Czeka nas dziś kolejna debata prezydencka. Potrwa 70 minut. Padnie 30 pytań, odpowiedzi mają być nie dłuższe niż 1 minuta. Czego dowie się widz o poglądach obu kandydatów? Myślę, że prawie niczego nowego, bo nie o wiedzę kandydatów tu chodzi, tylko właśnie, o co?

Debaty pomiędzy Lincolnem a Douglasem w 1858 roku w USA trwały od 3 do 4 godzin (każda), a było ich w sumie siedem. Tylko, że wówczas nie było telewizji… A telewizja ma swoje prawa. Francuski filozof Pierre Bourdieu pisał w 1996 roku, że „telewizja nie jest najlepszym miejscem do wyrażania myśli” i wskazywał na negatywny związek pomiędzy myśleniem a pośpiechem. Już Platon mówił, że w pośpiechu nie da się myśleć. Łatwo wtedy o pomyłkę, przejęzyczenie, brak precyzji, a przecież od prezydenta kraju wymagamy rozważnych decyzji i przemyślanych koncepcji, a nie zawrotnie szybkiego odpowiadania na pytania. Współczesna debata jest produktem kultury telewizyjnej i mediatyzacji polityki, czyli dostosowania dyskursu (i dyskusji) do stylu narzucanego w telewizji: musi być szybko, agresywnie, może być bezładnie, powinno być atrakcyjnie, bo liczą się słupki oglądalności. Aż dziw, że pierwsza debata nie była przerywana reklamami (a może coś przeoczyłem?), ale nie ma sprawy, to się jeszcze kiedyś nadrobi. Tak oto otrzymujemy ersatz programów politycznych, myśli w pigułce wypowiadane przez fast-thinkerów, a nie rzetelne odpowiedzi z dobranymi argumentami. Zresztą, czy to w ogóle jest debata, kiedy nie ma repliki? Kiedy są tylko wypowiedzi, a nie ma walki na argumenty? Zwrócił na to uwagę, i słusznie, Rafał Ziemkiewicz. Ale zatrważające jest to, że poza nim, prawie nikt!

Jeśli tzw. debaty będą wciąż bitwą na wizerunki, o to, kto lepiej wypadnie przed kamerą, kto będzie mniej spięty i bardziej wymowny, to wróżę przyszłą wygraną aktorów, piosenkarzy i dziennikarzy, bo oni najlepiej czują oko kamery. Wróćmy do debaty, która odbędzie się w TVN. Pewnie znowu posłuchamy o polityce partyjnej, gospodarce, sprawach społecznych i polityce zagranicznej, bo tak chcą dziennikarze i sztaby kandydatów (?). A może by tak choć raz ktoś zapytał, czego oczekują widzowie. Dla mnie najważniejsze są: edukacja, praca, podatki, emerytura i służba zdrowia, bo to buduje rzeczywiste bezpieczeństwo kraju, a nie to, czy wydamy miliard więcej czy mniej na broń z zagranicy, który zasili zagraniczne firmy. Nie strachy, czy nasze dzieci pójdą we wrześniu do szkoły, ale to, czy ludzie będą mieli co włożyć do garnka, nie umrą przed emeryturą, nie będę czekać w kolejkach do lekarza po 5-10 lat, a młodzi po studiach zostaną w kraju i będą tu pracować. Obawiam się, że kandydaci nie odpowiedzą na te pytania albo odpowiedzą sloganami, bo jak to zrobić w ciągu jednej minuty?! Z drugiej jednak strony, czy to co wyżej napisałem zależy od prezydenta? Nie, bo jego kompetencje są dużo węższe i dotyczą głównie referendum, inicjatywy ustawodawczej, prawa veta, polityki zagranicznej i obronnej. Jednak silny prezydent może sporo zrobić, słaby popsuje niewiele. Chodzi o model nie tyle prezydentury, co raczej prezydenta: czy będzie aktywnie wpływał na sprawy polityczne i społeczne, czy też będzie pilnował żyrandola?

Do godziny zero zostało kilka dni. Komorowski przyspieszył, poszedł nawet do Wojewódzkiego. Jeśli nie zyskał wiele, to na pewno nie stracił, a otworzył  się na nowe środowiska. A Duda? Powinien wzmóc swoją aktywność wobec niezdecydowanych wyborców, bo inaczej jego szanse na zwycięstwo zmaleją. Debata w TVN nie przyniesie nam wiedzy o tym, jak urząd prezydencki  sprawować będą kandydaci. Wiemy natomiast, jakim prezydentem był w ciągu 5 lat Bronisław Komorowski. I większość będzie głosować za lub przeciw niemu, mniejszość - za lub przeciw Andrzejowi Dudzie. Tym razem role się odwróciły i nie da się już straszyć PiS-em. Teraz wyborcy zagłosują za lub przeciw PO. A reszta, która nie lubi żadnej z tych partii pozostanie w domu, i tych będzie najwięcej.

A debata? A debata prawdopodobnie niewiele już zmieni. Co najwyżej utwierdzi nas w naszych wrażeniach, które są już ukształtowane. Według Bourdieu są albo debaty jawnie fałszywe, albo prawdziwe tylko pozornie. Czy warto je zatem oglądać? Jednak warto, bo może się okazać, że o zwycięstwie któregoś z pretendentów zadecyduje kolor krawata lub uśmiech, którym uwodzicielsko obdarzy publiczność.

Marek Palczewski

21 maja 2015

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl