizowali nie zważając, że „druga strona odrzuca”.

        Słyszałem kiedyś dykteryjkę, wprawdzie jej treść nie dotyczy bezpośredni prasy, ale, po pierwsze, uwydatnia kulturę polemiczną czasu naszych dziadów i ojców. Po drugie, miejscem, nazwijmy przenośnie, akcji był podobno Pałacyk Myśliwski, które, zdaje się jest siedzibą naszego stowarzyszenia. Otóż wobec najlepszych głów swego pokolenia Witkacy wygłaszał referat mający w jego intencji być kwintesencją tworzonego przezeń systemu filozoficznego. W dyskusji Karol Irzykowski rzetelnymi i radykalnym argumentami zarzucił Witkacemu chaos myślowy i kompozycyjny, gdyż pierwszy zawsze wywołuje drugi. Wtedy Witkacy miał wykrzyknąć: - za karę nie przeczytam ani jednej pańskiej książki. Na to Irzykowski ze stoickim spokojem: – w piekle pan będzie czytać, w piekle. Powstało niemałe zamieszanie. Uśmierzył je młody doktor Władysław Tatarkiewicz porządkując z mównicy porwane, chaotyczne wątki eksplikacji Witkacego. Ten podziękował młodemu uczonemu, że tak, tak właśnie, jak on wywiódł, o tym mówi w referacie.

        Smakowita anegdota, Czy dziś umielibyśmy z sobą sprzeczać się podobnie bez kalumnii upokarzających adwersarza, toczyć spory niechby najradykalniejsze jak tylko to możliwe, lecz bez inwektyw? Wszelako też nie oportunistycznie, że „druga strona odrzuca”?

        Polemika jest umiejętnością dość trudną, przyznaję, albowiem warunkowana dwoma przymiotami: kulturą, by nie obrażać, i odwagą, by radykalnie przedstawiać swe racje bez obaw „odrzucenia (co to w ogóle znaczy?) przez drugą stronę.

Jacek Wegner

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl