Wbrew obiegowej tezie o polaryzacji, zwanej niekiedy dwubiegunówką, Polacy zainteresowani polityką podzielili się po wyborach prezydenckich nie na dwie, ale na cztery podstawowe kategorie:
1) Zadowolonych z wygranej Dudy. 2) Zadowolonych z przegranej Komorowskiego. 3) Niezadowolonych z wygranej Dudy. 4)Niezadowolonych z przegranej Komorowskiego.
Oczywiście nie brak typów zmieszanych, np. zadowolonych z przegranej Komorowskiego, ale niezadowolonych z wygranej Dudy. Jednak nawet u takich mieszańców jeden z czterech powodów zadowolenia lub jego braku dominuje nad resztą. W dalszym ciągu mojego wywodu dowiodę, że najsłuszniejsze powody do zadowolenia mają obywatele drugiej kategorii, a przynajmniej uważani za takich przez elity panujące. Moim nieskromnym zdaniem przegrana Komorowskiego posiada wysoki potencjał edukacyjny i innowacyjny. Ale po kolei…
W każdym demokratycznym kraju obserwacja przebiegu kampanii wyborczych może rodzić pewne wnioski dotyczące tego, jak ze swojej roli „czwartej władzy” wywiązały się różne rodzaje mediów, poszczególne redakcje, konkretni dziennikarze. W zwyczajnych demokracjach nie są to zazwyczaj obserwacje i wnioski mogące wstrząsnąć szerszą publicznością, ponieważ w zwyczajnych demokracjach monopol na zachowania najbardziej osłupiające, oburzające i obrzydliwe posiadają politycy. Same media, również te, których wydawcy i wykonawcy nie kryją z kim politycznie trzymają, nie próbują (w zwyczajnych demokracjach) wyręczać sztabów wyborczych.
I tu obserwacja polskiej rzeczywistości prowadzi nas do przykrości poznawczej: nie żyjemy niestety w zwyczajnej demokracji. III RP pod rządami koalicji PO-PSL odbiła od demokratycznej zwyczajności ku oligarchicznej nieobyczajności. W kampanii reelekcyjnej Bronisława Komorowskiego, prócz sztabów oficjalnych (podobno co najmniej dwóch, ale w PO różnie o tym mówią), działały również „mediosztaby” w łonie: Telewizji Polskiej SA, Polskiego Radia SA, TVN, Polsatu, Radia TOK FM, Radia ZET, Gazety Wyborczej, tygodników Newsweek i Polityka, że poprzestanę na wyliczeniu anten i łamów najgorliwszych w dziele uatrakcyjniania Komorowskiego i odatrakcyjniania Dudy, do obrzydzania tego ostatniego włącznie. Na temat liczby oraz liczebności „mediosztabów” można snuć jedynie hipotezy; w niektórych redakcjach mogły to być masywne sztaby odlane z wielu mózgów w stanie permanentnej nasiadówki, w innych - tylko jednostkowe sztabki, ale szczerozłote w swym oddaniu. To jednak tylko domniemania. Sztabów nikt nie wiedział, a ich nasiadówki nie zostały (chyba) nagrane. Zobaczyć i usłyszeć można było natomiast zastępy znanych solistów, których głosy współtworzyły zgrany (do nutki) chór pod, nomen omen, Wyborczą batutą Adama Michnika. Chór wystąpił co najmniej w składzie: Dominika Wielowiejska, Monika Olejnik, Katarzyna Kolenda-Zalewska, Justyna Pochanke, Beata Michniewicz, Beata Tadla, Justyna Dobrosz-Oracz (alty dramatyczne) Janina Paradowska (kontralt komediowy), Tomasz Lis, Jakub Sobieniowski, Jacek Żakowski (barytony antybohaterskie) Jarosław Gugała (baryton reprezentacyjny z zadyszką), Piotr Kraśko, Konrad Piasecki, Andrzej Morozowski (tenory kontrfaktyczne), Jarosław Kuźniar (tenor bezjajeczny), Kuba Wojewódzki (kontr-tenor błazeński). To oczywiście drobny, choć prominentny, fragment listy „wszystkich ludzi prezydenta” w mediach prywatnych i (o zgrozo!) publicznych, wyśpiewujących tamże agitatorskie arie w dziennikarskich kostiumach. Nie zabrakło wśród nich osób, którym prezydent Komorowski wcześniej przypinał różne ordery. Jedną z nich był ulubiony pluszak obecnego europrezydenta Tuska. Gdyby, prócz wymienionych tu tuzów, uwzględnić wszystkie ludziki prezydenta, to trzeba by je w sumie szacować na kopy. Za przeproszeniem jaj.
I tu powracam do meritum, czyli do walorów edukacyjnych lania, które wyborcy spuścili Bronisławowi Komorowskiemu. Otóż wypływa z tego lania nauka, że dopóty siła złego na jednego, dopóki jej się ucho od śledzia nie urwie. No i się urwało, bo ten jeden na przekór sile możnych medialnego świata jednak wygrał. Formalnie rzecz biorąc Duda wygrał z Komorowskim, ale „biorąc rzecz technologicznie”, to wygrał z całą watahą lisów, hien oraz innych skunksów. Ograł system, złamał kod dostępu do wielu wyborców dotąd więzionych przez mainstream w matrixie, uciekł na szerokie wody z Trójkąta Bermudzkiego TVP-TVN-Polsat. Dudosympatycy w Sieci zabili śmiechem bronkotweety i przykryli bronkotrolle postami, memami i myszkami. Dawid wygrał z Goliatem. Dobrze tak temu Goliatu i temu Misiu! Kamińskiemu.
Jakie wnioski na przyszłość wyciągną z tego zawodowi polityczni sztabowcy, to ich sprawa. Dla zwyczajnych obywateli chcących żyć i głosować w demokracji, a nie w jakiejś medioligarchii, z przegranej Komorowskiego płynie (między innymi) nauka, że wciąż nie są bez szans, że klamka jeszcze nie zapadła i nie całe mleko się rozlało. Byle nie dali się byle komu zbałamucić i nastraszyć.
Prócz nauk, są też nauczki. Daremność, a czasem komiczna przeciwskuteczność własnych agitatorskich i manipulatorskich wysiłków, to zasłużona nauczka dla prezydenckich ludzików, pluszaków i spinmagistrów. Nawet jeśli ta nauczka nauczy ich tylko większej przezorności, ale już nie przyzwoitości, to i tak następna kampania wyborcza może będzie – przynajmniej po stronie mediów - ciut mniej gorsząca, choćby ciut.
Jeśli jakiś obywatel kategorii nr 2 chciałby się poczuć jeszcze głębiej zadowolony z przegranej Komorowskiego, niech przez moment wyobrazi sobie, jak zachowywaliby się teraz i co wygadywaliby osobnicy i osobniczki pokroju Tomka, Kuby, Monisi, Justysi oraz pozostałych wszystkich ludzików prezydenta, gdyby Komorowski doznał reelekcji.
Gdyby Komorowski doznał, czego nie zazna, widoki na naprawę znieprawionych mediów publicznych pozostałyby fatamorganą. A tak SDP ma przynajmniej nowego czytelnika dla swoich zjazdowych uchwał. Skutki znieprawiania TVP i PR prezydent-elekt odczuł – i jeszcze pewnie odczuje – na własnej skórze. Ale od Pierwszej Córki to redaktor Lis będzie się już chyba trzymał z daleka…
