Oddział warszawski SDP wybrał nowy zarząd. Na przygraniczną prowincję krakowską wiadomości o przebiegu tego wydarzenia docierają powoli i nie są pełne, ale nawet przy takim stanie rzeczy już dziś można pokusić się o kilka uwag.
Według mojej wiedzy na wolnym zgromadzeniu pojawiło się niecałe 140 osób, a w ostatniej turze głosowania na prezesa oddziału udział wzięła niecała setka. Jak na ponad półtoratysięczny odział frekwencja nie była imponująca. Już poprzednio podczas wyborów delegatów na Walny Zjazd SDP odział warszawski zasłynął tym, że na skutek niskiej frekwencji wszyscy obecni zostali delegatami, a i tak nie zdołano obsadzić wszystkich przysługujących oddziałowi mandatów.
Nie, nie czepiam się Warszawki. W moim Krakówku (choć procentowo frekwencja bywa lepsza) wyborcze zebrania też odbywają się w tzw. „drugim terminie”, bo w pierwszym nigdy nie ma wymaganego kworum. To raczej przytyk do całego naszego dziennikarskiego bractwa. Zakrawa na ironię, że środowisko, które po każdych wyborach w Polsce roni krokodyle łzy nad niską frekwencją samo daje przykład tak wielce nieobywatelskiej postawy. Ciekawe czy kiedyś uda nam się osiągnąć frekwencję ot choćby na poziomie wyborów do europarlamentu, a nie jedynie na poziomie uzupełniających wyborów do Senatu?
Druga uwaga dotyczy samego przebiegu głosowania, w wyniku którego dotychczasowa opozycja przejęła władzę. Po wybraniu na prezesa oddziału Marcina Wolskiego część przegranego elektoratu opuściła salę rezygnując z udziału w dalszych wyborach statutowych organów. Stało się tak pomimo apelu nowego szefa, który proponował nowej opozycji miejsca w zarządzie oddziału i kontrolującej władze komisji rewizyjnej. Zaiste dziwna to strategia. Można bowiem było z marszu sprawdzić szczerość intencji nowego prezesa zapewniającego o potrzebie „zakopywania rowów” i jego autorytet wśród popierających go wyborców. Stało się co się stało i Warszawa ma nowy zarząd, którego skład trudno oskarżyć o lewicowość i równie trudno uznać za w pełni reprezentatywny dla rozkładu sił w Warszawie.
Na tym tle dość zabawnie wyglądają tytuły tekstów o zmianach w stołecznym esdepie. Natemat.pl pisze: „Prawica zdobyła ostatni bastion liberalizmu w Stowarzyszeniu Dziennikarzy”, a Wyborcza donosi: „PiS przejmuje dziennikarzy”. Nikt niczego nie musiał „zdobywać”. „Bastion” okazał się słabo ufortyfikowany, a „przejęcie” (nader nielicznymi siłami) nastąpiło w wyniku walkowera. Pisze to obserwator daleki od prawicowych sympatii, ale też świadomy, że jakikolwiek przechył stowarzyszenia (niezależnie czy na prawo czy na lewo) nie służy SDP.
Zwycięzcom w weekendowych wyborach życzę nie popadania w euforię. Przegranym otrzeźwienia i nie zrywania dialogu z nowymi władzami. Niezadowolonym z wyników wyborów, które odbyły się pod ich nieobecność polecam czynny udział w kolejnych. Tym, którzy piszą o stowarzyszeniu bardziej to co chcą widzieć niż to co ma miejsce życzę więcej dystansu i obiektywizmu. Poza tym proponuję, by zamiast odnotowywania jakoby frontalnego, podstępnego i skutecznego ataku sił pogardzanego przeciwnika spróbowali odbić „bastion”. Wygląda na to, że nie jest to sztuka trudna. Nie potrzeba ani napoleońskich zdolności, ani sił specjalnych. Wystarczy się do SDP zapisać (wstąpić może każdy dziennikarz z odrobiną dorobku) no i oczywiście przyjść na wybory.
Zapraszam serdecznie. Lepiej pokłócić się na Walnym Zgromadzeniu niż pluć na siebie w mediach, ale co kto lubi.
