Wściekłość i zawziętość, z jaką obecna koalicja – przy wsparciu dyspozycyjnych mediów – rzuciła się na SKOK-i, jedyny liczący się niezależny system bankowo – finansowy w Polsce, jest niezmiernie symptomatyczna dla zjawiska, o którym napisać trzeba: o ścisłej kontroli przez pewne kręgi dystrybucji pieniądza w Polsce po 1989 r.

Wiadomo – pieniądze szczęścia nie dają… Dopiero to, co można za nie kupić lub osiągnąć. A osiągnąć za nie można m.in. wolność, a przynajmniej jakąś swobodę manewru. Oczywiście nie mam tu na myśli sytuacji, kiedy pieniądz czyni człowieka swoim niewolnikiem, czyli zniewala. To oczywiście się zdarza, ale mnie idzie tym razem o coś innego.

Już w latach 1989-90 to, co dziś nazywa się Salonem Warszawskim, czyniło (uwieńczone sukcesem!) wysiłki, by zdobyć uprzywilejowaną pozycję finansową na różnych polach – przede wszystkim na polu medialnym. „Michnikowcy” wiedzieli bowiem już wtedy to, czego prawica wciąż zrozumieć nie umie: że bez pieniędzy nie da się robić polityki, bo nie ma się infrastruktury, nie ma się mediów, nie ma się wreszcie dobrych, mądrych i skutecznych ludzi (dobremu fachowcowi powinno się dobrze płacić, za grosze pracują amatorzy i nieudacznicy!).

Skutki widzimy dziś: prawica nie ma w ogóle pieniędzy, pieniądze są u przeciwników: u byłych komunistów, byłej pezetpeerii, u „liberałów”, u „demokratów”; o „służbach” w ogóle nie ma co mówić – te mają środki w dowolnych ilościach, zdobyte jak nie prawem, to „lewem” (vide np. afera „Żelazo” czy ostatnio Fundacja „Pro Civili”).

Walka o pieniądz wciąż trwa – i prawica generalnie tę walkę przegrywa. Pieniędzy nie mają niemal wcale „nasze” media elektroniczne (z kłopotami borykają się i Radio Maryja i TV TRWAM i Radio Wnet, o czym dramatyczne apele o reklamodawców, o wsparcie, o „honorowe abonamenty” o odpisy 1 proc. z podatku świadczą chyba dobitnie, zaś TVRepublika nadaje długie bloki komercyjne Telezakupy Mango). Żenująco niskie są honoraria w prawicowych gazetach, żenująco mało płacą autorom prawicowe oficyny wydawnicze… Nawet ważne ogólnopolskie instytucje życia publicznego co i raz zalegają z pensjami, wypłatami etc. etc.

Tymczasem u przeciwników wręcz śmierdzi pieniędzmi. Rządowe agendy nie żałują grosza dla „swoich”, sypiąc hojnie dotacjami, subwencjami, stypendiami, grantami itd. Im cel bardziej moralnie czy artystycznie wątpliwy, bardziej wredny (ale za to „nasz”!), tym szybciej pieniądze się znajdą, czego liczne filmy, spektakle, publikacje i działalność różnych gremiów (antypolskich, anty-wartościowych, antyreligijnych, antyludzkich wreszcie) dowodzą chyba niewątpliwie. Takie np. Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego (które można by spokojnie „przechrzcić” na Ministerstwo Antykultury i Zaprzaństwa Narodowego) rozdaje rokrocznie ciepłą rączką dotacje dla małych czy średnich pism i pisemek „w terenie”, ale tak się jakoś składa, że te pieniądze trafiają zwykle do krewnych i znajomych królika albo do środowisk genderowych, lewackich bądź antypolskich. Przez to upadł np. ciekawy niezależny warszawsko – łódzki magazyn Wojciecha Grochowalskiego „Kultura i Biznes”. Przez to upadło pewnie wiele interesujących inicjatyw kulturalnych i patriotycznych. Tu dodać muszę ciekawostkę: pisma W. Grochowalskiego nie chcieli wspierać także „nasi”, PiS tylko w kilku wypadkach, ponoć policzalnych na palcach jednej ręki, wsparł „KiB” jakąś dotacją… A pismo wychodziło – nieregularnie – przez kilka lat…

Antoni Krauze przerywał zdjęcia do filmu „Smoleńsk”, bo PISF pod światłym kierownictwem p. Agnieszki (nomen omen) Odorowicz odmówił pieniędzy. Podobnie było z filmem K. Zanussiego „Obce ciało” – PISF nie dał, dał dopiero Pan Minister ze swojej puli, widać zawstydzony, że artyście tej miary, co Zanussi, Polski Instytut Sztuki Filmowej odmawia wsparcia.

I tak to się plecie.

Władza i jej akolici pilnie strzegą każdej złotówki, jaka wypływa z budżetu państwa, samorządów i od prywatnych sponsorów, żeby, broń Boże, nie trafiła ona do opozycji, do gremiów i instytucji od władzy niezależnych. Ich trzeba po prostu zagłodzić na śmierć! Zaś prawica nasza kochana słodko sobie drzemie w tej kwestii, zadowolona z tego, co ma. Gdyby było inaczej, owa prawica przejawiłaby jakieś inicjatywy, jakieś ostrzejsze działania marketingowe, rynkowe, biznesowe. Znam ludzi, którzy napraszali się, żeby wesprzeć finansowo niezależne inicjatywy, które docelowo miałyby przynieść „naszym” wymierne finansowe korzyści, ba, sam tu i ówdzie z takimi pomysłami występowałem. W każdym przypadku były to głosy wołających na puszczy.

Z firm, które nie płacą albo płacą źle i nieregularnie, odchodzą ludzie, zwykle najlepsi, bo ci mają szansę znaleźć sobie „na mieście” coś odpowiedniego. Zostają więc słabsi – a zatem obniża się ogólny potencjał opozycji.

Warto o tym pomyśleć choćby przed prezydenckimi wyborami. Choć oczywiście nie tylko.

Stare powiedzenie głosi: kto nie ma miedzi, ten w domu siedzi. Siedzi, a nie wybiera się z dziurawymi kieszeniami na podbój świata. Może się bowiem tylko ośmieszyć.     

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl