Tak jak niedawno Krzysztof Kłopotowski nadał swemu tekstowi o głośnym (i antypolskim zarazem) filmie tytuł „«Ida» wiecznie żywa”, tak mógłbym temat kolaboracji dziennikarzy z UB/SB nazwać „wiecznie żywym”. Znalazłem go w eseju Wojciecha Reszczyńskiego „Jakie media, takie społeczeństwo” zamieszczonym w niedawno wydanej książce „Wygaszanie Polski” (wyd. Biały Kruk). Pozycja to znakomita, której wartości nie sposób przecenić, zawiera wypowiedzi 21 autorów, publicystów, naukowców-historyków, polityków.
Z treścią metafory Reszczyńskiego trudno mi się jednak w pełni zgodzić, gdyż uważam, że odwrotnie: jakie społeczeństwa, takie media. Lecz nie kruszę kopii o moją rację, bo byłby to spór akademicki. Najważniejsza jest prawda, że i społeczeństwo, i media są zdemoralizowane, zepsute; rzecz jedynie - w jakim stopniu i dlaczego. Stopnia nie da się jednoznacznie określić, każdy miałby tu własną miarę. Natomiast przyczyny wydają się łatwe do wskazania: społeczeństwo jeszcze niecałkiem przezwyciężyło aberracje wywołane czterdziestopięcioletnią dyktaturą PPR/PRPR; a media świadomie uległy deprawacji – dla korzyści płynących z przytulania się do władzy, która jak jej poprzedniczka z PRL hojnie nagradza serwilizm. Z jednej więc strony, nazwijmy rzecz po imieniu, głupota, z drugiej cynizm.
Autor genezę tego cynizmu tłumaczy opinią prof. Włodzimierza Sulei, że „około połowa dziennikarzy przed rokiem 1989 współpracowała ze Służbą Bezpieczeństwa”. Wyjaśnienie byłoby za proste, nie chodzi bowiem o bezpośrednią kolaborację dziennikarzy z tajną policją polityczną. W Polsce pojałtańskiej - tu możemy się bezowocnie sprzeczać- kolaborowała połowa, mniej czy więcej niż połowa etc. Prawda jest boleśniejsza. Dziennikarze w Polsce pojałtańskiej wcale nie musieli być wpisywani na listę konfidentów, ponieważ i tak płodami swej pracy zaspokajali zapotrzebowanie partii i Służby Bezpieczeństwa. Antoni Dudek do kategorii w s p ó ł p r a c o w n i k ó w tajnej policji politycznej zalicza wszystkich, którzy pracując w niektórych zawodach byli reżymowi szczególnie przydatni i mieli tego świadomość. Byli to ludzie „którzy stanowili znacznie ważniejsze niż OZI (osobowe źródła informacji - J. W.) filary dyktatury. Mam tu na myśli przede wszystkim funkcjonariuszy bezpieki i aparatu partyjnego PZPR, a także dyspozycyjnych sędziów i prokuratorów oraz kłamiących przez lata pracowników frontu ideologicznego, rozciągającego się od dziennikarzy przez nauczycieli aż po wspierających władze ludzi kultury. Czyli najważniejszych współpracowników reżymu”.(A. Dudek, Instytut. Osobista historia IPN, Warszawa 2011, str. 192). Ze smutkiem trzeba więc dziś stwierdzić, że w PRL lwia część środowiska dziennikarskiego świadczyła rządzącym usługi propagandowe, były one nieraz wielekroć ważniejsze od niejednych donosów wytrawnego szpicla zarejestrowanego. Media dyspozycyjne wobec dyktatury partyjnej wpływały na społeczeństwo, zastraszone, gotowe do akceptacji każdej nikczemności władzy. Oddziaływania były obopólne, cybernetycy ukuli niegdyś określenie „sprzężenie zwrotne”. I taka w istocie zależność zachodziła i zachodzi między mediami a społeczeństwem. Ono nie chce żadnej „czwartej władzy”, bo po doświadczeniach peerelowskich żadnej nie ufa; media zaś gardzą społeczeństwem i wiedzą, że bez trudu można je ogłupiać i brać za to od establishmentu apanaże. Powstaje iście infernalny okrąg, z którego na razie nie ma wyjścia. Ale dziennikarze, jak ci z przywoływanej książki - uczciwi – powinni mimo to pracować nad tym, żeby wyrwać społeczeństwo z inercji moralnej, mówiąc potocznie, otwierać mu oczy na zło dziejące się z nim i wokół niego. Jeśli się uda, w najlepszym razie po dziesięcioleciach, wtedy potomni powiedzą z dumą, że mamy takie społeczeństwo, jak media i media takie, jak społeczeństwo.
Na razie w naszym zawodzie, z coraz liczniejszymi na szczęście wyjątkami, rzemieślnicy pióra są podobni do Dziennikarza z „Wesela”, który dostaje kaduceusz, żeby mącić nim wodę. A inni już publicznie piętnują złe rządy, skorumpowane, nieudolne, nieuczciwe, lekceważące obywateli; wskrzeszają powoli tradycję dziennikarstwa polskiego, niezależnego od władzy, przeciwstawiającego się jej, bo właściwie, tak myślę, każdy dziennikarz powinien być opozycyjny wobec każdej władzy. Maluję sobie czarnobiały świat wartości naszej profesji: albo oportunizm, albo opozycja. Wybieram zawsze tę drugą postawę - dla spokoju sumienia.
Wszelako dostrzegam w środowisku uczciwych dziennikarzy brzydkie pozostałości schorzeń dziennikarstwa peerelowskiego – przede wszystkim skłonności do tworzenia koterii, klik i tzw. sitw. Jeśli więc publicysta mający zdrowe, antyreżymowe poglądy, umie je właściwie artykułować w piśmie i mowie, a nie jest towarzysko ściśle związany z grupą dziennikarzy z tzw. pierwszych stron gazet, jak on niezależnych, to na nic: nie będzie publikowany, najwyżej w jakiś zakamarkach medialnych, skąd głos prawie nigdzie na zewnątrz nie dociera. Jaskrawym przykładem owej „klikowatości” jest działalność publicystyczna Krzysztofa Masłonia. Od wielu lat prowadzi na łamach „Plusa Minusa” bezpośredni czy pośredni przegląd bestsellerów. Nigdy nie wspomina tam o książkach dość wartościowych, ale pisanych przez autorów, do jakich jest z różnych powodów uprzedzony.
W książce o wygaszaniu Polski Masłoń pod tytułem pozbawionym powabu językowego: „Jest super, jest super, więc o co mi chodzi”, chwali Sienkiewicza. I dobrze. A jednak nie wspomina, że kilku publicystów od pewnego już czasu upomina się o autora „Trylogii”. W listopadzie zeszłego roku na przykład dwóch, i co jest budujące: z różnych generacji, mówiło w klubie Ronin, gdzie Masłoń ostatnio bywa, o wartościach Sienkiewicza potrzebnych naszemu życiu duchowemu i umysłowemu niczym tlen płucom. I przywołanie tej wiadomości mogłoby Masłoniowi ułatwić wyrazistsze i efektowniejsze spuentowania refleksji nad współczesnym znaczeniem naszego noblisty z 1905 r.
Masłoń utyskuje, że „rozliczeniami przeszłości nie da się zamydlić oczu potencjalnym czytelnikom. Rozliczenia te, niezbędne i niestety w pełni niedokonane, ograniczały się do wiwisekcji konfliktów polsko-żydowskich, wiwisekcji choć potrzebnej, to jednostronnej i wielu wypadkach fałszywej”. Tak, fałszywej! Masłoń przeprowadzając w „Rzeczpospolitej” (6-7 kwietnia 2002 r.) wywiad z węgierskim laureatem Nagrody Nobla, Żydem z pochodzenia, powiedział: „...w Polsce mamy do czynienia obecnie, w związku ze sprawą Jedwabnego, z bardzo opornie przyjmowaną przez społeczeństwo ekspiacją za antysemityzm i współudział w zbrodni dokonanej na narodzie żydowskim”. Jest to tak sformułowane, że wynika, iż w zbrodni na Żydach brało udział społeczeństwo polskie. Wszelako nie wiadomo, jaka część owego społeczeństwa polskiego: duża, mała, a może całe?
Autor nie znał widocznie o wiele wcześniejszej wypowiedzi Szymona Wiesenthala, nie przyjaznego przecież duszy polskiej, który na falach Radia Wolna Europa 2 stycznia 1989 r. skonstatował: „nie mogę oskarżać 36 milionów Polaków za tych kilka tysięcy szmalcowników”. Natomiast Masłoń mógł oskarżyć społeczeństwo, którego jest cząstką. Jego opinia, jak to dzisiaj jest w mediach przyjęte, nie została w żadnym sposób uzasadniona, poparta faktami, liczbami etc., nie wzbudziła też rezonansu ani środowisk naukowych, ani dziennikarskich. Napisałem list do redakcji. Inkryminowany odpowiedział na łamach, że tak, to prawda, społeczeństwo polskie uczestniczyło w zbrodni na narodzie żydowskim i może to potwierdzić jego stryj, który był w AK. Wobec tego argumentu nie mam w tej materii nic więcej do powiedzenia. Tylko skłonić mi głowę przed rzetelną i uczciwą wiedzą autora o Holocauście, w którym uczestniczyli Polacy, a jeżeli nie partycypowali masowo, to tylko dlatego że Hitler odrzucił ich (nasze) oferty pomocy w mordowaniu Żydów. Po publikacji „Sąsiadów” Jana Tomasza Grossa stwierdzili w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” ówczesny naukowiec IPN Paweł Machcewicz i publicysta Konstanty Gebert, oczywiście nie wskazując najmniejszych przesłanek, ot tak, jakby na przykład konstatowało się zimą, że jest upał: „w wymordowaniu Żydów Polakom przeszkodziła jedynie pogarda, jaką byli darzeni przez Adolfa Hitlera (...) porównywanie kolaboracji francuskiej czy ukraińskiej z brakiem kolaboracji w Polsce jest jednak o tyle chybione, że to Hitler nie chciał mieć Polaków za swoich kolaborantów(...) Polska rzeczywiście nie ponosi zorganizowanej odpowiedzialności instytucjonalnej za współudział w Zagładzie Żydów, czego nie można powiedzieć o żadnym innym kraju Europy. Ale byli chętni do udziału w takiej Zagładzie. Tylko Hitler wzgardził ich ofertą”. Cynizm elit zawładnął Trzecią Rzeczpospolitą, jak Pierwszą w latach 1697-1788.
Przepiękny jest wstęp do wspomnianej książki pióra wydawcy, Leszka Sosnowskiego, wspaniały język, znakomity tytuł: „Niewola bez kajdan. Rozbiory bez zmiany granic”. Autor pisze o przehandlowywaniu Polski przez rządy „okrągłostołowe”. To jest straszliwa prawda, ale dlatego że taka, domaga się uzupełnienia, wskazania genezy, która obnaża nieuleczone (czyżby i nieuleczalne?) schorzenia naszych dusz.
Proces handlowania Rzeczpospolitą rozpoczął się u schyłku panowania Jana Kazimierza. Po spustoszeniach materialnych i politycznych „potopu” (mutatis mutandi niczym po II wojnie światowej) osłabiona Rzeczpospolita zawarła z Moskwą w 1667 roku rozejm w Andruszowie. Na jego mocy nasze państwo oddawało „w zastaw”, czyli teoretycznie tymczasowo, a w rzeczywistości na zawsze, terytorium większe od dzisiejszej Polski tudzież zaakceptowało kondominium moskiewskie na Zaporożu, zezwalało wtrącać się w wyznanie swych obywateli tam mieszkających. Faktycznie więc oprócz ziem Rzeczpospolita traciła też suwerenność w części swego obszaru. Szlachta do cna już zdemoralizowana i ogłupiała przez oligarchów (znów, zachowując konieczne proporcje, jak dzisiaj nasze społeczeństwo i niemała część dziennikarzy) musiała opuścić swe majątki i uzależniła zgodę na sejmową ratyfikację traktatu, czyli oddanie Moskwie tych ziem, od wypłacenia s o b i e odszkodowań z jednego miliona złotych polskich, która Moskwa wypłaciła Rzeczypospolitej. Była to suma ogromna, w części podzielona, w części rozkradziona (znowu: toutes proportions gardee, jak dzisiaj majątek wspólny społeczeństwa i państwa). Przy czym warto zauważyć, że Moskwa jeszcze wtedy płaciła nam za to, co brała. Od śmierci zaś Jana III (1696) do 1989 r. Rosja kazała zaś sobie płacić za to, co zagrabiała.
Rozdzieleniem pieniędzy zajęła się komisja sejmowa. Pierwszą jej czynnością było wyłonienie komisarzy, którzy pojechali do Moskwy po pieniądze. Pobrali pierwsze kwoty z owego jednego miliona tytułem honorarium... za fatygę podróży. Przy rozdziale pieniędzy komisarze upijali się, sprzeczali, a „większą część (sumy – J. W.) przeznaczyli na rozmaite donacje i podzielili między siebie” – napisał Michał Kulecki (według: „Wygnańcy ze Wschodu. Egzulanci w Rzeczypospolitej w ostatnich latach panowania Jana Kazimierza i za panowania Michała Korybuta Wiśniowieckiego”). Jednak nikt nie miał, czytaj: nie chciał, znaleźć dowodów na kradzież,. ponieważ „to nie dziesięciu albo piętnastu narzeczoną sumę brali, ale wszyscy(...) w walce o pieniądze każdy argument był dobry bez względu na jego wartość”. Złodzieje, których nazywano elegancko komisarzami, nie zostali pociągnięci do odpowiedzialności – jak dzisiaj rządzący za, mówiąc kolokwialnie, „przekręty”.
Po stu latach z niewielkim okładem Adam Poniński sprzedał Rosji ogromną połać własnego kraju, inicjując rozbiory tego wciąż jeszcze największego terytorialnie państwa w Europie. A nie minęło dwadzieścia lat i naród się obudził. Posłowie Sejmu Czteroletniego w 1790 r ogłosili. Ponińskiego zbrodniarzem stanu i nieprzyjacielem ojczyzny, odebrali mu nazwisko, mógł używać tylko imienia. A myśmy salwą honorową grzebali Bierutów i Jaruzelskich. Mazowieckiego pochowaliśmy z honorami; ba – niedawno ustanowiliśmy nagrodę medialną jego imienia. Byłym przywódcom Polski współczesnej: Kwaśniewskiemu, Cimoszewiczowi, Oleksemu, Komorowskiemu, Tuskowi-Kopacz włos nie spadł i nie spada z głowy. Jeszcześmy po kataklizmie 1939 r. nie ocknęli się z letargu, bo nie ma kto nas przebudzić. Piłsudscy nie rodzą się na kamieniu, a trudną w materializacji naukę św. Jana Pawła II odrzucamy z hedonistyczną premedytacją.
I jeszcze jedna dawna plaga nas trapi. Powinna być w tej książce zdemaskowana. W konstytucji sejmowej z 1562 r. szlachta, w dzisiejszym języku klasa średnia, najbardziej w dziejach kulturotwórcza, której dziś nie mamy, zakazała łączenia urzędów; prawo to nazwała z łacińska incompatibilia. Po półwieczu szlachta de facto utraciła władzę, acz nadal uważała, że żyje w państwie dla siebie demokratycznym. My też ulegamy identycznym złudzeniom. Cechą olbrzymiej większości oligarchów wszystkich epok w każdej szerokości geograficznej jest nieopanowana żądza bogactwa, a najłatwiejszym sposobem jego posiadania jest władza, władza, na wszystkich szczeblach. Gdy rządzi oligarchia, obojętnie jakiego koloru ideologicznego czy bezkolorowa, jak dzisiaj, to – „nam wszystkim zewsząd nędza”.
Zasada incompatibilia była jako tako przestrzegana w Dwudziestoleciu, dopóki czuwał Piłsudski, jak Jan Zamoyski „trybun klasy średniej”. W PRL została podeptana satrapią rosyjsko-sowiecką przez jej polskich namiestników. I nie odrodziła się w dzisiejszej Polsce, gdzie posłowie są ministrami, w ogóle wyższymi urzędnikami państwowymi, wojewodowie i starostwie zaś uzależnieni od partii politycznych. Nierespektowanie incompatibiliów przytrafiło się nawet na ostatnim zjeździe wyborczym naszemu stowarzyszeniu…
Kiedy zaczniemy o tym, co napisałem w ostatnich akapitach, głośno mówić i otwarcie pisać? Bo milczenie to pożywka zła. A obecne jest większe od tego, które wskazuje ta wyborna książka, gdyż od ponad czterech wieków niszczy jak wirusy nasze dusze. Dlatego tak długo, że infekcja nie jest odczuwana i przeraża niewielu Polaków, niektórym nawet z nią dobrze. I to jest najgroźniejsza, niemal śmiertelna ułomność duszy polskiej. Ile wody w Wiśle musi upłynąć, zanim wyzdrowiejemy, jeśli w ogóle pokonanie wirusów jest możliwe.
Musi być możliwe, bo inaczej znowu nie będzie Polski, jak przestrzega „Wygaszanie Polski”.
Jacek Wegner
