Skandalem jest, że za brak autoryzacji, komunistycznego reliktu, który istnieje w naszym prawie prasowym, dziennikarzowi grożą sankcje karne. Dlatego nie ma co się cieszyć, że umorzono sprawę Natalii Ptak, która ponownie nie autoryzowała... odpowiedzi wysłanych mailem.

Kiedy rozmawiam z zachodnimi dziennikarzami, znaczna większość nie może pojąć, co to znaczy autoryzacja. Bo oczywistym jest, iż nagrywany wywiad z dorosłym i świadomym swych wypowiedzi człowiekiem nie wymaga takich zabiegów, jeśli wypowiedziane słowa zostaną wiernie przytoczone. W Polsce jednak dokładny cytat nie wystarcza. O ile rozmówca autoryzacji zażąda, odmówić jej nie wolno. Dodajmy, że czasem domaga się jej ktoś, kto wypowiedział dosłownie jedno, bardzo ogólne zdanie.

 Ale sprawa Natalii Ptak z tygodnika "Kulisy Powiatu", ukazującego się w powiecie wieluńskim, woła wręcz o pomstę do nieba. Dziennikarka w artykule pt. "Wójt wspiera czy poniewiera" opisała spór między wójtem gminy Konopnica - Mariolą Hernas a wieluńską poetką. Autorka tekstu przesłała mailem pytania pani wójt. I tą samą drogą dostała odpowiedź. Tymczasem Mariola Hernas chciała, by jeszcze autoryzować jej odpowiedzi, jakie zostaną wykorzystane w artykule. Dziennikarka uznała natomiast, że ponownie autoryzować przesłanego tekstu nie będzie.

Sąd Rejonowy w Sieradzu, do którego zwróciła się pani wójt, skazał Natalię Ptak za publikację nieautoryzowanych wypowiedzi na 500 złotych grzywny. Sąd Okręgowy właśnie ten werdykt uchylił, ale zrobił to z powodu znikomej szkodliwości czynu autorki artykułu. I zaznaczył, że wypowiedzi pani wójt przytoczono wiernie.

Tymczasem sam wymóg autoryzacji – w tym wypadku wręcz podwójnej – budzi wątpliwości prawników. Helsińska Fundacja Praw Człowieka złożyła w sądzie opinię w tej sprawie. Dorota Głowacka, reprezentująca fundację przypomniała, że w 2011 roku Europejski Trybunał Praw Człowieka uznał naruszenie swobody wypowiedzi przez Polskę i skrytykował nasze prawo prasowe dotyczące autoryzacji. Trybunał wskazał m.in. na nieproporcjonalny charakter sankcji grożących za niedopełnienie tego obowiązku i podkreślił, że polskie przepisy mogą być wykorzystywane jako narzędzie blokowania niewygodnych publikacji.

Natalia Ptak raczej do Strasburga nie pójdzie. Jednak sam pomysł ponownego autoryzowania wypowiedzi przesłanych mailem wydaje się niebywały. Zawiera bowiem założenie, iż piszący je „rozmówca” nie wie, co właściwie chciałby mediom przekazać. Niestety, W 2008 roku Trybunał Konstytucyjny orzekł, że autoryzacja gwarantuje "precyzję i pewność debaty publicznej". Moim zdaniem, raczej zmusza dziennikarzy do tracenia czasu na ponowne weryfikowanie tego, co już zostało dokładnie zarejestrowane. I sugeruje, iż np. politycy nie zdają sobie sprawy, co mówią, gdy udzielają wywiadu mediom. Jakie zatem wystawia im to świadectwo? Według mnie, ktoś, kto nie kontroluje tego, co mówi dziennikarzom, po prostu nie powinien z nimi rozmawiać.

Zachodnie media znakomicie radzą sobie bez autoryzacji. Nie są mniej wiarygodne niż te znad Wisły. Także zachodni politycy jakoś bez autoryzacji wygrywają wybory i prowadzą kampanie. Ale w Polsce do wpisanego do prawa prasowego w PRL wymogu wielu zdążyło przywyknąć. Dlatego dotychczasowe próby pozbycia się tego „kwiatka” spełzły na niczym. A niektóre przeprowadzone wywiady nigdy się nie ukazały w druku. Bo rozmówcy w ramach „autoryzacji” zmienili w nich tak wiele, iż redakcje zrezygnowały z publikacji tekstu, który nie miał prawie nic wspólnego z rzeczywiście przeprowadzoną rozmową. Rzadziej w takich wypadkach publikuje się obie wersje – tę zarejestrowaną i tę „autoryzowaną”. Wtedy doskonale widać, jaką to „precyzję” debaty oferuje czytelnikom autoryzacja.

 

Ewa Łosińska

 
Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl