Byłym pracownikom TVP wyoutsourcingowanym do firmy Leasing Team grożą zwolnienia dyscyplinarne. Dokładnie to grożą one tym z pośród nich, którzy nie poddadzą się „ocenie kwalifikacji zawodowych”. Z kolei tym, którzy „ocenie” się poddadzą grozi utrata pracy w ramach zwolnień grupowych. Jak nie kijem go to pałką.
W zeszłym roku, aby – jak to ujął prezes TVP – uniknąć zwolnień grupowych telewizja publiczna dokonała outsourcingu ponad 400 pracowników (w tym oczywiście dziennikarzy). „Operacja outsourcing” zawierała roczną gwarancje zatrudnienia i oto właśnie niedługo przed upływem tego terminu zwycięska w przetargu na ludzi firma Leasing Team, doszła do oczywistego wniosku, że dłuższe leasingowanie byłych pracowników TVP nie jest opłacalne. Nie jest, bo jak Leasing sam przyznaje w komunikacie taka ilość pracowników telewizji publicznej nie jest już potrzebna, ergo Teamowi potrzebna też nie jest.
Po co więc było robić całe zamieszanie skoro od początku było wiadomo, że zwolnień grupowych się nie uniknie? A po to, żeby było taniej. Zwalnianemu w ramach zwolnień grupowych przysługuje dodatkowa odprawa zależna od długości zatrudnienia w zwalniającej firmie. Niektórzy outsourcingowani przepracowali w tv wiele lat, więc ich zwolnienie byłoby dla TVP dość kosztowne. Tymczasem w Leasing Team nikt z nich nie przepracował więcej niż rok i w związku tym należą im się jedynie najniższe z przewidzianych prawem odpraw. Można zacytować klasyczny tekst z filmów o mafii „To nic osobistego. To tylko biznes”. No i jak to w biznesie, biznes jest do przodu, a pracownicy do tyłu.
Wygląda na to, że publiczna telewizja nie tylko nie przejmuje się obowiązkiem realizacji tzw. misji w swoim programie, ale też podobnie przejmuje się duchem prawa pracy. Specjalnie piszę o „duchu prawa”, bo być może w sądzie okaże się, że cały ten deal z outsourcingiem jest zgodny z prawem choć niezgodny z jego duchem, czyli z obowiązkiem zagwarantowania odpowiednich odpraw pracownikom zwalnianym nie z ich winy. Może jednak się mylę i sąd przypomni, że choć istnieją różne kruczki prawne to istnieje jeszcze coś takiego jak zasady.
A propos zasad. Wydawało mi się, że powstające dwa lata temu media same siebie określające jako „niezależne” i „niepokorne” też odwołują się do jakiejś misji. Miała ona polegać m.in. na tym, że będą oferować coś co tzw. mainstreamowi jest z natury obce. Tymczasem okazuje się, że plotka o wydawaniu przez Fratrię (wydawca m.in. „wSieci”) tabloidu to prawda. Będzie to „tabloid konserwatywny”. Jestem ciekawy efektu, bo mnie się zdaje, że czytelnicy tabloidów są konserwatywni jedynie w tym względzie, że są przywiązani do tradycyjnego źródła informacji czyli magla. No ale może dla niepokornej Fratrii tabloid to nic osobistego. To tylko biznes.
Doprawdy mieszanie misji i biznesu daje ciekawe efekty. Dziennik Polski ogłosił właśnie wyniki swojego konkursu na Krakowian Roku 2014. W wydaniu papierowym udało się wszystko bez wpadki, ale w Internecie jak to w Internecie. Otóż pomiędzy tekstem „w kategorii społeczeństwo zwyciężył ksiądz” a rozwinięciem „Andrzej Augustyński, szef Stowarzyszenia Siemacha, które prowadzi innowacyjne placówki dla dzieci i młodzieży. Laureat z powodu rekolekcji nie mógł przybyć na galę, w jego imieniu nagrodę odebrały przedstawicielki wychowanków stowarzyszenia” wdarła się automatycznie generowana reklama. Tym razem padło na „stringi otwarte w kroku za 22,50”. No ale wiem na pewno, że to nic osobistego (poza bielizną). To tylko biznes.
