Dziwny to był tydzień. Pełen wydarzeń, których logiki nie sposób na razie zrozumieć. Ba! Jestem pewien, że niektórych nie pojmę nigdy, bo wygląda na to, że nie rozumieją ich nawet sami autorzy.

    Jeszcze w zeszły piątek wpolityce.pl poinformował o możliwej zmianie na stanowisku naczelnego „Wprost”. Sylwestra Latkowskiego miałby zastąpić Tomasz Wróblewski. Wydawca natychmiast i całkiem oficjalnie zaprzeczył. Tymczasem w poniedziałek zmiana została dokonana. Po co robić z gęby cholewę zamiast na trzy dni nabrać wody w usta nie wiadomo, ale i tak był to dopiero początek.

    Potem medialny światek obiegła wiadomość, że wydawca „Wprost” i „Do Rzeczy” w czasie publikowania taśm z „Sowy i Przyjaciół” z własnej inicjatywy spotkał się z funkcjonariuszem ABW. Z jego oświadczenia wynika, że zrobił to dla dobra redakcji i całej Polski, ale wynika to dość niejasno, bo oświadczenie do jasnych nie należy. Zapewne żeby sprawę rozjaśnić Michał Lisiecki wyjaśnił na Twitterze, że „z perspektywy czasu ocenia (owe kontakty z ABW) jako bezsensowne i bezwartościowe”.

    Aha. Żeby było jeszcze jaśniej to według wydawcy „Wprost” spotkania nie były kontynuowane, jednak ABW otrzymywała regularnie teksty tygodnika w momencie gdy trafiały do drukarni czyli przed ich pojawieniem się w kioskach. Tu Lisiecki upiera się, że nie udostępniał służbom artykułów tylko… pliki z całym wydaniem. Od razu jaśniej prawda?

    Kolejny snop światła rzuciła też niezależna.pl donosząc: „Lisiecki chciał spotkać się z Tuskiem ws. taśm. Znamy treść listu do premiera”. List przeczytałem i doszedłem do wniosku, że nie tyle chodziło o propozycje spotkanie Lisiecki – Tusk, co o spotkanie premier – redakcja plus wydawca. Jednak i tak nie jest jasne w jakim właściwie celu miałoby dojść do tego spotkania. Pewnie dla dobra wydawnictwa, redakcji, no i całej Polski. Uff! Z niecierpliwością czekam na następne rozjaśniające sprawę wyjaśnienia.

    A teraz z innej beczki. Wpolityce.pl bardzo ucieszył raport KRRiT z monitoringu wyborczego. Powodem zadowolenia były opinie wydane dziennikarzom TV Trwam. Fragment jednej brzmi tak: „dziennikarz odnosi się do gości z szacunkiem, zadaje raczej wygodne pytania, nie prowokuje ani nie atakuje. Życzliwie wyraża aprobatę dla słów gości.” Fragment drugiej jest podobny: „dziennikarz odnosi się do gościa z szacunkiem. Nie konfrontuje jego wypowiedzi, ma stosunek afirmujący”. Wszystko jasne poza tym dlaczego niezadawanie trudnych pytań jest powodem do dziennikarskiej dumy?

    Marszałek Radosław Sikorski przegrał proces z „Faktem”. Chciał by redakcja poniosła odpowiedzialność za obraźliwe wpisy pod jego adresem na portalu fakt.pl. Przegrał, bo redakcja udowodniła, że portal posiada specjalne oprogramowanie do wykrywania oraz usuwania obraźliwych i wulgarnych wpisów, ale niestety internauci pisali tak nieortograficznie, że program owych wpisów nie rozpoznawał. Tak oto brak korekty na forach czyni internautów bezkarnymi. Mam pytanie czy dałoby się ową bezkarność rozszerzyć na dziennikarzy? Mielibyśmy przynajmniej jakiś pożytek z tego, że większość wydawców zlikwidowała lub poważnie ograniczyła działy korekty.

    Taki „list żelazny” bardzo by się przydał Wojciechowi Czuchnowskiemu. Po jego artykule „Generałowie na podsłuchu” komendant główny policji doniósł prokuraturze, że dziennikarz „Wyborczej” złamał słynny art. 212. W ramach wyjaśniania sprawy o stosowanie przez policję być może nielegalnych podsłuchów komendant postanowił niczego nie wyjaśniać czytelnikom gazety (np. w trybie sprostowania) tylko od razu rozjaśnić w głowie pismaka, że za taką próbę objaśniania świata może go czekać dłuższa chwila w ciemnej celi.

    I na koniec rzecz właściwie prawie bez znaczenia. Śledztwo w sprawie molestowania w TVN chwilowo utknęło. Prokuratura musi bowiem przetłumaczyć raport z wewnętrznego śledztw stacji na język polski, bo jedyna wersja wyniku prac komisji jest po angielsku. Wprost nie do uwierzenia.

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl