Jedne media wspominały o „masakrze Labour Party”, inne o „tsunami, które zmiotło Lib-Dem ze sceny politycznej”, jeszcze inne o „the Conservatives land-slide victory” czyli lawinowym zwycięstwie konserwatystów. 331 mandatów dla  torysów, 232 dla laburzystów, 8 dla liberałów, 1 dla UKIP, 1 dla zielonych, 3 dla walijskiej Placid Cymru, 8  dla Północnej Irlandii i aż 56 dla Szkockiej Partii Narodowej! Brytyjczycy wybrali rozsądek, stabilizację i  rozwój gospodarczy, odrzucili  ugrupowania przeideologizowane jak labourzyści i liberałowie, które najwyraźniej odkleiły się od oczekiwań społecznych, ale odrzucili też ekstremę jak UKIP,  zielonych czy Independent Party.

  Prawdziwy V-Day dla premiera Camerona, który zmiótł ze sceny politycznej swoich wszystkich  głównych rywali. Powrócił na Downing Street w  laurze zwycięzcy, który zwiększył liczbę mandatów dla swojej partii aż o  22.  A kiedy szef Lib-Dem Nick Clegg,  Partii Pracy Ed Miliband i UKIP-u Nigel Farage podali się do dymisji jeszcze podczas liczenia głosów,  pokazało  się jak wielka jest skala zwycięstwa  torysów. Tu w Londynie widać, że wyniki wyborów, to zarazem votum zaufania do premiera Camerona.  Dobry manager, zrównoważony, przewidywalny, nie ukrywa trudności i nie obiecuje gruszek na wierzbie,   cierpliwy  negocjator.  A nade wszystko w ciągu pięciu lat wyciągnął  Wielka Brytanię z kryzysu. Ograniczył  wydatki publiczne, zmniejszył deficyt budżetowy, ustabilizował bezrobocie na wysokości 5%, wobec 10% we Francji i 19 w Hiszpanii, stopa wzrostu gospodarczego w 2014 roku wyniosła 2.6, czyli dwa razy więcej niż w Unii,  zdołał  też przekonać do Wielkiej Brytanii  zagranicznych inwestorów, bo kraj przypomina jeden wielki plac budowy.

   Obserwując  na miejscu  przebieg wyborów,  dostrzegało się kilka elementów nietypowych. Wysoka frekwencja, w demokracjach zwykle jest wyższa niż gdzie indziej, ale tym razem  osiągnęła 66.1 %.  Najwyrażniej Brytyjczycy byli zdenerwowani i chcieli dać wyraz tej swojej  irytacji.  Po wtóre – raz jeszcze okazało się jak mylące są wszystkie te opinion polls,  zlecane i przez media konserwatywne i lewicowe. Przypomnę, że od kilku miesięcy  byliśmy  informowani, że dwie główne partie idą „łeb w łeb” na wysokości ponad 30% każda. Okazuje się, że nawet w demokracjach  ośrodki badań pokazują  czasem wyniki  księżycowe, i że równie dobrze można było sobie powróżyć z kart.  Kolejny mit: owszem, ta elekcja była rodzajem rewolty, ale nie – jak  twierdziły dotąd media – przeciw „politycznemu establishmentowi”, lecz  przeciw nadmiernej ideologizacji  ugrupowań lewicowych, jak zwykle  besserwisserskich i „wiedzących lepiej” oraz  programowym ekstremizmom,  z których i jedne i drugie stają na drodze ozdrowienia gospodarki oraz burzą ustalony porządek.

    Partia Pracy przegrała z kretesem – miarą klęski niech będzie przegrana ministra finansów w gabinecie cieni, Eda Ballsa, który nie dostał się do Izby Gmin -  bo wyalienowała się od  oczekiwań i potrzeb społeczeństwa. Dość przypomnieć, że wciąż broni welfare state na poziomie  poprzednich wydatków budżetowych, nierealnych  kwot  imigranckich,  jest zdecydowanie euro-filska, podczas gdy większość Brytyjczyków ma Brukseli dość. No  i bardzo słabe przywództwo Eda Milibanda, który nie potrafi porozumieć się nawet ze związkami zawodowymi, bez których jego ugrupowanie nie istnieje. „I am truly sorry, I did not succeed” – powtarzał  kilka razy w swoim wystąpieniu pożegnalnym. „Ludzie nie przyjęli naszej wizji państwa, ale ja wierzę, że program Partii Pracy jest dobry, lepszy niż innych” – zakończył, i już było widać, że niczego go ta klęska nie nauczyła. Ciekawe może być to, że  Labour Party sama sobie zgotowała tę katastrofę. Pięć lat temu w wyborach wewnątrzpartyjnych z dwóch głównych kandydatów, centrysty Davida Milibanda i lewaka Eda Milibanda, wybrała  „Czerwonego Eda”, bo  bardziej radykalny, bo lepsze kontakty ze związkami zawodowymi. Młodszy Miliband podczas tych pięciu lat zdołał zniszczyć wszystko, nawet dobre relacje z trade unionistami.  Stąd ta klęska, największa od 1987 roku. Wewnątrz ugrupowania słychać  głosy:” return to centreground or stay in wilderness”, „wracamy do centrum, albo skazujemy się na nieistnienie”.  A co z liderem? Lawka kandydatów krótka, Gordon Brown się nie liczy, Harriet Harman to  „zgrana karta”,  Ed Balls nie dostał się do Westminsteru, pozostały mało znane nazwiska jak Andy Burnham, Chuka Ummuna, Yvette Cooper i była gwiazda telewizji śniadaniowej, Tristram Hunt.  Tak więc obietnicy Eda Milibanda, „wkrótce wrócimy do władzy”, nie należy traktować zbyt serio.

   Liberalni Demokraci  utracili 49 mandatów, pozostało im zaledwie 8. „To największe uderzenie od czasów powstania tej partii” czyli od 1988 roku  – powtarzały z satysfakcja konserwatywne media. I tak dokładnie jest.  Dla liberałów „pocałunkiem śmierci” okazały się dwa niefortunne ruchy  ich lidera Nicka Clegga.  Najpierw przystąpienie w 2010 roku do koalicji tej hard-linowej  partii lewicowej z konserwatystami, co spowodowało masowy  odpływ  wyborców do  Partii Pracy i zielonych, a potem – to już typowe dla ruchów lewicowych – rozminięcie się programu partii z oczekiwaniami społecznymi. Hasła: hojne i szczodre państwo opiekuńcze i euro-filia, nie są dziś na Wyspach zbyt popularne.  Liberałowie wciąż mają w zanadrzu zdolnego polityka Vince’a Cable’a, ale  nie sprzyjają im  ani okoliczności ani czas.   Z kolei odrzucenie UKIP-u i  jego  lidera Nigela Farage’a, który nie dostał się do Izby Gmin  w swoim „mateczniku”, w hrabstwie Kent, to rezultat dwóch faktorów. Po pierwsze, filozofia natychmiastowego referendum i wyjścia z Unii nie odpowiada umiarkowanemu charakterowi Brytyjczyków.  Nie dla nich ostra retoryka i budowanie zamków z piasku.  UKIP-owi nie posłużyła także brytyjska ordynacja wyborcza, słynne JOW-y, o które – nie mając pojęcia, czym to może skutkować dla mniejszych partii – upomina się Paweł Kukiz. Wystarczy przypomnieć, że  Partia Niepodległości Zjednoczonego Królestwa zdobyła niebagatelne 3.8 mln głosów, co przełożyło się na 1 mandat – podczas gdy Szkocka Partia Narodowa 1.4 mln i otrzymała aż 56 miejsc!  

     Z kolei  Nicola Sturgeon wciąż powtarza: „laburzyści nie przegrali przez SPN”, i „konserwatyści wygrali z powodu słabości labourzystów”, z czego  tylko pierwsze zdanie jest prawdą.  Już  od ogłoszenia wyników szkockiego referendum stało się jasne, że Szkocja wcale nie zamierza Zjednoczonego Królestwo opuścić, tylko wypompować z państwowej kasy  tyle pieniędzy, ile się da.  Już w tej chwili wysokość wydatków budżetowych na jednego Szkota jest wyższa niż na Anglika, nie mówiąc o Walijczyku. I drenowanie narodowego budżetu będzie trwało. A współpraca miedzy Westminsterem a Holyrood nie zapowiada się gładko, bo Narodowa Partia Szkocji to socjaliści, a więc pro-unijni i pro-imigracyjni, no i nie znoszą Anglików – kolonialistów, a zwłaszcza torysów, jak diabli.

   Dokąd teraz Wielka Brytanio?  Co czeka Davida Camerona po uformowaniu rządu większościowego?  Przede wszystkim realizacja obietnic wyborczych: zintegrować kraj,  dać Szkotom mniej niż obiecał,  dla równowagi dodać coś  Anglikom – zrównoważyć  wydatki budżetowe na głowę do wyższych, szkockich, pozbawić posłów, reprezentujących szkockie okręgi wyborcze, głosu na tematy dotyczące Anglii, jak najszybciej rozpocząć negocjacje  z Brukselą na temat punktów spornych, ogłoszenie terminu  referendum w sprawie ewentualnego wyjścia z Unii.  Ponieważ torysi mają tylko sześć mandatów pozwalających na przegłosowywanie ustaw rządowych, zapewne od czasu do czasu będzie się dogadywał z różnymi partiami co do konkretnych projektów. Od razu wiadomo, że jeśli chodzi o re-negocjacje warunków brytyjskiego członkostwa w UE, takich jak imigranci czy przywrócenie Londynowi uprawnień, których zrzekł się na rzecz Brukseli, nie będzie mógł liczyć ani na labourzystów ani na liberałów, które są euro-filskie. Ani na wspólne ustawy demontujące państwo opiekuńcze, związane z cięciami budżetowymi, bo to także ugrupowania pro-socjalne. Podobnie Szkocka Partia Narodowa. Nie będzie ani łatwo, ani przyjemnie.

   Jednak pośród brytyjskich lewaków w BBC, którzy prowadzili wieczór wyborczy – David Dimbleby, Andrew Neil, Pauline Toynbee – nie widać było takiego zacietrzewienia jak pięć lat temu, kiedy wiedza na temat „nowoczesnego współczującego konserwatyzmu” Davida Camerona była niewielka.  Dziś, kiedy lepiej znają i program, i sposób jego procedowania, wiedzą, że mogą się czuć względnie bezpiecznie. A wkrótce - kiedy torysi nie mają uciążliwego lewicowego koalicjanta i nie muszą iść na koncesje - wszyscy się przekonamy, czym jest cameronizm,  i czy obok segmentu  „wolny rynek” zawiera także inny, wyrażnie obecny w thatcheryzmie,  „wartości konserwatywne”?

                                                                  Elżbieta Królikowska-Avis. Londyn, 11 maja 2015


 

   

  

   

 
Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl