Dziennikarza od razu poznać po tym, że zawsze przestrzega zasady aktualności; gdy zamierza coś napisać, powiedzieć, pokazać - wybiera czas i miejsce najwłaściwsze. Piotr Jegliński jest wydawcą. Jego oficyna Editions Spotkania od dawna, już od lat osiemdziesiątych minionego wieku, wydawała poza cenzurą i na Zachodzie książki o wartościach nie do przecenienia. Trzeba by o jego dorobku edytorskim napisać więcej albo niech on  sam o nim powie. Bo Piotr Jegliński jest też, a może przede wszystkim, dziennikarzem, naszym kolegą ze Stowarzyszenia. Dokładnie w 80. rocznicę śmierci Józefa Piłsudskiego, 12 maja, zorganizował w Muzeum Wojska Polskiego (gdzież by indziej…) prymicyjną promocję książki Adama Ludwika Korwin-Sokołowskiego, swego notabene krewnego, „U boku Marszałka. Wspomnienia Szefa Gabinetu”.

Również 12 maja, lecz dziewięć lat wcześniej Piłsudski dokonał zamachu stanu, który przeszedł do historii pod nazwą przewrotu majowego. W przyszłym więc roku, także 12 maja, powinniśmy wspomnieć dziewięćdziesiątą rocznicę tamtego wydarzenia, różnie przez historyków ocenianego. Jedni historiografowie nie zostawiają na nim suchej nitki, inni zaś tłumaczą, że inaczej nie można było uratować spoistości państwa, które grzęzło w korupcji polityków, było paraliżowane ich prywatą i zadufaną głupotą. Piłsudski brzydził się wszelką nieuczciwością, nie miał żadnego majątku; parcele w Sulejówku należały do jego żony. A na dworek złożyli się żołnierze, żeby miał gdzie odpoczywać. Z wydawnictwami publikującymi jego książki wykłócał się podobno o… takie same, niewiększe, honoraria, jakie dostawali inni autorzy. Żył ascetycznie, rządził po dyktatorsku.

W każdym razie to, co uczynił, 89 lat temu, było rokoszem, to znaczy tak jak przed wiekami zbrojnym wystąpieniem poddanych przeciw królowi. Króla nie było, ale był prezydent i wobec niego oraz anarchicznego sejmu, a także rządu Piłsudski podniósł oręż. Tym jeszcze różniła się jego antypaństwowa rebelia od dwu siedemnastowiecznych, że walka trwała jeden dzień i tylko w stolicy; pozbawiła życia nie tysięcy współbraci, a nieco ponad 400 warszawian (to i tak tragedia), głównie spośród cywilów, którzy z okien i balkonów niefrasobliwie przyglądali się strzelaninie, niepomni, że pocisk z rykoszetu też bywa śmiertelny…

Zapisy szefa gabinetu, wydane przez kol. Jeglińskiego wprost pęcznieją od faktów – najczęściej poważnych, historycznych, często groteskowych, niekiedy śmiesznych. Oczywiście ich głównym bohaterem jest Marszałek, ale obok niego snuje się galeria postaci, które odegrały różne role w czasie, kiedy Piłsudski rządził wojskiem i dyskretnie kierował II Rzeczpospolitą, aby nie sczezła w otchłaniach okrutnej, wyrachowanej, zimnej jak lód polityki europejskiej i od wewnętrznych sporów, niekiedy brutalnych.

Książka składa się z około trzydziestu (w sumie ma 388 stron) rozdziałów-wspomnień; są one jakby mozaikowym wizerunkiem Marszałka. O tyle może silniejszym w ekspresji od innych licznych prac jemu poświęconych, że pisanych w konwencji kronikarskiej „na gorąco” i bez retuszu. Oczywiste, że nie sposób ich wszystkich streścić, natomiast wystarczy przywołać treść kilku, żeby znów, i nie bez przyjemności czysto czytelniczych, przekonać się o niepospolitości Marszałka, który mawiał ponoć swym współpracownikom, że po śmierci zapyta Pana Boga, dlaczego kazał mu być Polakiem…

Piłsudski wyznawał system wartości ukształtowany przez Pierwszą Rzeczpospolitą. Ktoś kiedyś napisał, że troszczył się o ojczyznę niczym szlachcic na zagrodzie o to, co jest w zagrodzie. Nieżyjąca już publicystyka i pisarka katolicka, Hanna Malewska, zauważyła, że szlachta dwu stuleci, XVI i następnego, traktowała swą Rzeczpospolitą nieomal jak żywą osobę, jak matkę, król był zaś jej małżonkiem, czyli dla szlachty kimś w rodzaju ojczyma i dlatego można było, trzeba było, wadzić się, z nim o dobro Rzeczypospolitej-Matki. Była ona jedynym państwem, obszarowo największym na kontynencie, którego prawo zapewniało wolność wyznania wszystkim mieszkańcom. Dlatego ciągnęli do nas Żydzi, Karaimi, Tatarzy, Niemcy-protestanci. Lecz nie tylko ludność napływowa korzystała z wolności sumień. Żaden ziemianin nie było zmuszał poddanych do wyznawania jego religii. Hanna Malewska pisze, że często w niedzielę do zboru jechał dziedzic, a jego poddani szli do kościoła katolickiego.

Na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych minionego wieku ministrem wyznań religijnych i oświecenia publicznego był kalwin, Sławomir Czerwiński, który dopiero na krótko przed śmiercią przeszedł na katolicyzm. I nikomu w II Rzeczypospolitej nie przeszkadzała owa religia kalwińska ministra. Nikomu oprócz biskupa polowego Wojska Polskiego, Stanisława Galla. Po nabożeństwie żałobnym nad ciałem ministra Czerwińskiego - cytuję autora „U boku Marszałka…– „uformował się kondukt pogrzebowy. Obecni byli prezydent Rzeczypospolitej, rząd, Marszałek Piłsudski”. Natomiast ordynariusz polowy WP, biskup Gall, „pozostał w drzwiach kościoła i nie dołączył do konduktu, szli tylko zwykli księża”.

Był to niewątpliwie despekt wobec głowy państwa i przedstawicieli najwyższych władz państwowych oraz wojskowych. Po pogrzebie Piłsudski zażądał przeto od biskupa Galla, żeby przeprosił prezydenta. Hierarcha nie podporządkował się poleceniu, a ponieważ był podwładnym Piłsudskiego, więc Marszałek domagał się jego ustąpienia ze stanowiska. Biskup nie chciał się podać do dymisji, która byłaby, jak twierdzi Sokołowski, „jedynym honorowym wyjściem z obecnej nienormalnej sytuacji”. W takim razie Marszałek zdecydował: „No to zastosujemy z konieczności skuteczną szykanę”. I wstrzymał gażę biskupowi tudzież całej kurii polowej. Pozbawieni pensji kapelani wojskowi ze swym biskupem odwołali się do Watykanu i po interwencji Stolicy Apostolskiej obie zwaśnione strony zawarły kompromis: biskupa Galla zesłano na przedwczesną emeryturę. „Były trudności prawne – pisze autor wspomnień - bo trzeba było sprawę <naciągnąć>”(z powodu nieemerytalnego jeszcze wieku biskupa). Jego następcą został mianowany ksiądz Józef Gawlina, który dopiero po tej nominacji otrzymał sakrę biskupią.

Jego zwierzchnik Marszałek Piłsudski, przeprowadził z nim rozmowę służbową. Wczytajmy się dobrze w słowa tchnące uczciwością, szczerością, kategorycznością i, powiedziałbym, ciepłym sarkazmem, w każdym razie nie ma w nich żadnego fałszu ani eufemizmu, które dzisiaj są ulubioną retoryką polityków establishmentu i publicystów wobec nich dyspozycyjnych. „Podkreślam – Marszałek instruował przyszłego biskupa polowego – że ksiądz pracuje u mnie, ale technicznie z moim szefem gabinetu, a to dlatego, by ksiądz nie trafiał tam, gdzie niczego nie zgubił i po kątach mi nie chodził (…)”. I tu w ostrych, żołnierskich słowach scharakteryzował poprzednika księdza Gawliny. „Toteż – pouczał dalej - przy przejmowaniu funkcji nie radzę księdzu słuchać jego rad i wskazówek, z mojej bowiem strony musiałbym z góry je spostponować”. I sformułował warunek, że ingres biskupi musi się odbyć poza Warszawą, „W Warszawie ja bym nie dał honorów wojskowych księdzu na sakrze. No, chyba żebym dopilnować miał gwarancje, iż nie będzie księdza Galla (…) musielibyście mi tego dopilnować, bym nie był oszukany, bo w wyższym duchowieństwie umieją oszukiwać tak, jak to tylko potrafią kobiety”. Na koniec powiedział, notuje szef gabinetu:: „<Dobrze jeszcze księdza nie obejrzałem, niech się ksiądz mi pokaże, jak wygląda>. Ks. Gawlina  stanął wyprostowany po wojskowemu, ale jakby nieco zakłopotany. Marszałek powiedział z humorem i w tonie życzliwym: <ale ksiądz jest młody, gdybym chciał księdza wysłać na emeryturę na podstawie wieku, to bym jeszcze nie mógł>”. Smakowite! Podobnych passusów jest w tej książce o wiele więcej.

Acz nie wiem, dlaczego wedle Marszałka kobiety i hierarchowie mają takie same predylekcje do mistyfikacji…

        W latach osiemdziesiątych zeszłego wieku, gdy szalała cenzura, książka, o jakiej piszę, była wydana w instytucjach emigracyjnych, tymczasem nie ma w niej nic, co by godziło w zasady ustrojowe PRL. Chyba sama pamięć głównego bohatera tak wrogo działała na polskoludowych Kultulträgerów.

Tedy edycja tegoroczna, wzbogacona o materiały archiwalne, jest pierwszą powojenną krajową. Tym cenniejsza dla naszej współczesności jest wartość tego opracowania.

Jacek Wegner

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl