Rozkloszowane spódniczki były modne przed II wojną światową i w latach 50. XX wieku, dzisiejsza moda tylko je bardzo skróciła, podobnie modne już kiedyś były grzywki z wicherkiem w męskich fryzurach „na powstańca”. Nihil novi sub sole, z wyjątkiem może tego, że wszystko co i tak już było, poszło trochę dalej, a można powiedzieć, że często o wiele za daleko. Na młodzież narzekał już w „Szachach” Arystofanes (-446-385 przed Chr.). Odkrycie amerykańskiego uczonego, że mucha startuje do tyłu, znane było moim urodzonym w XIX wieku dziadkom, dziadek uczył nas, że packą trzepnąć należy muchę parę centymetrów za nią, bo wtedy się ją trafi; ach, te czasy, te wakacje, kiedy roje much z pobliskich gospodarstw wirowały wokół lampy, tracą życie na ohydnych lepach, wiszących w każdym pokoju.
No, może tyle, że nie było komputerów, a telefon najpierw był przywiązany sznurkiem do ściany. Już jednak tysiące lat wcześniej wysyłało się posłańca, którego los nie był zwykle szczęśliwy, jeżeli przynosił złe wieści, a od zarania rajskiego ogrodu i zmutowania małpy człowiek używał rozumu noszonego w głowie, a nie w plastikowej obudowie.
Wszystkie te odkrywcze refleksje opanowały mnie po raz kolejny (o muchach już chyba było) podczas zajęć ze studentami na temat pisania tekstów informacyjnych. Od ładnych kilku lat coraz bardziej zdumione roczniki wysłuchują mojej gadki o prawdzie, rzetelności, bezstronności, unikaniu ocen itd., wybuchając śmiechem, kiedy podaję im kolejne zasady stworzone w BBC i podają dziesiątki przykładów z szacownych mediów publicznych, znanych stacji telewizyjnych i modnych portali, gdzie pisuje się, mówi i podaje zupełnie inaczej. Złośliwie, stronniczo, intrygująco i intrygancko, obraźliwie, skrajnie nierzetelnie, kłamliwie, jak tam jeszcze, gdzie mój słownik synonimów... To tak jest dobrze, tak ma być, bo tak robią wielcy i mali, oficjalni i ci, którym się wierzy. Tak robią wszyscy, krótko mówiąc, taki jest świat zastany.
Pewnego roku studenci w skupieniu i zażenowanym milczeniu wysłuchali moich wyłuszczeń o zasadach pisania informacji, a potem cichutko poszli ze skargą do dziekana, że ta pani Bochwic jakieś przestarzale głodne kawałki im wciska, jakiś stary nieaktualny program jest tu w tej wspaniałej szkole wyższej. Przecież każdy, kto otworzy cokolwiek, słyszy i widzi, jak jest dobrze i nowocześnie, za co płacą, otaczają nimbem, szacunkiem (wróć, to też przestarzałe kompletnie, nikt takiego słowa matuzalema nie używa), za co prestiż, wysokie obcasy, czerwone szpilki marzeń, sława i chwała, znajomość z politykami a nie naiwniakami.
Taki jest ich świat zastany.
I to idzie dalej i coraz dalej.
Wiadomo, że nie ma nic śmieszniejszego, niż fikanie nogami, jak ktoś umiera albo kiedy głowy się toczą ulicami; albo kiedy głodne dziecko ugryza podarowaną kanapkę, a tu kiszka, plastelina, ha ha; albo kiedy można się wysikać na krzyż, pośmiać z kurdupla albo sprawnego inaczej; na chorobę najlepsze jest dobre lanie, a babie do twarzy z siniakami pod okiem, ale lepiej się jej podlizywać, to da.
Idzie dalej, coraz dalej. Za daleko?
