Każdy kraj ma takie święta, jakie sobie zachowa i wybroni. My mamy Święto Zmarłych i Dzień Zaduszny, Brytyjczycy – Halloween i Noc Guya Fawkes’a.
Polskie rodziny pokonują setki kilometrów, żeby spotykać się przy grobach bliskich, zapalić świeczkę, odmówić modlitwę za tych, którzy odeszli, pomyśleć o przemijaniu. Doroczna szansa, aby stanąć twarzą w twarz z Nieuchronnym, może próbować zmienić coś w swoim codziennym, zabieganym życiu, na mądrzejsze, lepsze? Tu, na Wyspach mamy dwie gigantyczne imprezy komercyjne, Halloween i Guy Fawkes Night. Pierwsza 31 października, druga – 5 listopada. Jedna jest rodzajem fancy dress party, balu przebierańców, druga – zabawową, skomercjalizowaną wersję procesji do złudzenia przypominającą pochody KKK. 5 listopada, jak kraj długi i szeroki - na pamiątkę egzekucji 17 katolickich spiskowców, którzy pod wodzą Guya Fawkesa zamierzali wysadzić w powietrze Izbę Lordów razem z królem Jakubem – widać procesje z płonącymi pochodniami, potem wysokie 3-metrowe stosy, na których palone są kukły katolickich spiskowców. A następnie, oczywiście, pokazy fajerwerków, które towarzyszą Brytyjczykom przy wszystkich ważniejszych życiowych okazjach. Tyle, że dziś to wszystko - pozostałości dawnych pogańskich obrzędów czy manifestacje religijnej nienawiści - ujęte są w ogromny cudzysłów, liczy się bowiem jedynie fun, zabawa. Dawne wizyty dzieciaków w okolicznych domostwach z okrzykiem „treat or trick!”, „smakołyk albo paskudny figiel” i rodzinne ogniska w ogródkach za domem w wigilię Wszystkich Świętych, zostały zastąpione Halloween, „karnawałem śmierci” dla dzieci i mocno zakropionymi alkoholem balami przebierańców dla dorosłych. Już na kilka miesięcy przedtem wiele fabryk w Chinach, gdzieś w Wuhan czy Giangzou pracują pełną parą, aby dostarczyć na czas całą tę plastykową halloweenową tandetę na rynek amerykański, brytyjski, kanadyjski i australijski.
Już na kilka tygodni przed 31 października zmienia się wygląd i sceneria brytyjskich miast, miasteczek i osiedli. Dosłownie wszędzie, w centrach handlowych i restauracjach, kinach i parkach, szkołach i przedszkolach miliony widmowych dyń z płonącą świeczką w środku. Sklepy zapełnione po brzegi stosownymi gadżetami, produkowanymi w Maroku czy Bangladeszu, o Chinach już wspominałam, kostiumy i akcesoria dla wiedźm i duchów, zombi, mumii i kościotrupów, do wyboru do koloru! Podkoszulki, już to z podobiznami bohaterów tej nocy, Frankensteina, księcia Draculi i wampira Nosferatu, już to gustownymi napisami „Go to hell!” albo „I love you, zombi!” W kinach – odpowiedni do okazji repertuar: najnowszy przebój Tima Burtona „Frankenweenie”, „Hotel Transylwania”, powtórki klasyki, m.in. pamiętnego „Lśnienia” z Jackiem Nicholsonem czy „Psycho” Hitchcocka lub dreszczowców nowej generacji jak „Krzyk” Wesa Cravena. W klubach i pubach udekorowanych na zamki Draculi lub czeluści piekielne, wieczorki, zabawy i bale. W restauracjach – specjalne menu np. zupa z dyni plus Scotish black pudding czyli po naszemu przysmażana kaszanka. Szkoły i przedszkola w pełnej gotowości, żadnych zajęć, jeśli nie liczyć malowanek i przebieranek, przemieniających dzieci w małe monstra. Stacje radiowe i telewizyjne przygotowują naturalnie programy specjalne, tak dla dzieci, malowanie buzi, szycie kostiumów, jak i dla dorosłych - „Frankenstein. A Modern Myth” na kanale 4. Konserwatywna prasa, a jakże, też przyłącza się do zabawy; w ub. roku Times udzielał porad na zabawę halloweenową pt. „Zrób to porządnie, a będziesz zadowolony”. W sumie - prawdziwa bonanza dla centrów handlowych i usługowych. Niedawno wyliczono, że tylko w sieci Woolworth, wydatki na kostiumy, gadżety i słodycze od roku 2001 do 2007 wzrosły z 14 mln w 2001 do 140 mln w 2007 roku. Tylko w jednej sieci!
Oczywiście, jeśli na 10 dorosłych zabawowiczów, nie mówiąc o niewinnej dziatwie, ma niejasne pojęcie o pochodzeniu Halloween, i jest to bardzo optymistyczny rachunek. Że początki tradycji toną w odległych pogańskich czasach, że wywodzą się prawdopodobnie z celtyckich obchodów jak festiwal Samhain (celtycki Nowy Rok zaczynał się 31 października), u nas pewnie z obrzędów wczesnosłowiańskich. I że w XI wieku zostały one przysposobione przez chrześcijaństwo, i pozostawiły ślad w obrzędach i obyczajach w dwóch postaciach: katolickiego Święta Zmarłych, protestanckim odpowiednikiem będzie tu All Souls Day, oraz w bliżej nieokreślonym All Hallow’s Eve, wigilii Wszystkich Świętych, z której ponoć wzięło się Halloween. Oczywiście, Anglicy twierdzą, że to Amerykanie zapożyczyli sobie Halloween od nich, bo przecież korzenie zabawy są celtyckie, ale jak było naprawdę, nie wiadomo. Za to na pewno wiadomo, że dziś Halloween zamienił się w wielkie Święto Mamony, które przyćmiło typowo brytyjską uroczystość tego okresu roku Noc Guya Fawkesa.
Prawda jest jednak taka, że jeszcze w latach 70. niewielu Brytyjczyków wiedziało, co to jest Halloween, za to wszyscy namiętnie święcili Guy Fawkes Night, zwaną też Nocą Ognisk. Dzieciaki myszkowały po strychach, szukając starych ciuchów i kapeluszy ojca, robiły kukłę Guya, a potem sadzały ją obok siebie na ulicy i prosiły o drobne na słodycze. A następnie te strachy na wróble uczestniczyły w pochodzie, aby na koniec spłonąć na ognisku. Bo te z kolei obchody, w przeciwieństwie do Halloween, łączą się z konkretną datą historyczną, 5 listopada 1605 rok, oraz dokładnie określonym miejscem – Londyn. To właśnie w Londynie 5 listopada katolik Guy Fawkes wraz z towarzyszami z Gun Powder Plot, czyli Spisku Prochowego, zostali aresztowani, kiedy zakładali pod Izbą Lordów ładunki wybuchowe, które miały wysadzić budynek w powietrze, razem z królem Jakubem I całym protestanckim establishmentem. Władca próbę zamachu przeżył, a wkrótce potem 17 spiskowców zostało skazanych na śmierć przez spalenie na stosie, który to wyrok został wykonany w ślicznym historycznym miasteczku Lewis niedaleko Brighton. Od tego czasu Anglicy - protestanci celebrują swoje zwycięstwo nad katolikami, urządzając doroczne procesje z pochodniami, paląc ogniska, a na nich kukły, Guya i jego towarzyszy, księży katolickich, zakonnic oraz papieża. Jeszcze w XIX wielu wieczorami 5 listopada angielskie Lewes było miejscem gwałtownych starć protestantów z katolikami, potem słychać było już tylko antykatolicką retorykę, a dziś jest to już tylko Noc Guya Fawkes’a, pretekst do przebieranek, palenia kukieł i pięknych pokazów fajerwerków. Kilka lat temu byłam 5 listopada w Lewes – a to, co zobaczyłam, wcale mi się nie podobało. Noc, ulicami maszerował parotysięczny tłum w białych lub czarnych szatach podobnych do tych noszonych przez członków tajnego bractwa Ku Klux Klan. W rękach pochodnie, kukły Guya, księży, zakonnic i papieża, które potem płonęły na ogromnych stosach przy akompaniamencie strzelających w niebo rac i wrogich antykatolickich komentarzy. Czuło się jeszcze to religijne napięcie, niechęć do konspiratorów, generalnie do katolicyzmu. Słyszałam głośno intonowane pieśni opowiadające o spisku i egzekucji jak „Remember, remember, the 5th of November, Gunpowder Treason and Plot”. Brrr… Przy restauracji tradycyjnej Nocy Guya Fawkesa akurat bym się nie upierała.
Jednak dziś - jak ze święta pogańskich Celtów, po komercjalizacyjnej obróbce, pozostały tylko wydrążone dynie - tak z Guy Fawkes Night jedynie noc ognisk, fajerwerków i zabawy. Tak oto cywilizowane społeczeństwa Zachodu dokonują aktu duchowego, historycznego i religijnego samobójstwa.
