Szybko żyją, więc krócej to trwa. Zachłannie - więc ciekawie. Ale mimo, że na koniec wiedzą niemało, sporo tej wiedzy zabierają ze sobą, a to co napisali, nagrali, sfilmowali często szybko jest zapomniane. Tak jak i pamięć o nich.
Potem, gdzieś tam siedząc "na chmurce" - być może - myślą, że te zmagania to był daremny trud. I żal za niepamięć czytelników, słuchaczy, telewidzów. A jednak - odchodzą nie do końca.
Ludzie! - ktoś tam z góry krzyczy. O mnie możecie nie pamiętać, ale ta utwardzona droga, której się dla was domagałem, aż wybudowali, jest przecież. I służy. Te podręczniki nie są już tak zakłamane, jak byłī. Ta dziewczyna nie tylko jest piękna i radosna, ale jeździ z solowym koncertem skrzypcowym po świecie, wydobyta z dziury zabitej dechami.
Ich już nie ma, ale dużo, bardzo dużo zostało po ich artykułach i reportażach.
Wowo Bielicki chciał powrócić do swoich kabaretów sprzed lat. Na nowo. Z nowymi aktorami. Zostało tysiące kartek, zapisków, wiele scenariuszy. Dokonał ponad 900 realizacji telewizyjnych. Znał wszystkich i bardzo wielu Go znało. Zostawił ślad od słynnego gdańskiego Bim-Bomu, poprzez Operę Bałtycką, Teatr Wielki w Warszawie, teatr w Wałbrzychu, Telewizję Polską. Zmarł w wieku 80 lat zaledwie kilka dni temu. Jest jeszcze dużo o Nim na czołowych miejscach na wielu portalach. Ale nie ma już Wowa, dokładnie Włodzimierza Bielickiego z Jego wieczną pogodą, sympatią okazywaną ludziom dobrej woli, szczególnie młodym adeptom aktorstwa, reżyserii, scenografii, młodym dziennikarzom, z którymi chętnie współpracował, których wysłuchiwał i był słuchany. Co by Wowo doradził? Można jeszcze sporo posłuchać. Ot, choćby uruchamiając Jego ostatnie nagranie w internetowym Radiu Wnet. Łatwo można wejść na stronę.
A co chciałby jeszcze powiedzieć inny nasz kolega, zaledwie sześćdziesięciolatek - Piotr Bielawski z Wrocławia. Na naszej - sdp.pl - stronie internetowej w dziale nekrologi wspominają Go Jadwiga Chmielowska i Piotr Załuski. Jest w tych krótkich wspomnieniach o odważnym człowieku, którego nie wystraszył stan wojenny, więzienie i poniżanie. Głodował przez 3 tygodnie, uciekł z więzienia, nadal organizował, koordynował. Dał radę najtrudniejszej próbie. A potem się kształcił, pisał, doktoryzował z ekonomii. Los nie szczędził mu cierpień osobistych i bolesnych ciosów. W końcu nie wytrzymał. Odszedł. Bez użalania. Ale czy ci, którzy byli wokół nie mają sobie nic do zarzucenia?
Janusz Winiarski - lubelski dziennikarz, radiowiec, filmowiec. Poświęcił swój talent wsi polskiej. Jego audycje dla wsi w regionalnej rozgłośni Polskiego Radia w Lublinie to ogromny, prawie 20letni wysiłek pracy u podstaw w najważniejszym bodaj sektorze organicznego bytu, wyżywienia, niezależności państwa. To jeden z ludzi "tej ziemi", skupiający się całkowicie na służbie współobywatelom. Patriotyzm i dziennikarska powinność kazały Mu wybierać godnie. Stracił więc pracę w czasie stanu wojennego, działał w podziemiu. Zmarł niedawno - w październiku. Miał 79 lat, ciekawe życie. Już nie będzie tworzył nowych programów dla rolnictwa, Lubelszczyzny. Ale Jego audycje i rady są ciągle aktualne. Trzeba przypominać i wracać do nich.
W kwietniu zmarł Jan Suzin. Bozia dała mu talent, urodę, wspaniały głos. Są wśród nas ludzie szczególnie obdarzeni. Maszerujemy razem przez jakiś czas i choć ich widać najbardziej mało kto im zazdrości kariery, pieniędzy. To takie naturalne wyróżnienie. Zostali dostrzeżeni i wyniesieni. Ale tylko nieliczni zachowują skromność i umiarkowanie. Pan Jan świetnie został wybrany w swoim czasie - w 1955 roku. Mądrzy, z gustem i wyczuciem jurorzy dostrzegli wówczas w gęstym tłumie kandydatów dwóch mężczyzn - właśnie Jana Suzina i Eugeniusza Pacha. Nie pomylili się. Zweryfikowało to życie. Telewizja publiczna święci teraz jubileusz. Niech sobie dobrze odświeży pamięć o wszystkich, którzy ją tworzyli.
Również z Telewizją, ale i z Polskim Radiem, przez kilkadziesiąt lat związany był wspaniały piewca przyrody, żeglarz i myśliwy, pan z telewizyjnego "Zwierzyńca" - Michał Sumiński. Przyciągał tubalnym głosem, kolorową narracją swoich pogadanek, w których o zwierzęcych sprawach mówił ze znawstwem, humorem i zaangażowaniem. Szkoda, że tak mało powiedział o sobie - o swych korzeniach rodzinnych, pochodzeniu, o ciotkach i wuju wychowujących Go w ziemiańskim majątku, wreszcie o odwadze i walce w Armii Krajowej, o uwięzieniu w 1943 na Pawiaku, a potem do stycznia 1945 roku w Oświęcimiu i Mauthausen-Gusen, o trudnych powojennych wyborach, o pracy szkoleniowej z młodzieżą w Lidze Morskiej i dowodzeniu flagowym jachtem ligi "Generał Załuski", który teraz po kilkuletniej odbudowie wraca do służby.
Co powiedziałby nam Andrzej Roman, zmarły tragicznie w grudniu ubiegłego roku? O ukochanej Warszawie, dla której walczył jako kilkunastoletni chłopak w Powstaniu, a może o ulicy Foksal i "Kameralnej" gdzie rej wodził przez lata. Ciekawie byłoby posłuchać o tenisie, lekkoatletyce - bo pisał o sporcie z wielkim znawstwem i zapałem. A może jeszcze chętniej mówiłby nam o tenisie ciesząc się z sukcesów młodych polskich mistrzyń. Bo Pan Roman nie tylko relacjonował. On również sam grał. Przemierzał Stolicę na rowerku, z rakietą w plecaku i zawsze w dobrym humorze, z uśmiechem i gotowością do cierpliwego wysłuchania wszystkich, którzy chętnie się do Niego garnęli. Ciepły, życzliwy człowiek. Elegancki, ale i dostępny. Był człowiekiem "Solidarności", 13 grudnia stanął po stronie sprawiedliwych i odważnych.
Olgierd Budrewicz miał 88 lat gdy zmarł w listopadzie 2011, niewiele przeżywając swoją żonę, poślubioną w czasie walki w Powstaniu Warszawskim. Jak to się stało, że nie zdążyliśmy w SDP wyróżnić Go Laurem? Opisywana przez Niego Warszawa jest tak samo ciekawa jak relacje ze 160 krajów, które odwiedził, obfotografował i przybliżył czytelnikom. Co by powiedział gdyby zapytać Go o baedeker życia, o busolę? Może odpowiedź tkwi gdzieś między wierszami licznych książek.
Oni odeszli nie całkiem.
1 listopada 2012 Stefan Truszczyński
