Sprytne. Zebrać 5 maja wszystkich kandydatów na urząd prezydencki, wiedząc, że żaden nie ma najmniejszych szans na nim zasiąść. Obecnego prezydenta nie włączyć do tego gremium. Postawić przed kandydatami dziennikarza inteligentnego zadającego pretendentom mądre pytania (chyba przezeń wymyślone). I następnego dnia po tym niby dyskursie, sztampowo zwanym debatą, z samego rana, zapełnić eter wypowiedziami prezydenta Komorowskiego.
Co widzowie-słuchacze zapamiętali z wypowiedzi ubiegających się o fotel w Pałacu Namiestnikowskim? Nic zgoła. Za dużo ich było, istna kakofonia słów, zapewnień, poglądów ogólnikowych, mętnych wizji. Co innego jeden człowiek – to nic, że wygłasza jeszcze większe ogólniki i komunały bez jakiejkolwiek ekspresji. Że Ukrainę trzeba wpierać politycznie (jak?), że bezpieczeństwo (jakie? - wewnętrzne, zewnętrzne, polityczne, społeczne, gospodarcze?) jest najważniejsze. Że trzeba się zbroić (a skąd pieniądze? Z budżetu, który ledwo wiąże koniec z końcem, chociaż permanentnie ograbia poddanych?). Te wątki to, proszę wybaczyć słowo z naszego slangu zawodowego, samograje. Miłe dla ucha słuchacza. Bo niewymagające od niego żadnych wysiłków, a uwydatniające troskę prezydenta o nas. Możemy, wybrawszy go ponownie, spać spokojnie - defensor patriae czuwa. A że wygłasza swe oczywiste myśli głosem „drewnianym”, niczym kukła, to nie wadzi, my też mówimy tak samo, a nawet gorzej.
Właśnie gorzej, najgorzej. Myśmy po Batorym wybierali, może oprócz Władysława IV i na pewno Sobieskiego, najgorszych z najgorszych. Przy czym z Zygmuntem III to była pomyłka nie do uniknięcia. Wynikała z ówczesnej niewiedzy psychologicznej, a raczej psychoanalitycznej. Był synem siostry Zygmunta, mówił i pisał biegle po polsku. Toteż Jan Zamoyski przywitał go słowami „raczyłeś tu wrócić swój między swoje”. I nikt nie wziął pod uwagę, bo nie wiedział, że trzeba to uwzględnić, iż młody władca był w niemowlęctwie oraz wczesnym dzieciństwa maltretowany, więziony z matką przez swego szwedzkiego ojca, który przemocą usiłował zmusić Katarzynę do przyjęcia protestantyzmu. Takie doznania z dzieciństwa pozostawiają w duszy urazy nigdy niewyleczone. Król kompensował je sobie otaczając się miernotami, pochlebcami, chciwymi na dobra materialne, a także czyniąc na małą skalę odwrotnie niż jego ojciec – wbrew prawu dyskryminował innowierców. Wywołał rokosz, który historycy uznają za praprzyczynę upadku I Rzeczypospolitej.
Po śmierci Zygmunta III wybrano jego syna Władysława, po nim jego brata przyrodniego Jana Kazimierza, zamiast Ferdynanda, brata obu, człowieka statecznego, mądrego, przewidującego. Bo Jan Kazimierz oprócz odwagi cywilnej, aż do tromtadracji, nie miał żadnych predyspozycji do rządzenia tamtym państwem. Czuł się w nim źle; mawiał często, że woli być psem niźli Polakiem. Pisał do Ludwika XIV listy serwilistyczne, prosił o pomoc w walce z własną szlachtą. W końcu na szczęście abdykował. Kanclerz szwedzki z czasu „potopu” dziwił się podobno publicznie, że „oni”- czyli my – wybierają spośród siebie najgorszych. Jakby zapowiadał słowa Churchilla, który ponoć mówił o nas, że najdzielniejsi z najdzielniejszych podporządkowują się najpodlejszym z podłych.
Następca Jana Kazimierza został królem wskutek manipulacji kilku magnatów - świeckich i duchownych; oni wiedzieli, że Michał Korybut jest żywą kukłą, która dla utrzymania się przy władzy powie bezbarwnie i zrobi wszystko, co mu mądrzejsi podpowiedzą. Kogo dzisiaj przypomina pamięć o nim?
Jednego nie można Platformie „Obywatelskiej” odmówić – inteligentnego, wyrafinowanego cynizmu, który przy bezmyślności społeczeństwa pobawionego od siedemdziesięciu lat elity moralnej jest perfekcyjnym narzędziem indoktrynacji, nawet chyba skuteczniejszej niż w PRL.
To wcale nie fatum, że wybieramy najgorszych, to rezultat naszej głupoty politycznej, trwającej od Augusta Sasa do 1918 r. Może dlatego Piłsudski nie przyjął urzędu prezydenckiego, ponieważ nie chciał, żeby tłuszcza decydowała o jego władzy, on sam po nią sięgał i kształtował tak, aby tych, którymi pogardzał - jakby powiedział Słowacki – w aniołów przerobić. Dopóki żył, to mu się jakoś udawało…
Ale w jego czasach prezydenta obierało zgromadzenie narodowe; gdybyśmy tak czynili i dzisiaj, byłoby jeszcze gorzej – Komorowski byłby wybrany w pierwszej turze bez żadnych telewizyjnych uciech dla gawiedzi w rodzaju wtorkowych.
To, cośmy widzieli 5 maja – to był show polityczny pozbawiony oprócz rzez jasna owych walorów ludycznych jakiegokolwiek znaczenia. I znów muszę tu wyrazić zdumienie, że Krzysztof Ziemiec uczestniczył w tej zabawie z największą powagą, bez cienia dystansu. Powtarzam: szkoda że ten mądry, kulturalny dziennikarz, o wspaniałej aparycji sprzedaje swe talenty mainstreamowi, o którym zapewne wie, jakie szkody wyrządza Polsce.
A skutek tego sprytnego zaaranżowania „debaty” bez udziału urzędującego prezydenta będzie taki, że jeszcze pourzęduje przez następnych pięć lat. W październikowych wyborach ponad wszelką wątpliwość większość w Sejmie uzyska Platforma Obywatelska. Czyli przed nami nowe cztery lata udręki.
Bo, mówiąc w poetyce „Wesela”, sami tego nie chcąc chcemy. To podobnie jak z prezydentem, który mówiąc, nic nie mówi. Będziemy więc pławić się w stabilizacji pozwalającej żyć bezwysiłkowo, po prostu konsumować dobra na miarę polskiej niewydolności gospodarczej, cywilizacyjnej, do której jużeśmy przywykli, ba - która ma więcej obrońców niż przeciwników, nawet, a może przede wszystkim, w naszym zawodzie. Przecież w PRL było z zaopatrzeniem i w ogóle o wiele gorzej i wszyscy dziennikarze tak czy inaczej służyli reżymowi. A teraz na straży „dobrobytu” stoi Komorowski z „potężnymi consortes”.
Jest i będzie jak w diagnozie Władysława Konopczyńskiego, najwybitniejszego bodaj historyka XX w., autora m. in. monumentalnych „Dziejów Polski nowożytnej” odnoszących się do szlachty czasów saskich (przytaczam z pamięci): tumaniono się pięknym frazesem, podczas gdy na dnie duszy rozrastało się niekontrolowane niczym sobkostwo.
A od siebie dodaję: i wyrastająca z niego hedonistyczna bezmyślność. Żeby chociaż ów hedonizm społeczeństwa miał takie zaspokojenie, jak ogłupiałej szlachty za panowania obu Augustów, „jedz, pij i popuszczaj pasa…”.
Jacek Wegner
