Podejmuję tę polemiką nieśmiało i z pewnym zawstydzeniem Jakże to, bez wykształcenia teologicznego pcham się w problematy religijne?

Skoro jednak trzech dziennikarzy-publicystów: Filip Memches, Tomasz Terlikowski i Marcin Zdort - pozwolili sobie niedawno na publiczne uwagi krytyczne pod adresem duchownych (nawet papieża), to może i mnie wolno by było wtrącić własne trzy gorsze.

Otóż dominikanin o. Ludwik Wiśniewski w artykule „Wystarczy szczera skrucha” wydrukowanym w „Rzeczpospolitej” 19 marca, przeciwstawia się ortodoksyjnym, jak osądza, poglądom tych publicystów w odniesieniu do „dyżurnego” od kilku dobrych miesięcy tematu o możliwości lub niemożliwości przystępowania do komunii świętej wiernym żyjącym w niesakramentalnych związkach. O ile wiem, spór ten wywołał biskup niemiecki. Katolicyzm w Niemczech jest wszak pod silnym i bodaj coraz agresywniejszym wpływem protestantyzmu. A w tym odłamie chrześcijaństwa nie ma ani spowiedzi indywidualnej, chyba że „petent”, tak o. Wiśniewski określa klęczącego przy konfesjonale, życzy jej sobie; nie ma też w protestantyzmie pojęcia-wartości małżeństwa sakramentalnego (bo tam od Lutra i Kalwina nie ma żadnych sakramentów) ani więc w logicznym następstwie pojęcia-wartości nierozerwalnego, dozgonnego małżeństwa.

Dominikanin jakby zezłoszczony na publicystów uważających, że związek kobiety i mężczyzny bez ślubu kościelnego jest grzechem permanentnym uniemożliwiającym przystępowanie do komunii św. - pisze z wyczuwalną dla czytelnika pasją: „Pan Terlikowski ogłasza, że dopuszczenie do komunii małżeństw niesakramentalnych to «totalna destrukcja katolickiej moralności i zastąpienie  jej niemoralnością świata». Przez całe wieki nadgorliwi teologowie budowali «płoty» w obronie «katolickiej ortodoksyjnej moralności», która często była moralnością bez miłości. Proszę bardzo, i dzisiaj możemy sobie pobudować nowe «płoty» oddzielające grzeszników od Kościoła, ale - ostatni już raz pytam - czy będzie to jeszcze chrześcijaństwo, religia miłości i miłosierdzia, czy już sekta?”.

            Co miałoby znaczyć w chrześcijaństwie „moralność bez miłości?” Pięknie brzmiący, oszukańczy sofizmat. Albowiem w tej religii brak miłości jest po prostu niemoralnością. Do Dekalogu Twórca naszej kultury dodał fundamentalne i inicjujące Dekalog: przykazanie o miłowaniu Boga, bliźniego (i siebie). W imię tej miłości-moralności (oba dobra duchowe zrastają się w jedną rzeczywistość) trzeba się wzajemnie upominać, aby nie przyzwalać na grzechy własne i cudze. U Mateusza jest zapisane pouczenie, że jeśli brat czyni źle, to trzeba mu zwrócić uwagę, a gdy ingerencja nie poskutkuje, powtórzyć upomnienia przy świadku. Czyli zło jednostki przestaje być „jej sprawą”, dotyka innych, którzy je dostrzegają. Jakże katolicki był w tym wymiarze niewierzący Albert Camus, który w „Upadku” i w esejach uwydatnia konsekwencje społeczne zła jednostkowego. Mateusz cytuje dalszy ciąg tego imperatywu: jeżeli upomnienie w obecności osób trzecich nie skutkuje, wówczas należy wiadomość o źle brata przekazać synagodze. Bo ostatecznie jej słudzy muszą brać odpowiedzialność za zło każdego należącego do wspólnoty synagonalnej (kościelnej, religijnej). To jest zapowiedź obowiązku kapłańskiego poznawania grzechów wiernych i zarazem stosowanej od wczesnego średniowiecza ekskomuniki wobec zatwardziałych grzeszników-gorszycieli.

            Ojciec Wiśniewski w swej diatrybie wymierzonej w Memchesa, Terlikowskiego i Zdorta abstrahuje w ogóle od Ewangelii. To osobliwie niepokojące że w ostatnich czasach kilku duchownych rzymskokatolickich na łamach prasy opiniotwórczej głosi poglądy, z których wynika, jakby nie znali Nowego Testamentu albo nad konkretnymi jego zapisami przechodzili do porządku. Są w nim przecież jasne zapisy słów Jezusa, że kto przyjmuje żonę (lub męża) z zawartego według prawa małżeństwa – cudzołoży. A cudzołóstwo nie jest wymysłem Kościoła, jak na przykład celibat, acz w Kościele rzymskokatolickim bezwzględnie przestrzegany. Zakaz cudzołóstwa jest szóstym przykazaniem Dekalogu, który obowiązuje (obowiązywać powinien z mocy wiary) również bez ustępstw całe chrześcijaństwo, bo Dekalog zatwierdził Jezus.

            Ma On moc odpuszczanie wszystkich grzechów. Odpuszczanie winy jest najwspanialszą wartością chrześcijaństwa, acz nie bezwarunkową To tylko my sobie, dla wygody, tłumaczymy, że zawsze każdemu zło każde trzeba odpuszczać bez zmrużenia oka. Zapominamy natomiast, a dzisiejsi duszpasterze podobni do o. Wiśniewskiego pogłębiają, jakby gardzili Ewangelią, owo zapominanie że Jezus przebaczał, nie wymagając skruchy,  j e d y n i e  tym, którzy nie byli świadomi swej grzeszności („nie wiedzą, co czynią”). Innym odpuszczenie obwarowywał, po pierwsze, wyznanym przez nich żalem (np. tzw. „dobremu łotrowi” na Golgocie); po wtóre – niepopełnianiem więcej niegodziwości („idź i nie grzesz więcej”).

Kapłan katolicki w konfesjonale ma tę samą moc rozgrzeszania („komu grzechy odpuścicie, są im odpuszczone”)  pod  t y m i  s a my m i  w a r u n k a m i: żalu i spełniania nakazu niegrzeszenia więcej Przeto skoro związek nieuświęcony przez kapłana przed ołtarzem jest (patrz wyżej) permanentnym cudzołóstwem, a przystępujący do spowiedzi nie chce z niego zrezygnować, czyli zamierza trwać w tym grzechu, to nie wykonuje zapisanego w Ewangelii polecenia „nie grzesz więcej”, w takim razie jak kapłan w imię Twórcy tego nakazu może trwającemu w związku niesakramentalnym udzielić absolucji? Byłoby to sprzeczne z nauką jasno przecież wyłożoną w Ewangelii.

Znamienna może się tu też wydać przypowieść o synu marnotrawnym. Ojciec pozwolił mu nadal korzystać ze wszystkich swoich dobrodziejstw, gdy syn doń powrócił. Czyż nie oczywista jest ta parabola: duchowe dobra Kocioła, które mu dano tysiąc dziewięćset osiemdziesiąt dwa lata temu (m. in. komunia św.), są dostępne jedynie tym, co powracają…

            Nie rozumiem więc, jak niektórzy kapłani i teologowie katoliccy (o prawosławnych nic nie wiem) mogą lekceważyć te zapisy. Powiedziałbym nieco przenośnie, że uprawiają sofistykę miłosierdzia. Owa wartość staje się w ich interpretacji, może nieświadomie, mistyfikacją ewangeliczną, wytrychem, którym można „pootwierać” wszelkie przebaczenia bez żadnych warunków.

Podsumowując – bez „niegrzeszenia więcej” nie ma kasacji grzechów, ale oczywiście jest i musi być - miłosierdzie wobec grzeszącego, od którego Kościół otwarty nań, i na wszystkich  ludzi,  oczekuje nieustannie powrotu, jak ojciec syna marnotrawnego.

Jakie będą skutki publicznego ignorowania Ewangelii przez niektórych duchownych, dowiemy się niebawem. Leszek Kołakowski napisał kiedyś, że najgorszy wysoki aparatczyk PZPR nie wyrządza tyle szkód moralnych, ile trochę niemoralny ksiądz.

Ale przecież mamy zapewnienie, że „bramy piekielne nie przemogą” Kościoła. Pies więc szczeka, karawana rzymskokatolicka pójdzie dalej…

Jacek Wegner

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl